WAŻNE
TERAZ

Idzie uderzenie w Glapińskiego? Oto plan ukarania go za SAFE 0 proc.

Gen. Martin Herem © Google Maps, Materiały własne, PAP

"Rosjanie już teraz są gotowi". Estonia szykuje się na najgorsze

Tomasz Waleński
Dźwięk został wygenerowany automatycznie i może zawierać błędy

Na ćwiczeniach NATO w Estonii ukraińscy żołnierze dronami "pozabijali" sojuszników, którzy nawet nie spojrzeli w niebo. To nie scenariusz teoretyczny. Gen. Martin Herem był tam i widział to na własne oczy. W rozmowie z Wirtualną Polską były dowódca Estońskich Sił Obronnych mówi wprost: jesteśmy nieprzygotowani, a czas gra na korzyść Moskwy.

  • W maju 2025 roku, podczas manewrów Hedgehog 2025 w Estonii z udziałem ponad 16 tys. żołnierzy z 12 krajów NATO, grupa ukraińskich operatorów dronów w ciągu jednego dnia wyeliminowała dwa bataliony Sojuszu. Gen. Herem wskazuje, że to symbol fundamentalnych braków armii Zachodu: żołnierze nie potrafią walczyć z dronami, a drogie systemy łączności przegrywają z "partyzancką" technologią Ukraińców.
  • Rosja nie potrzebuje dwóch lat na regenerację - to najgroźniejsze złudzenie Zachodu. Moskwa już teraz produkuje 400 Shahedów dziennie, ma miliony potencjalnych rezerwistów i tysiące weteranów gotowych szkolić nowych żołnierzy. Jej celem nie musi być okupacja Warszawy czy Tallina - wystarczy destabilizacja kawałka terytorium NATO - uważa estoński generał.
  • "Obrona każdego cala" to militarna iluzja, która może nas zgubić. Herem tłumaczy: skuteczna obrona nie polega na pilnowaniu każdej piędzi granicy, ale na zniszczeniu każdego agresora - nawet jeśli oznacza to tymczasowe oddanie kilku kilometrów terytorium, by móc wroga całkowicie zniszczyć. Jak mówi generał, "w bitwie nie możesz stanąć na kresce i przysiąc, że nie cofniesz się o krok. To nie odwaga, to głupota".
  • Tak gen. Herem mówi o swojej filozofii działania: "Kiedy zostałem dowódcą, powiedziałem wprost: nie bronię Estonii przez zakaz wjazdu, ale przez zabicie wszystkich, którzy tu przyjdą. Nazwano mnie idiotą i brutalem". Podkreśla też czym się inspirował od Polski.

Tomasz Waleński, Wirtualna Polska: W lutym tego roku estoński wywiad opublikował coroczny raport. Szef służby gen. Kaupo Rosin stwierdził, że Rosja nie zaatakuje NATO w najbliższych latach - Europa ma 2-3 lata na zbrojenia. Pan się z tym nie zgadza? Czasu jest więcej czy mniej?

Gen. Martin Herem, w latach 2018-2024 stał na czele Estońskich Sił Obronnych: Nie chodzi o to, że Rosja potrzebuje czasu na regenerację i dopiero uderzy. Ona jest gotowa już teraz. Najważniejsze pytanie brzmi, kiedy skończy aktywną fazę w Ukrainie. Bo właśnie od tego momentu należy liczyć nasze okno czasowe. Jeśli walki ustąpią jutro - mamy może rok. Jeśli za dwa lata - mamy trzy. Nie łudźmy się, że mamy stały bufor bezpieczeństwa.

Rosjanie produkują 400 Shahedów dziennie, mają ich pewnie 16 tysięcy w magazynach. Do tego 3 miliony pocisków artyleryjskich rocznie z własnych fabryk, plus kolejne 1,5 miliona z Korei Północnej.

