Dziennikarka amerykańskiego "Boston Globe" Ellen Barry przepytała w Bagdadzie kilkudziesięciu Irakijczyków, aby dowiedzieć się, co ich zdaniem stało się z Saddamem. Usłyszała, że Saddam jest na Białorusi albo na Hawajach, albo w kryjówce prowadzonej wspólnie przez CIA i KGB, albo zginął już przed laty i odtąd zastępował go sobowtór.
Usłyszała także wiele dowcipów o Saddamie, w tym ten, jak były dyktator przebrany za starą kobietę w szacie zasłaniającej go od czubka głowy po pięty podszedł do innej staruszki i żebrał o papierosy. "Bardzo proszę, przywódco!" - odparła staruszka. Okazało się, że był to przebrany wiceprezydent Iraku, też nadal nieujęty.
Amerykanom wcale nie jest do śmiechu. Mnożące się napaści na żołnierzy w Iraku powodują, że na schwytaniu Saddama lub udowodnieniu, że nie żyje, zależy Waszyngtonowi obecnie nawet bardziej niż w pierwszych tygodniach po wojnie. Niepewność co do losów byłego władcy ośmiela bowiem jego zwolenników do atakowania wojsk okupacyjnych. Sytuację pogarsza niezadowolenie z przedłużającego się powojennego chaosu.
Według Associated Press nie ma prawie godziny bez nowej informacji o napadzie na żołnierzy amerykańskich i rzecznicy sił zbrojnych USA w Iraku nie nadążają ze sprawdzaniem doniesień. Większość informacji pochodzi od naocznych świadków.
Amerykańska firma doradcza Kroll w raporcie na temat perspektyw rozwoju sytuacji w Iraku, sprzedawanym biznesmenom po 5.800 dolarów, rozważa cztery scenariusze: stabilne "łagodne lądowanie", "lądowanie z kłopotami", "rewolta" i "rozpad kraju". Analitycy firmy niemal wykluczają łagodne lądowanie i rozpad, a dwa pozostałe warianty (lądowanie z kłopotami i rewolta) uważają za jednakowo prawdopodobne.
W tej sytuacji amerykańskie siły specjalne nie ustają w przeszukiwaniu miejsc w Iraku, gdzie mógł ukryć się Saddam. Wielkie nadzieje wiązali Amerykanie z wynikami badań DNA osób zabitych w zeszłym tygodniu podczas amerykańskiego ataku na podejrzany konwój w pobliżu granicy z Syrią.
Wyników tych dotychczas nie ogłoszono. Jednak Irakijczycy tak bardzo nie ufają informacjom amerykańskim, że nawet gdyby badania DNA wykazały, że w konwoju zginął Saddam, trudno byłoby ich o tym przekonać.
W Bagdadzie bardzo wiele osób nie wierzy na przykład, że Amerykanie rzeczywiście schwytali 18 czerwca "asa karo", czyli osobistego sekretarza Saddama, Abida Hamida Mahmuda at-Tikriti. Jeśli go złapano, pytają sceptycy, to dlaczego Amerykanie nie pokazali go w nadanej na żywo relacji telewizyjnej?
32-letni Dia Nimnim, sprzedawca pirackich płyt kompaktowych w Bagdadzie, powiedział "Boston Globe", że coraz więcej osób z jego pokolenia zaczyna przypuszczać, iż Amerykanie zmówili się z Saddamem i całą wojnę rozegrano według "scenariusza".
Ale "jeśli pokażą go (Saddama) w telewizji, akcje sabotażowe ustaną, bo wszyscy będą wiedzieli, że przywódców schwytano" - dodał.
Kilku Irakijczyków oświadczyło, że jedynym sposobem przekonania ich, iż Saddam nie żyje lub dostał się w ręce Amerykanów, byłoby nadanie na żywo wywiadu telewizyjnego z byłym dyktatorem - lub pokazanie jego egzekucji.
Co prawda jest jeden szkopuł. Jak powiedział inny mieszkaniec Bagdadu, Adel Torik Abdullah, narzekający, jak cała ludność stolicy, na częste przerwy w dopływie elektryczności: "Przypuśćmy, że będzie transmisja telewizyjna, ale jak ją zobaczymy, jeśli zabraknie prądu?".
Jeszcze innego zdania jest kolejny rozmówca dziennikarki "Boston Globe", Mohammed Abdullah. Powiedział, że Amerykanie powinni zrozumieć, iż w gruncie rzeczy wcale nie chodzi o Saddama. Moje dzieci - dodał - piją niefiltrowaną wodę z rzeki (bo nie działają wodociągi) i chorują wskutek upału (a brak prądu nie pozwala korzystać z wentylatorów).
"To nie jest kraj Saddama, to jest nasz kraj - powiedział Abdullah. - Nie obchodzi nas, czy on żyje, czy nie. Chcemy po prostu normalnie żyć".(iza)