SAFE a sprawa polska. Straszenie niemieckimi zyskami są jak strzały ślepakami
Zarobią przede wszystkim Niemcy - to jeden z głównych argumentów opozycji przeciwko zakupom robionym w ramach programu SAFE. Żaden z polityków PiS, bo to ta partia krzyczy najgłośniej, nie potrafi jednak powiedzieć, co tak naprawdę produkują Niemcy, a co może być potrzebne polskiej armii.
W ramach unijnego programu SAFE rząd będzie mógł skorzystać z ok. 43,7 mld euro w postaci korzystnie oprocentowanych pożyczek i wydać je na inwestycje w obronność. Większość pieniędzy ma zostać przeznaczona na zakupy sprzętu wojskowego powstającego przede wszystkim w polskich zakładach - według deklaracji rządu do polskich zakładów ma trafić nawet 89 proc. środków.
PiS przeciwko SAFE wyciąga kolejne argumenty, atakując program całkowicie na ślepo. Prym wiedzie w tym były szef MON Mariusz Błaszczak. Od kilku dni pojawia się narracja, że program został stworzony przez Berlin, aby ratować niemiecki przemysł zbrojeniowy, a Niemcy zarobią fortunę na polskich zakupach. Kiedy jednak przyjrzeć się bliżej potrzebom i planom zakupowym Sił Zbrojnych RP, obraz ten szybko zaczyna rozmijać się z narracją budowaną przez opozycję.
Tak zbroi się polskie wojsko. Technologie z krajowych fabryk
Program SAFE nie jest mechanizmem przymusu zakupowego ani kanałem transferu środków do wybranych państw, lecz instrumentem finansowym wspierającym wspólne projekty obronne i zwiększanie zdolności produkcyjnych w Unii Europejskiej.
O tym, co i gdzie kupuje Polska, decydują już nie zachcianki polityczne, jak w przypadku FA-50 i K9, lecz struktura realnych potrzeb Sił Zbrojnych RP, już zawarte kontrakty oraz długofalowa polityka modernizacji, która od lat jest znana, a którą jeśli ktoś torpedował, to robili, to politycy Prawa i Sprawiedliwości. Tak było w przypadku Krabów, okrętów podwodnych, czy finansowanie programów bezzałogowców i bwp Borsuk.
W kontekście zarzutów opozycji kluczowe jest jedno pytanie: co takiego niemiecki przemysł zbrojeniowy dziś produkuje, czego Polska realnie potrzebuje, a czego nie może pozyskać ani z innych kierunków, ani od własnego przemysłu? Odpowiedź jest zaskakująco krótka: praktycznie nic.
Wojska Lądowe
W segmencie wojsk pancernych sprawa jest w istocie zamknięta. Polska nie tylko nie planuje żadnych nowych zakupów czołgów w Europie Zachodniej, lecz wręcz systemowo odchodzi od niemieckiej ścieżki, opierając swoje zdolności na amerykańskich Abramsach oraz południowokoreańskich K2, a w dalszej perspektywie na odbudowie własnych kompetencji przemysłowych.
W tej sytuacji teza, że SAFE miałby stać się wehikułem do wciskania Polsce Leopardów czy ich następców produkowanych przez Krauss-Maffei Wegmann, nie ma żadnego oparcia ani w dokumentach planistycznych, ani nawet w eksperckiej debacie. Tego tematu po prostu nie ma - niezależnie od tego, jak to widzi PiS.
Jedynym obszarem, w którym niemiecka oferta mogłaby realnie pojawić się w poważnej dyskusji operacyjnej, są ciężkie bojowe wozy piechoty. Konstrukcje rozwijane przez Rheinmetall uchodzą za jedne z najbardziej zaawansowanych w Europie, szczególnie pod względem poziomu ochrony i siły ognia. Puma została zaprojektowana jako następca starszych Marderów i wóz o bardzo wysokiej odporności.