A ludzie? Estońska armia to 43 tysiące żołnierzy, czyli 3,3 proc. populacji. W Rosji ten sam odsetek daje już 4 miliony ludzi. Finlandia może zmobilizować 280 tysięcy, czyli 5 proc. społeczeństwa. A 5 proc. w Rosji to 6 milionów. Podstawowe przeszkolenie żołnierza - kurs podstawowy i specjalistyczny - zajmuje zaledwie 60 dni. Do tego Rosjanie mają około 100 tysięcy rannych weteranów, nieciężko poszkodowanych, którzy mogą natychmiast zostać instruktorami i wyszkolić kolejne miliony w kilku turach. W magazynach czeka od 500 do 1000 pocisków balistycznych i manewrujących.

Po co mieliby czekać wspomniane dwa lata, aż my będziemy gotowi?

Jak by pan widział działania Rosji?

Ich najbliższym celem może nie być okupacja Warszawy czy Tallina. Wystarczy zająć na przykład niewielki kawałek terytorium Łotwy czy Estonii na miesiąc, wywołać ciężkie starcia i się wycofać. Nawet jeśli ich "wykopiemy", zwycięstwo będzie "brzydkie", bo miasta i miasteczka zostaną zniszczone, a uderzenia w głębi kraju spotęgują chaos. Ludzie zaczną pytać: "czy byliśmy gotowi?" I sami sobie odpowiedzą: nie.

A później zaczną szukać winnych - generałów, ministrów, sojuszników. To buduje nieufność i niestabilność. A właśnie o to chodzi i będzie chodzić Rosjanom. Chcą wpływów, chcą zaproponować swój "pokój", bo wiedzą przecież, że my nie pójdziemy na Moskwę.

Jak ich odstraszyć? Jak temu zapobiec?

Odstraszanie to nie jeden mechanizm - to składa się z dwóch elementów. Pierwsze to odstraszanie przez uniemożliwienie - pokazujesz przeciwnikowi, że cokolwiek zechce osiągnąć, po prostu mu się to nie uda. W praktyce oznacza to, że nie pozwalamy mu siać nieufności i destabilizacji. Drugie to odstraszanie przez odwet - przeciwnik musi wiedzieć, że zapłaci cenę wyższą, niż zakładał. I musi to wiedzieć z wyprzedzeniem, zanim jeszcze zacznie działać.

Ale jest fundamentalny problem: czy my w ogóle rozumiemy, jaką cenę Rosjanie są gotowi zapłacić? Co chcą właściwie osiągnąć? Moim zdaniem nie. I dlatego odstraszanie nie zadziała, dopóki nie zdefiniujemy jasno ich celu i nie określimy, co będzie dla nich ceną naprawdę zaporową.

Dla pana co nią jest?

Musimy być gotowi zniszczyć rosyjskie jednostki ofensywne i wspierające do poziomu 70 proc. strat - w ciągu dwóch tygodni. To byłby prawdziwy szok. Dlaczego akurat 70 proc.? W NATO przyjmujemy, że jednostka nadaje się do wymiany, gdy straty sięgają 20-30 proc. Rosjanie działają inaczej - dopóki mają 30 proc. stanu, reorganizują oddziały i walczą dalej. Dopiero powyżej 70 proc. strat muszą się zatrzymać. To skala, która wymusza sprowadzenie zupełnie nowych wojsk - a to operacja gigantyczna.

Politycy jednak wolą powtarzać hasło o "obronie każdego cala" ziemi Sojuszu.

I to jest wielki błąd. "Obrona każdego cala" to iluzja - że uda nam się powstrzymać Rosjan już na samej linii granicznej. Ludzie mówią o płotach, o tym, ile metrów od granicy ma być okop. To bzdura. Sama granica nie ułatwia nam walki. Środowisko może sprzyjać obrońcom dopiero około 10 kilometrów w głąb terytorium. Tam musimy się bić. Skuteczna obrona to nie pilnowanie każdej piędzi ziemi - to zabicie każdego, kto zostanie wysłany na nasz grunt.

Ale to oznacza, że ludzie mieszkający w tym pasie przygranicznym stracą domy.

Politycy muszą wykazać się honorem i powiedzieć wprost: "Tak, tymczasowo stracicie swoje domostwa, ale my je odzyskamy". To trudne, ale konieczne.

