Radość w płynie

U nas kojarzyć się ma z ciepłem, rodziną i świętami. W końcu wizerunek Świętego Mikołaja, jaki znamy, ukształtowały reklamy coca-coli w latach 30. W pozostałych częściach świata cola po prostu symbolizuje Zachód

Kariakoo w Dar es Salaam (Tanzania) uchodzi za jeden z największych bazarów w całej Afryce Wschodniej. To sieć uliczek ze sklepikami i warsztatami na parterze, w której centrum króluje hala wielkością, architekturą oraz urodą do złudzenia przypominająca warszawski Dworzec Centralny. Stojąc pod nią, mam wrażenie, że to dzieło jakiegoś Christo, który marnuje się w marketingu wielkiego koncernu, cały jej dach jest bowiem spowity w gigantyczny banner Coca‑Coli zapraszający na „radosną stronę życia”. Pomysł nie taki głupi, przecież wszyscy tłoczący się pod tym czerwono‑białym niebem o niczym innym nie marzą: począwszy od Masajek, które w cieniu hali ze stosu koralików wyczarowują biżuterię, nie wypuszczając z ramion śpiących dzieci, przez sprzedawców mięsa, ryb, warzyw, AGD z Chin, starych zegarków oraz przypraw, po kobietę, która rozłożyła na ziemi kilka mango, czy wszechobecnych kieszonkowców i wreszcie tragarzy cierpliwie czekających w cieniu na okazję zarobienia paruset szylingów. Oczywiście popijających
colę, dobrze schłodzoną słodką namiastkę „radosnej strony życia”, mającą tę przewagę nad innymi dobrymi stronami tegoż, że jest dostępna w każdej chwili. I w każdym miejscu.

Nie ma, nie ma coli na pustyni?

„Człowiek, który jest odpowiedzialny za dystrybucję coca‑coli w Afryce Zachodniej, powinien dostać Nobla z ekonomii lub przynajmniej zostać prezesem koncernu. Stworzenie takiego systemu dystrybucji w krajach, gdzie w większości wsi nie ma elektryczności, a bite drogi można policzyć na palcach jednej ręki, to mistrzostwo świata” – przekonuje Marcin Minkowski w swojej zamieszczonej w Internecie opowieści o afrykańskiej podróży. W relacjach podróżników co chwila pojawia się wątek coca‑coli napotkanej w najbardziej zapadłych wioskach i na totalnych bezdrożach. Adam Leszczyński, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, podróżnik, autor książki „Afryka i AIDS”, też pamięta swoje zdziwienie, gdy na środku pustyni w Etiopii podano mu zimną colę: „Jechałem przez pustynię na pace ciężarówki, nie było tam innego transportu. Nie było też drogi, jakiś ledwie widoczny szlak, niezbyt zresztą bezpieczny, bo często zdarzały się tu napady – dlatego podróżowaliśmy w konwoju. Na tym pustkowiu, gdzie w promieniu kilkudziesięciu
kilometrów nie było prądu, zjawił się mężczyzna, który zaproponował nam zimną colę. Propozycja całkowicie absurdalna, ale ten człowiek chwycił za łopatę, zaczął kopać i wydobył z ziemi wiadro z zimną wodą, w której zanurzone były butelki z coca‑colą”.

Minkowski w swojej relacji wylicza kilka dziwnych miejsc, w których ostatnią rzeczą, jakiej by się spodziewał, był amerykański napój, między innymi Bol na północno‑wschodnim krańcu jeziora Czad: „Właściwie w promieniu 200 kilometrów od tego miasta droga to pojęcie czysto teoretyczne (...). Wokół busz, w którym z rzadka tylko są rozrzucone wioski murzyńskie. Samo miasto to kilkaset lepianek z błota. Straszna bieda. Ale nawet tu mają colę (...)”.

Tak ostatecznie rozwiewają się fantazje podróżników, że oto przetarli szlak i znaleźli się w miejscu, do którego nikt przed nimi nie dotarł. Niewiele jest państw na ziemi, których nie spenetrował – jak to się brzydko mówi w żargonie – amerykański koncern działający w ponad 200 krajach. Każdego dnia na świecie wypijanych jest ponad miliard jego produktów, w samej Afryce – 93 miliony. Niełatwo byłoby znaleźć takie miejsca, w których można przeżyć dzień bez kontaktu z charakterystycznym biało‑czerwonym logo Coca‑Coli (spróbujcie dokonać tego choćby w Polsce!). W Afryce marka wykracza poza bary i sklepy, we wspomnianej Tanzanii charakterystyczny znaczek znajdziecie choćby na fundowanych przez firmę wieżach zegarowych w samym centrum miast lub przydrożnych tablicach, na których nazwa miejscowości i napoju są tej samej wielkości. I właściwie wszystko się zgadza – wjeżdżając- do jakiegokolwiek- miasteczka bądź wioski, wjeżdża się przecież do królestwa coca‑coli.