Problem polega jednak na tym, że po pierwsze Polska zastanawia się nad produkcją własnego ciężkiego pojazdu i - po drugie - nawet jeśli zakup niemieckiego ciężkiego bwp miałby sens czysto militarny, byłby to cios w polski przemysł obronny. Dokładnie taki, jaki PiS zadał HSW w przypadku zakupów haubic samobieżnych w Korei Południowej zamiast rozwijania mocy produkcyjnych linii, na której powstają Kraby. I doskonale zdają sobie z tego sprawę ci sami politycy, którzy dziś straszą opinię publiczną wizją "zalewu" niemieckiego sprzętu.
Polska zainwestowała bowiem ogromne środki w rozwój i produkcję armatohaubic Krab, budując wokół tego programu krajowe zdolności przemysłowe i kompetencje technologiczne. Co istotne, to nie obecny rząd, lecz poprzednia ekipa - decydując się na masowy zakup południowokoreańskich K9 z półki - realnie osłabiła pozycję polskiego produktu.
Niemieckie systemy artyleryjskie, choć technicznie dopracowane i cenione, nie są dziś ani priorytetem, ani realną alternatywą dla Sił Zbrojnych RP. To samo dotyczy systemów rakietowych, gdzie ciężar zakupów przesunął się w stronę Stanów Zjednoczonych, Korei Południowej oraz własnych programów krajowych, a nie rozwiązań niemieckich.
Niemieckie śmigłowce?
Jeśli szukać realnego, a nie wyobrażonego przykładu niemieckiego sprzętu, który Polska mogłaby kupić, jest to lekki śmigłowiec wielozadaniowy H145M oferowany przez Airbus Helicopters. Jest to konstrukcja sensowna w rolach szkolnych, łącznikowych oraz wsparcia sił specjalnych, a więc jako uzupełnienie dla ciężkich maszyn bojowych.
Nawet w tym przypadku mówimy jednak o relatywnie niewielkiej skali zakupów oraz o potencjalnym montażu i obsłudze technicznej realizowanej w Polsce. Trudno więc uznać H145M za dowód na to, że SAFE miałby stać się kanałem transferu miliardów euro do niemieckiego przemysłu kosztem krajowych interesów. Zwłaszcza że Niemcy nie są jedynym producentem tego sprzętu, a jednym z kooperantów w europejskim konsorcjum.
Zresztą sanitarną wersję tego śmigłowca używa już Lotnicze Pogotowie Radunkowe, a o jego zakupie rozmawia się od wielu lat. Temat zakupu H145M trwa od około dekady i w zasadzie jest to faworyt w programach zakupu lekkich śmigłowców. Problem w tym, że pod zakupy w Niemczech można go podciągnąć tylko na siłę.
Drobne na waciki
Poza tymi obszarami pozostają już tylko elementy mniej spektakularne, ale niezbędne z punktu widzenia nowoczesnych sił zbrojnych: komponenty systemów wsparcia i logistyki, wybrane elementy obrony przeciwlotniczej, technologie amunicyjne czy rozwiązania w zakresie zabezpieczenia pola walki. Ale to i tak nie będą kompletne systemy, a pojedyncze elementy, które w Polsce nie są jeszcze produkowane albo są w zbyt małej ilości.
Są to jednak zakupy niszowe, rozproszone i nieporównywalne skalą z kontraktami pancernymi, artyleryjskimi czy lotniczymi. Co więcej, w wielu z tych segmentów rząd wprost zapowiada lokowanie produkcji w Polsce lub przynajmniej budowę krajowych zdolności serwisowych i remontowych, co dodatkowo ogranicza potencjalny odpływ środków za granicę.
W efekcie teza, że SAFE ma być mechanizmem wzbogacania niemieckiego przemysłu kosztem Polski, nie wytrzymuje zderzenia z faktami. Lista realnych, dużych zakupów, które Polska mogłaby dziś zrealizować w Niemczech, rzeczywiście mieści się na palcach jednej ręki i niemiecki przemysł może na polskich kontraktach zarobić najwyżej na waciki. Cała reszta to polityczna propaganda, która ignoruje zarówno strukturę polskich programów modernizacyjnych, jak i rzeczywiste zdolności krajowego przemysłu obronnego.
Sławek Zagórski dla Wirtualnej Polski