Musimy brać pod uwagę doświadczenia ukraińskie - nie wolno nam wpuścić Rosjan na 50 czy 100 kilometrów, ale te kilka kilometrów przy granicy musimy być gotowi oddać, by móc ich tam skutecznie zniszczyć. Inaczej przegramy, próbując realizować niemożliwe do spełnienia polityczne obietnice. W bitwie nie możesz stanąć na kresce i przysiąc, że nie cofniesz się o krok. To nie odwaga - to głupota.

Politykom trudno będzie to przełknąć.

Muszą po prostu zacząć o tym mówić - otwarcie i bez owijania w bawełnę.

Kiedy zostałem dowódcą, powiedziałem wprost: nie bronię Estonii przez zakaz wjazdu, ale przez zabicie wszystkich, którzy tu przyjdą. Nazwano mnie idiotą i brutalem.

Powtarzałem to spokojnie, zawsze wskazując konkretne rozwiązanie: więcej artylerii, więcej amunicji, więcej wszystkiego. I w końcu ludzie zaczęli mnie rozumieć - bo zobaczyli w Ukrainie, co potrafi zdziałać broń dalekiego zasięgu.

To jaki pomysł ma Estonia?

Kupowanie HIMARS-ów to był nasz wspólny, regionalny pomysł - próbowałem przekonać do tego Łotyszy i Litwinów. Wcześniej zrobiliśmy inny krok: kupiliśmy pociski przeciwokrętowe o zasięgu 280 km, podczas gdy Łotwa i Litwa chciały czegoś krótszego. A skąd wziął się pomysł na daleki zasięg? Od Polaków.

To była idea generała Rajmunda Andrzejczaka, byłego szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i Finów. Oni pierwsi powiedzieli głośno: potrzebujemy dalekiego zasięgu, by spalić wszystko, co znajduje się za plecami rosyjskich wojsk, gdy te przekroczą granicę. Zaczęliśmy to przeliczać na przykładzie Morza Bałtyckiego - mając takie zdolności, zniszczenie 21 okrętów Floty Bałtyckiej, czy to w Petersburgu, Kaliningradzie, czy na morzu, staje się realnym scenariuszem.

Ogólnie - musimy mieć możliwość uderzenia głęboko.

Europa chyba jednak ciągle zwleka z takim przygotowaniem.

Europejskie armie robią to za wolno. Wszyscy gonią za technologiami "podwójnego zastosowania", za oszałamiającym "high-tech". Myślą, że będziemy walczyć w jakiś zupełnie nowy, sterylny sposób. Niektórzy mówią, że generałowie wciąż myślą o poprzedniej wojnie. To głupie, po prostu bardzo, bardzo głupie. Zachwycają się sobą przed lustrem: "Och, jacy jesteśmy wspaniali i mądrzy", ale naszych wrogów to nie obchodzi. Oni po prostu atakują.

Mówiąc najprościej: cały ten "high-tech" jest nic niewart, jeśli nie jest połączony z ładunkiem wybuchowym. Możesz produkować świetne drony - ale jeśli nie potrafisz do nich podłączyć kilograma materiału wybuchowego, produkujesz bzdury. Najtrudniejsze zadanie to nie zbudowanie drona z sensorem optycznym - to potrafi dziś każdy. Najtrudniejsze jest opracowanie głowicy, systemów bezpieczeństwa, certyfikacja całego mechanizmu. Innymi słowy: koncepcja tego, jak tym skutecznie zabijać.

Na pewno słyszał pan o grach wojennych przeprowadzanych w Niemczech - scenariusz zakładał wejście Rosjan na Litwę, pojawienie się "zielonych ludzików" bez oficjalnego wypowiedzenia wojny. Wielu ekspertów twierdzi jednak, że prawdziwym "miękkim podbrzuszem" krajów bałtyckich jest Łotwa.

Nie chcę krytykować Łotyszy, ale statystyki nie kłamią. Mają braki. Ich budżet obronny był przez lata bardzo mały.

My 10 lat temu budowaliśmy magazyny i laliśmy beton - i dziś to wciąż za mało, musimy stawiać kolejne bunkry na amunicję. Łotysze kupowanie amunicji na poważnie zaczęli dopiero teraz. Muszą też zbudować mnóstwo stanowisk ogniowych.