Cola jest wszechobecna dzięki strategii zakładającej budowanie rozlewni wszędzie tam, gdzie to możliwe – po to, by zlikwidować koszty transportu z odległych miejsc lub innych państw. Dlatego firma ryzykuje działalność nawet w krajach mało stabilnych, w Afryce będzie to choćby Somalia, gdzie nad niedawnym otwarciem rozlewni w Mogadiszu czuwało stu ochroniarzy. Przy okazji zresztą ryzykując oskarżenia o współpracę z reżimami jak przed laty w RPA czy nie tak dawno w Uzbekistanie.

Zam Zam zamiast

Nie ma chyba drugiego napoju, który byłby aż tak zamieszany w politykę. I nic dziwnego – w końcu przez lata firma budowała wizerunek coca‑coli jako symbolu Ameryki, amerykańskich wartości i amerykańskiego stylu życia. Dlatego wszędzie tam, gdzie USA stają się wrogiem, cola bywa pierwszą ofiarą wojny.

Zakazano jej w Syrii, Iranie, Libii, a w ostatnich latach do bojkotu coli nawoływano w Arabii Saudyjskiej, Somalii i w Malezji. Co ciekawe, pustka po wycofanym z obiegu napoju jest dla konsumentów tak dotkliwa, że należy ją natychmiast wypełnić podobnym, tylko że zawierającym zupełnie inne – ideologiczne – składniki. W Iranie można więc od dawna kupić zam zamcolę i parsicolę, a całkiem niedawno na bliskowschodnim rynku pojawiła się skierowana specjalnie do muzułmanów meccacola, która doczekała się nawet statusu oficjalnego napoju szczytu Organizacji Konferencji Islamskiej w Malezji w 2003 roku. Muzułmanie w Europie zaś powinni napełniać swoje gardła wyłącznie qiblacolą i evocacolą (nazwy mają religijny kontekst).

Na pojawienie się nowych marek wpłynęły zapewne podejrzenia, że etykieta „prawdziwej” coca-coli niesie ze sobą wrogie dla islamu treści. Dopatrzono się bowiem, że czytana po arabsku oznacza: „Nie ma Mahometa, nie ma Mekki”. Ale równie prawdopodobne jest, że ktoś dopatrzył się w rozpętaniu ideologicznej wojny świetnego interesu.

Tymczasem nawet najzacieklejsi wrogowie Ameryki często nie mogli się oprzeć smakowi imperialistycznego trunku. W 1971 roku telewizyjna ekipa przyłapała Fidela Castro, jak sączył coca‑colę podczas wizyty w Chile. Zapytany, jak mu smakuje, lekko zakłopotany kubański przywódca z wdziękiem wybrnął z niezręcznej sytuacji. Pociągnął solidny łyk coli ze szklanej butelki (na próżno próbował dłonią zasłonić logo) i rzekł: – Robimy ją również na Kubie, ale ponieważ nie znamy sekretnej receptury, nasza smakuje inaczej. Jest lepsza!

Z kolei libijski dyktator Muammar Kaddafi kilka miesięcy temu wpadł na jeszcze lepszy pomysł rozwiązania ideologicznego i ekonomicznego kłopotu z coca-colą. Podczas wiecu w Gwinei dziwił się, że pytani o colę lub pepsi ludzie „natychmiast odpowiadają, że to amerykański napój. To nieprawda. Cola jest afrykańska” (entuzjazm tłumu). I Kaddafi rozwinął dalej genialny w swej prostocie pomysł, by zamiast kupować drogie napoje od Amerykanów robione z tanich lokalnych półproduktów, wytwarzać je na miejscu i im sprzedawać (entuzjazm tłumu).

Jednak coca‑cola bywa politycznie zaangażowana na różne sposoby. W wielu krajach otwarcie rozlewni staje się pierwszym sygnałem powojennej stabilizacji i normalizacji, jak w Angoli (powrót na rynek w 2001 roku), Somalii (2004) i Afganistanie, gdzie rozlewnia pod Kabulem ruszyła w zeszłym roku. Natychmiast po zniesieniu sankcji ekonomicznych w 2000 roku firma wkroczyła do Korei Północnej tak jak wcześniej, w latach 70., do Chin, które właśnie otworzyły się na zachodnie inwestycje.

Na wielu rynkach bywa największym prywatnym pracodawcą, w wielu regionach, szczególnie tych „trudnych”, jedyną firmą oferującą zatrudnienie. Oczywiście z racji potęgi należy też do koncernów, które ciągle muszą się tłumaczyć – a to z łamania praw pracowniczych, a to z zatruwania środowiska, a to z koligacji z dyktatorami, a to ze szkodliwości napojów. Z drugiej strony, będąc stale pod lupą – zwłaszcza alterglobalistów – Coca‑Cola stara się udowodnić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. I choć, jak ktoś obliczył, jej wydatki na marketing są cztery razy wyższe niż roczny budżet UNICEF, wykłada naprawdę spore pieniądze na działalność charytatywną.

