-Początkowo moi sąsiedzi z rezerwą traktowali pracę u mnie, choć często znaliśmy się od dziecka. Gdzieś w pamięci mieli stereotyp parobka, który pracował na cudzym. Dopiero gdy zaczęli porządnie zarabiać, uznali, że błędem jest trzymanie się małych spłachetków ziemi. Mam świetnych pracowników. Brakowało im tylko bodźca, by zmienić dotychczasowy tryb życia - mówi Marek Baryłko, farmer z Imbramowic w pobliżu Świdnicy. Baryłko jest właścicielem gospodarstwa o powierzchni 850 hektarów (m.in. hoduje 120 krów mlecznych) i daje pracę dziesięciu sąsiadom. Roman Krasnowski wraz z Henrykiem Podkówką mają 500-hektarowe gospodarstwo (większość ziemi dzierżawią). Zatrudniają 31 rolników z sąsiedztwa. - Szybko się okazało, że ci ludzie doskonale sobie radzą z obsługą nowoczesnego sprzętu. Najpierw czuli się trochę nieswojo, ale gdy przekonali się, że w gospodarstwie można pracować tak jak w normalnej firmie, okazali się wydajni, pomysłowi i uczciwi - opowiada Krasnowski. Farma Krasnowskiego i Podkówki to właściwie nie
gospodarstwo, lecz nowoczesna firma osiągająca coraz większe dochody poza rolnictwem. Zimą - za pomocą własnego sprzętu - pracownicy gospodarstwa odśnieżają lokalne drogi.
Gdy Polska znajdzie się w unii, rolnicy, którzy skończyli 55. rok życia i zechcą sprzedać swoją ziemię (co najmniej 3 hektary) innemu rolnikowi, będą mogli otrzymać tzw. rentę strukturalną. Będzie ona wypłacana przez dziesięć lat - w wysokości nawet 500 proc. średniej emerytury rolniczej (600 zł). Ta renta może być katalizatorem restrukturyzacji wsi i być może przekona rolników, którzy nie chcą jeszcze sprzedawać swojej ziemi bogatym sąsiadom.
Sławomir Sieradzki