Choć Litwa i Łotwa mają większe siły czynne niż Estonia, nasza mobilizacja 40 tysięcy żołnierzy potrwa jeden dzień. Nikt poza Finlandią, Izraelem i może Szwajcarią nie może się z nami pod tym względem równać.

A co z "zielonymi ludzikami"? Scenariusz hybrydowy jest realny także w Estonii?

Podam konkretny przykład. Kilka lat temu, gdy opracowywaliśmy plany obronne, analizowaliśmy scenariusz - uzbrojeni ludzie w mundurach paramilitarnych stają nagle pod bramami naszych baz wojskowych.

Pytano: "Co robimy?". Prawnicy mówili: "Nie możecie strzelać". Odpowiedziałem: dlaczego nie?

Wydałem rozkaz na piśmie: w momencie ogłoszenia gotowości bojowej strzelać do każdego uzbrojonego człowieka, który uniemożliwia wykonanie zadań obrony państwa. Jeśli pod bramą stoi dziesięciu ludzi z karabinami i dwudziestu bez - nie czekać, aż pierwsi zaczną strzelać. Jeśli blokują wyjazd jednostki - strzelać.

Prawnicy w rządzie wpadli w panikę. Mówili, że nie mogę wydać takiego rozkazu. Odpowiedziałem: "Właśnie to zrobiłem". Nigdy tego nie odwołali.

Inni też tak do tego podchodzą?

W Niemczech czy Wielkiej Brytanii mówią: "O nie, tak nie wolno!". A ja pytam: dlaczego? Zachód ugrzązł w filozofii wiecznych dyskusji i budowania przeszkód samemu sobie.

To nie przeszkody, to litera prawa.

Ukraińcy w 2014 roku na Krymie mieli dokładnie ten problem. Dowódca batalionu pytał przez telefon: "Czy mam rozkaz otworzyć ogień?", a w odpowiedzi słyszał: "To twoja decyzja". I Ukraina straciła Krym.

W Estonii to się nigdy nie wydarzy. My po prostu otworzymy ogień i po sprawie. Zanim dojdzie do oficjalnej wojny, nikt nie przeniknie tutaj w takiej sile, by przejąć władzę. Mogą nas skrzywdzić, ale nie mogą w taki sposób przejąć kontroli.

Widzieliśmy to też podczas ćwiczeń - i to dosłownie. Gdy w scenariuszu "zaczyna się wojna" i Rosjanie bombardują, większość jednostek sojuszniczych mówi: "Czekajmy na Artykuł 5 albo oficjalny rozkaz". Tymczasem estoński dowódca dywizji mówi: "Strzelać!". Znamy cele, wiemy gdzie jest wróg - strzelamy z HIMARS-ów. Sojusznicy pytają zszokowani: "Co wy robicie? Przecież to jeszcze tylko ćwiczenia!". Właśnie o to chodzi. My nie czekamy na zgodę, bo wiemy, że w prawdziwej wojnie ta chwila wahania może nas kosztować wszystko. Zachód ma zupełnie inne postrzeganie gotowości niż my, żyjący tuż obok pożaru.

Wśród ekspertów pojawiają się scenariusze "Narewskiej Republiki Ludowej" - separatystycznego tworu, który miałby powstać w zamieszkałej w dużej mierze przez Rosjan Narwie na wschodzie Estonii. To łudząco przypomina to, co Rosja robiła w Donbasie i Ługańsku w 2014 roku - najpierw operacja informacyjna, potem "zielone ludziki", a na końcu ogłoszenie "republiki ludowej". Czy Estonia jest na to przygotowana?

To rosyjska operacja informacyjna, nie zalążek prawdziwego ruchu separatystycznego. Jej cel jest prosty: skłócić nas z Rosjanami mieszkającymi w Estonii, byśmy sami zaczęli ich traktować jak wrogów - i w ten sposób zrobili Putinowi robotę za niego. Nie dajmy się na to nabrać.