W grudniu tego roku wspólnie z fundacją Nelsona Mandeli rozpoczęła w Afryce akcję „Message in the Bottle” („List w butelce”), w ramach której – między innymi – do miliona butelek po coli trafił apel Mandeli o finansową pomoc dla chorych na AIDS. Również w Chinach koncern uczestniczył w akcji uświadamiającej problem AIDS: produkując karty do gry z informacją o chorobach przenoszonych drogą płciową, z myślą o migrujących w poszukiwaniu pracy robotnikach. Nie wiadomo tylko, czy tym ostatnim zamiast ochoty na seks nie przeszła ochota na karty.

Luksus bez końca

Oczywiście działalność charytatywna jest częścią marketingowej strategii Coca‑Coli – firma chętnie angażuje się w lokalne inicjatywy, wspierając edukację i sport, budując tym samym wizerunek marki będącej zawsze blisko ludzi, zawsze zatroskanej o najbliższe otoczenie. W Afryce chętnie sponsoruje piłkarskie turnieje, co jest strzałem w dziesiątkę, bo mieszkańcy tego kontynentu mają bzika na punkcie futbolu. Wystarczy wieczorem wyjść na plażę w Stone Town (stolica Zanzibaru), żeby zobaczyć kilka drużyn zaciekle walczących na piasku w promieniach zachodzącego słońca. Przeszkodą w kopaniu nie jest nawet brak butów.

Jak to ujął niegdyś Richard Erbler, dyrektor marketingu Coca‑Cola Poland Service, cola chce być „kluczowym towarzyszem pozytywnych wydarzeń w życiu”. Jej reklamy na całym świecie zbliżone, umajone jedynie lokalnymi elementami (w tradycyjnej Polsce – Boże Narodzenie) niosą ten sam utopijny komunikat: o ponadnarodowej ludzkiej wspólnocie żyjącej gdzieś, gdzie wszystko jest możliwe, wszyscy są równi, a szklanka jest zawsze do połowy pełna. W krajach, w których brak nadziei i brak przyszłości jest stanem permanentnym, produkt niosący takie przesłanie może łatwo stać się mitem. Zdaniem Adama Leszczyńskiego tak się właśnie dzieje: coca‑cola, choć wszechobecna, nie jest chlebem powszednim ludzi biednych. W krajach Trzeciego Świata funkcjonuje jako namiastka zachodniej konsumpcji, słodki łyk luksusu. – Jest symbolem obecności Ameryki – dodaje Leszczyński.

Choć może raczej należałoby powiedzieć – wszechobecności. Bo jak pisze w swojej relacji z podróży Minkowski: „Jadąc do Afryki, wyobrażałem sobie, że końcem świata będzie N’Djamena w Czadzie i dalej będą tylko smoki. Teraz wiem, że koniec świata jest tam, gdzie nie można już kupić coca‑coli”.

Małgorzata Sadowska (niepijąca)

Źródło artykułu: WP Wiadomości
Wybrane dla Ciebie
Trzęsienie ziemi w Norwegii. Epicentrum w okolicy Oslo
Trzęsienie ziemi w Norwegii. Epicentrum w okolicy Oslo
Banda złodziei i hipokrytów. Sikorski uderza po alarmie Magyara
Banda złodziei i hipokrytów. Sikorski uderza po alarmie Magyara
"Zamordowani". Mocne słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego
"Zamordowani". Mocne słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego
Tusk skomentował próbę zamachu na Trumpa
Tusk skomentował próbę zamachu na Trumpa
To on strzelał na gali. Kim jest Cole Tomas Allen?
To on strzelał na gali. Kim jest Cole Tomas Allen?
Trump wstał i komentuje. Tak odniósł się do próby zamachu
Trump wstał i komentuje. Tak odniósł się do próby zamachu
Światowi liderzy reagują po strzelaninie. Kolejne komentarze
Światowi liderzy reagują po strzelaninie. Kolejne komentarze
Netanjahu o ataku na Donalda Trumpa. Taki napisał post
Netanjahu o ataku na Donalda Trumpa. Taki napisał post
Kraj NATO pod presją obcych wywiadów. Wojskowy ostrzega
Kraj NATO pod presją obcych wywiadów. Wojskowy ostrzega
Relacja dziennikarza TVN. "Parędziesiąt metrów ode mnie"
Relacja dziennikarza TVN. "Parędziesiąt metrów ode mnie"
Nowe informacje ws. ataku na przyjęciu z Trumpem. Prokurator zabrał głos
Nowe informacje ws. ataku na przyjęciu z Trumpem. Prokurator zabrał głos
Radiowóz dachował pod Kielcami. Winna sarna
Radiowóz dachował pod Kielcami. Winna sarna