Historia pokazuje, że estońscy Rosjanie potrafią bronić tego państwa. W 2007 roku, gdy Rosja próbowała zdestabilizować Estonię po przeniesieniu sowieckiego pomnika "Brązowego Żołnierza" z centrum Tallina na cmentarz wojskowy (zamieszki, w których zginęła jedna osoba i aresztowano ponad 300, były w dużej mierze inspirowane z Moskwy, co potwierdziły estońskie służby bezpieczeństwa - red.), porządek w Jõhvi zaprowadziła kompania Ligi Obrony Narwy złożona wyłącznie z Rosjan. Połowa z nich nawet nie mówiła przyzwoicie po estońsku. A mimo to stanęli po stronie Estonii.

Wśród estońskich Rosjan może być 20 proc. to aktywni putiniści, 20 proc. to proestończycy, a reszta - 60 proc. - to ludzie niezdecydowani. To właśnie o nich toczy się prawdziwa walka. Naszym zadaniem jest nie pozwolić, by pierwsza grupa rosła. Moja rada jest prosta: ufać instytucjom i nie szukać wrogów u siebie.

Narwa
Narwa © Materiały własne

Operacja dot. Narwy zbiega się w czasie z nowymi uprawnieniami przyznanymi Putinowi przez Dumę - rozszerzył swoje kompetencje do użycia wojsk za granicą, oficjalnie w celu "ochrony rosyjskojęzycznych".

To nie przypadek - to właśnie ich narracja. Chcą nas skłócić, sprawić, byśmy sami zaczęli traktować własnych obywateli rosyjskiego pochodzenia jak potencjalnych wrogów. I to im wychodzi - zamiast skupić się na właściwych rzeczach, kłócimy się między sobą.

Tymczasem fakty są inne. Mariupol był broniony przez Rosjan. Charków był w 80 proc. miastem rosyjskojęzycznym. Na froncie spotykałem ludzi, którzy mówili wprost: "Jestem Rosjaninem, ale od trzech lat nie mówię po rosyjsku, bo nienawidzę tego, co robi Putin". Nie martwię się o Rosjan w Estonii. Na Łotwie natomiast, gdzie ich pozycja ekonomiczna jest silniejsza, daje to Moskwie więcej dźwigni wpływu. Ale o Łotwę też się nie martwię.

W naszym regionie - nie tylko w Polsce - wciąż realnym zagrożeniem są działania sabotażowe. Czy jesteśmy na to przygotowani?

Nie da się w pełni przygotować na działania szaleńca. Można być po prostu gotowym do reakcji. Jeśli ktoś zaatakuje cię od tyłu, fakt, że masz przy boku pistolet, niewiele pomoże w pierwszej sekundzie. Kluczowe jest to, co zrobisz moment później - czy zareagujesz i uratujesz swoje życie. Później wszyscy będą mówić: "nie byłeś przygotowany". Ale nie da się być przygotowanym 24 godziny na dobę na absolutnie wszystko.

Tak samo postrzegam działania hybrydowe. Rosjanie zawsze zadadzą pierwszy cios. To jest nieuniknione. Pytanie brzmi: jak szybko zaadaptujemy się do nowej sytuacji i czy będziemy gotowi oddać przy drugim, a najpóźniej trzecim razem?

Ma pan na myśli konkretny model reakcji?

Spójrzmy na Turcję sprzed lat. Rosjanie notorycznie naruszali ich przestrzeń powietrzną. Za pierwszym razem Turcy powiedzieli: "Dajcie spokój, nie róbcie tego". Kilka dni później, przy drugim razie, ostrzegli: "Jeśli zrobicie to jeszcze raz, strzelamy". Za trzecim razem po prostu odpalili rakietę w momencie, gdy Rosjanie byli jeszcze w syryjskiej przestrzeni, wiedząc, że zaraz wlecą nad Turcję. Samolot spadł na pustynię, był skandal, ale Turcja postawiła sprawę jasno.

My musimy zrobić to samo. Musimy zachować spokój, gdy zostaniemy uderzeni po raz pierwszy, ale natychmiast uruchomić wszystkie nasze zdolności, by odpowiedzieć drugiego lub trzeciego dnia. Bycie w ciągłej gotowości na każdą ewentualność jest niemożliwe.

W Estonii mieliście już próby sabotażu - wybijanie szyb w autach ministrów, próby podpaleń magazynów.

Tak, i ci ludzie zostali aresztowani następnego dnia. To pokazuje, że nasze służby były przygotowane. Czasami, jeśli wiesz, że ktoś coś planuje, nie jest najmądrzej zatrzymywać go od razu, o ile akcja nie jest zbyt groźna. Lepiej pozwolić mu działać, zobaczyć wszystkie powiązania i wtedy uderzyć.

Publicznie nie zawsze jest to rozumiane jako sukces, ale jako społeczeństwo musimy zrozumieć: Rosjanie i tak uderzą pierwsi. Musimy być na to odporni psychologicznie i domagać się skutecznego odwetu przy kolejnej próbie. To, co mi się natomiast bardzo nie podobało i gdzie moim zdaniem nie stanęliśmy na wysokości zadania, to sytuacja na morzu i niszczenie kabli.

Ostatnio szwedzkie lotnictwo przechwyciło drony zmierzające w stronę lotniskowca Charles de Gaulle.

Właśnie o tym mówię. To znowu jest testowanie naszych granic. Nie wiem dokładnie, jakie to były drony - pewnie małe jednostki typu ISR (rozpoznawcze). One nie latają daleko, więc musiały startować z pobliża. Ukraińcy pokazali, że potrafią przeprowadzać chirurgiczne operacje dronowe, które dają Rosjanom potężny ból głowy. Rosjanie mogą robić to samo tutaj. I znowu: jeśli zobaczymy statek handlowy, z którego po raz drugi startują takie maszyny, powinniśmy go po prostu przejąć lub zniszczyć. Bez zbędnych debat.

Byliśmy niedawno na ćwiczeniach NATO na wschodniej flance - transportery opancerzone, otwarte pole, zero dronów, zero obrony przeciwlotniczej. Wszystko wyglądało po staremu, jakby wojny w Ukrainie nie było, jakby konfliktu z Iranem nie było. Czy armie Sojuszu rozumieją, jak bardzo zmieniło się pole walki? A może - wbrew pozorom - niewiele się zmieniło.

Drony są dziś nieco przeceniane, ale bez nich przeciwko Rosjanom nie zrobisz absolutnie nic. I nie chodzi nawet o samo ich używanie - chodzi o gotowość do walki przeciwko nim.

W lutym tego roku głośno było o ćwiczeniach NATO z Ukraińcami, które miały miejsce tutaj - właśnie w Estonii, w maju ubiegłego roku. Ukraińcy zdziesiątkowali oddziały Sojuszu.

Byłem zaangażowany w ściągnięcie Ukraińców na te manewry. I prawdą jest, że pokazali, na co ich stać - wyniki były dramatyczne i prawdziwe, choć w mediach zostało to nieco przerysowane.

A wyglądało to tak: drony celowały w piechotę, a w scenariuszu nie było przewidziane, żeby żołnierze próbowali je zestrzelić. Problemem jest zatem fakt, że ćwiczenia nie przystawały do rzeczywistości, gdzie takie próby miały miejsce. To efekt podstawowego problemu ćwiczeń: strzelało się ślepakami, więc nikt nie trenował scenariusza "zestrzelę tego drona" - choć zestrzelenie dużego drona wcale nie jest takie trudne. Operatorzy siedzieli w bezpiecznych lokalizacjach i po prostu "zabijali idiotów", bo nikt ich nie atakował.

Wyczuwam "ale".

Ale na prawdziwym polu walki jednostki rozpoznawcze mogą wykryć operatorów dronów. I wtedy uderza się ich artylerią lub HIMARS-ami. Na ćwiczeniach tego nie było, stąd taki a nie inny wynik. I stąd takie, a nie inne relacje i nagłówki w mediach.

Spójrzmy na to tak: średni czas życia dużego drona typu Babajaga to dziś około 20 lotów, rok temu było to 10. Po tym czasie niemal na pewno będzie zneutralizowany. I 90 proc. z nich niszczy się bronią ręczną, karabinami maszynowymi.

To czemu tak?

Bo to wszystko wydarzyło się na poligonie, który sami wyznaczyliśmy jako "strefę dronów". Czyli wszyscy wiedzieli, że jest ich tam mnóstwo, a mimo to żołnierze estońscy i amerykańscy, kiedy się zatrzymywali, nawet nie spoglądali w górę. To było zawstydzające.

W 2023 roku wydałem instrukcję walki z dronami - od obserwacji po strzelanie. Kiedy podczas tych ćwiczeń pytałem żołnierzy, większość o niej nie słyszała. Myślą, że strzelanie do drona z karabinu jest niczym relikt I lub II wojny światowej, jak strzelanie do samolotu. Przestarzałe i bez sensu. Nie wierzą, że to się dzieje w Ukrainie cały czas.

Małe drony FPV w 90 proc. padają ofiarą walki elektronicznej, ale jeśli masz drony na światłowodzie albo amunicję krążącą jak Lancet czy Mołnia - jedynym sposobem są karabiny.

Zdaje się, że Ukraińcy znaleźli jednak sposób na drony światłowodowe - palą światłowody laserami z bezzałogowców, które nad nimi lecą.

Musimy być ostrożni z pochopnym ogłaszaniem przełomów. Wróciłem z Chersonia w zeszły piątek i widzę to na własne oczy: w kwestii dronów wciąż gonimy za "silver bullets" - cudownymi rozwiązaniami, które okazują się pojedynczymi zdarzeniami, a nie masową taktyką. Rok temu Ukraińcy pokazywali drut kolczasty, który miał ciąć kable światłowodowe sterujące dronami. "Mamy rozwiązanie!" - mówili. Do dziś o tym mówią, ale nikt tego nie stosuje na szeroką skalę.

Lasery? Na razie to prototypy, niewiele więcej niż idea. To samo dotyczy słynnego rachunku ekonomicznego: dron za 400 euro niszczy czołg za 3 miliony. Brzmi rewolucyjnie, ale to nieprawda. Żeby trafić w czołg, potrzebujesz pewnie 10 dronów, a żeby w ogóle do niego dolecieć przez obronę przeciwdronową - nawet 50.

95 proc. dronów FPV nigdy nie dociera do celu. Tak przedstawiona statystyka nie jest już tak powalająca. Choć oczywiście drony zmieniły pole walki.

Dlatego Rosjanie stawiają na masowość? Bo tylko liczba dronów robi różnicę?

W zeszłym tygodniu użyli rekordowej liczby - 8 tysięcy dronów dziennie na 700-kilometrowym froncie. Miesiąc temu to było 5 tysięcy. Ale znów: 95 proc. z nich to nic - spadają przez walkę elektroniczną, broń ręczną, siatki ochronne, puste baterie, błędy operatora czy słabą konstrukcję.

A odpowiedź na masowość wcale nie musi być high-tech, widziałem to w lipcu na pozycjach artylerii pod Chersoniem. Siatka nad działem, gałęzie i jeden żołnierz ze strzelbą, który słucha i patrzy w niebo. Proste, tanie, skuteczne. Szczególnie kiedy brakuje ci rozwiązań high-tech.

Niech pan zobaczy - mam tu nagranie od przyjaciela, 10 km od Chersonia. To zapis z odbiornika, który przechwytuje sygnał wideo z wrogiego drona FPV - widzimy dosłownie to samo, co widzi operator po drugiej stronie. On nie wie, że go obserwujemy. Dzięki temu możemy ocenić w czasie rzeczywistym: czy ten dron leci na nas, czy na kogoś innego?

Nie kosztuje to przypadkiem majątku?

W Ukrainie taki sprzęt kosztuje 500 euro, w Estonii oficjalnie tysiąc. Ale cena to nie problem.

A co nim jest?

Problem jest głębszy: rozmawiamy o dronach, AI i technologii, a nie robimy prostych rzeczy. Brakuje standardowych procedur operacyjnych, które powinny być wdrożone jeszcze w latach 90. Dziś każda drużyna powinna mieć detektor dronów, każdy czołg - sensor. Tego nie ma.

Zachód popełnia też inny błąd: myślimy, że drony to tylko FPV, tymczasem to dziesiątki zupełnie różnych systemów o różnych możliwościach i słabościach. Mówimy o kupowaniu dronów przechwytujących z Ukrainy - możemy je nawet sami produkować. Ale to nic nie da, jeśli nie mamy systemu, który najpierw wykryje zagrożenie, a potem przekaże informację do właściwego "efektora", czyli jednostki, która ma je zniszczyć. Ukraińcy monitorują korytarze powietrzne, śledzą potencjalne trasy nadlatujących maszyn, mają systemy wczesnego ostrzegania i dowodzenia. Tego musimy się uczyć - a nie tylko kupować sprzęt.

A łączność?

W natowskich wozach są wysokiej klasy radia i systemy szyfrowanej komunikacji. Brzmi imponująco - ale to bzdura. Za drogie w utrzymaniu, za wolne w zakupie i wdrożeniu.

Tymczasem Ukraińcy używają otwartych kanałów, wewnętrznego 3G/4G, WhatsAppa, Signala. Bo na wojnie szybkość informacji jest ważniejsza niż jej bezpieczeństwo. Tak, Rosjanie próbują ich hakować - i wiele krajów NATO aktywnie im w tym pomaga.

Według naszych własnych regulacji kanały, których używają Ukraińcy, są oficjalnie zabronione, uznane jako "niezabezpieczone". To całkowicie błędne podejście - wolimy mieć bezpieczną łączność, której nie ma, niż niezabezpieczoną, która działa.

Rozmawiał Tomasz Waleński, dziennikarz Wirtualnej Polski

*Gen. Martin Herem w latach 2018-2024 stał na czele Estońskich Sił Obronnych, kierując armią w jednym z najtrudniejszych okresów dla bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO. Wcześniej pełnił funkcję szefa Sztabu Głównego oraz komendanta Narodowej Akademii Obrony Estonii. Przez dekadę aktywnie kształtował estońską doktrynę obronną, kładąc nacisk na gotowość bojową i odstraszanie Rosji.

Najważniejsze teksty tygodnia. Śledztwa, które robią różnicę. Reportaże, które zostają w głowie. Wyraziste opinie. Najlepsze treści premium bez opłat w Twojej skrzynce.

Wybrane dla Ciebie
Trump blisko przełomu? Doradca mówi o końcu konfliktów
Trump blisko przełomu? Doradca mówi o końcu konfliktów
Liderzy Iranu błagają o pokój? Trump: "boją się o tym powiedzieć"
Liderzy Iranu błagają o pokój? Trump: "boją się o tym powiedzieć"
Seria izraelskich ataków. Niespokojna noc na Bliskim Wschodzie
Seria izraelskich ataków. Niespokojna noc na Bliskim Wschodzie
Działo się w nocy. USA usuwają dwa nazwiska z listy celów w Iranie
Działo się w nocy. USA usuwają dwa nazwiska z listy celów w Iranie
Dziwne nagrania na koncie Białego Domu. "Wkrótce start, prawda?"
Dziwne nagrania na koncie Białego Domu. "Wkrótce start, prawda?"
Nowy sondaż na Węgrzech. Widać wyraźny trend
Nowy sondaż na Węgrzech. Widać wyraźny trend
Łukaszenka u Kim Dzong Una. Zwrócili uwagę na znaczący gest
Łukaszenka u Kim Dzong Una. Zwrócili uwagę na znaczący gest
Orlen reaguje na słowa Obajtka ws. cen paliw. "Odkłamujemy"
Orlen reaguje na słowa Obajtka ws. cen paliw. "Odkłamujemy"
Jednostka GROM z nowym dowódcą. Szef MON ogłosił
Jednostka GROM z nowym dowódcą. Szef MON ogłosił
Orban już się nie hamuje. Zadziwiające słowa na wiecu wyborczym
Orban już się nie hamuje. Zadziwiające słowa na wiecu wyborczym
Jak wyemigrować do Polski. Brytyjska gazeta podaje przepis
Jak wyemigrować do Polski. Brytyjska gazeta podaje przepis
Atak Nawrockiego na reportera TVN. Dziennikarze reagują
Atak Nawrockiego na reportera TVN. Dziennikarze reagują