Oto "premier Trumpa". To on odpowiada za najbardziej ekstremalne polityki administracji USA [OPINIA]
Kto jest najbardziej wpływową osobą w Białym Domu po prezydencie? Najbardziej widoczne osoby z bezpośredniego otoczenia Trumpa to bez wątpienia sekretarz stanu Marco Rubio oraz wiceprezydent J.D. Vance. Nie brakuje jednak głosów, że o wiele bardziej wpływowy od tej dwójki jest ktoś, inny - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Pierwszy formalnie odpowiada za politykę zagraniczną administracji – choć tę często prowadzą specjalni wysłannicy Trumpa powiązani osobiście z prezydentem, jak jego zięć Jared Kushner. Drugi wymieniany jest najczęściej jako potencjalny kandydat republikanów w 2028 roku, jako ktoś, kto wprowadzi ruch MAGA w kolejną dekadę.
Nie brakuje jednak głosów, że o wiele bardziej wpływowy od tej dwójki jest ktoś, inny, znacznie mniej znany opinii publicznej zwłaszcza poza stanami – Stephen Miller. Formalnie Miller pełni funkcję zastępcy szefa sztabu Białego Domu ds. polityki oraz specjalnego doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa wewnętrznego – ma więc znacznie niższą rangę niż wiceprezydent czy szef rządowego departamentu. Miller ma jednak odgrywać znacznie większą rolę w kształtowaniu i codziennym zarządzaniu polityką Białego Domu niż wynikałoby to z jego rangi.
Czytaj również: Pierwszy rok Trumpa 2.0 nie był dobry ani dla świata, ani Ameryki, ani nawet samego prezydenta [OPINIA]
Steve Bannon, pełniący przez kilka miesięcy funkcję głównego stratega w pierwszej administracji Trumpa w rozmowie z "Financial Timesem" nazywa Millera "premierem" Trumpa: "nie sądzę, by był jakiś obszar polityki – poza niektórymi zagadnieniami bezpieczeństwa narodowego i finansów – w który nie byłby zaangażowany".
Kwestią, która szczególnie angażuje Millera jest migracja. To on ma być architektem agresywnej polityki walki z nielegalną migracją, opartej na masowych deportacjach i brutalnych działaniach federalnych agentów. Dziś, gdy ta polityka wybuchła administracji w rękach w Minnesocie – gdzie w pierwszym miesiącu nowego roku federalni agenci zabili dwóch amerykańskich obywateli niestwarzających żadnego poważnego zagrożenia dla funkcjonariuszy – akcje Millera w administracji wydają się zniżkować. Jednocześnie Miller od 2016 roku zbudował na tyle bliską relację z Trumpem, że może przetrwać całą kadencję zachowując istotny wpływ na politykę.
Ostateczna bitwa
Ze wszystkich kluczowych postaci w obecnej administracji Miller jest też osobą najbardziej zideologizowaną i reprezentującą skrajne poglądy. Wystarczy posłuchać dowolnego wystąpienia Millera, by zauważyć, że polityki nie traktuje on jako sporu, gdzie ścierają się ze sobą różne, mniej więcej równorzędne racje, za którymi stoją określone wartości i uprawnione interesy, ale jako metafizyczną walkę dobra ze złem.
W wizji Millera Stany znajdują się w stanie śmiertelnego zagrożenia, atakowane przez wrogów zewnętrznych i wewnętrznych: migrantów, radykalny islam, rosnące w potęgę Chiny, "ideologię woke", "lewicowych agitatorów". Jeśli Amerykanie nie zaczną działać, to utracą swoje państwo, swoje dziedzictwo, nie będą mieli czego przekazać następnemu pokoleniu.
Tę radykalną, skrajnie konfrontacyjną mentalność Millera doskonale było widać w mowie, jaką wygłosił w trakcie uroczystości żałobnych ku czci Charliego Kirka – prawicowego aktywisty zastrzelonego w trakcie spotkania ze studentami jednej z uczelni. Mowa Millera brzmiała jak wezwanie do wojny domowej.
- Nie macie pojęcia jakiego smoka obudziliście! – krzyczał zwracając się do przeciwników ruchu MAGA. – Nie macie pojęcia, jak zdeterminowani będziemy, by ocalić tę cywilizację, by ocalić zachód i republikę - podkreślał. Całe wystąpienie wyglądało jakby Miller albo nie był w stanie zapanować nad własną nienawiścią, albo jakby chciał sprowokować swoich przeciwników do porównań z retoryką faszyzmu.
Miller nigdy nie nakładał sobie retorycznych hamulców. To on miał być autorem mowy, którą Trump wygłosił w trakcie inauguracji swojej pierwszej kadencji, gdzie mówił o "amerykańskiej rzezi" i przedstawił obraz walących się Stanów.
Zobacz także: Pytania o stan zdrowia Trumpa będą powracać [OPINIA]
Droga Millera do najbliższego kręgu otoczenia Trumpa była dość nietypowa. Wychowywał się w zamożnej – choć przeżywającej problemy finansowe – rodzinie w południowej Kalifornii, w miejscu o raczej liberalnej niż konserwatywnej tożsamości politycznej. Wbrew swoim rówieśnikom i otoczeniu Miller wciągnął się jednak w prawicową politykę, po studiach na Duke University, pracował jako sekretarz prasowy dla kilku republikańskich kongresmenów, a następnie trafił do kampanii Trumpa jako autor mów.
Zgrał się z przyszłym prezydentem na tyle, że ten wziął go do Białego Domu – gdzie jako jeden z niewielu współpracowników Trumpa z lat 2017-21 przetrwał całą kadencję.
Największe deportacje w historii
W obu kadencjach najważniejszym frontem bitwy o przyszłość Ameryki jest dla Millera migracja. "Premier" Trumpa postrzega ją jako egzystencjalne zagrożenie dla Stanów i ich tożsamości, jako "inwazję", którą trzeba odeprzeć siłą. W marcu, przedstawiając postać Millera, miesięcznik "The Nation" napisał: "Świat według Stephena Millera jest okrutnym i nieczułym miejscem, a Ameryka jest w nim wyłącznie dla czystych Amerykanów – a ci, którzy są tu «nielegalnie» powinni wrócić do «upadłych państw» skąd przyjechali".
Koncepcji Ameryki jako kraju migrantów, asymilującego kolejne fale przybyszy Miller przeciwstawia natywistyczną, nacjonalistyczną koncepcję narodowej wspólnoty. Jean Guerrero, autorka książki przedstawiającej sylwetkę Millera z 2020 roku, dotarła do jego przyjaciela z dzieciństwa - Jasona Islasa, Amerykanina meksykańskiego pochodzenia. Islas wspomina, że Miller był jego przyjacielem do momentu, gdy przed rozpoczęciem ogólniaka oświadczył mu spokojnie, że nie mogą się dalej przyjaźnić, ze względu na latynoskie pochodzenie Islasa.
W trakcie pierwszej kadencji Trumpa to Miller miał stać za najbardziej kontrowersyjnymi decyzjami związanymi z migracją – np. zakazem wjazdu do Stanów dla obywateli kilku państw islamskich czy polityką ICE oddzielającą dzieci i rodziców oczekujących na deportację ze Stanów.
Gdy w zeszłym roku Miller wrócił do Białego Domu zapowiadał największe deportacje nielegalnych migrantów w historii. Miał wyznaczyć służbom granicznym cel 3 tysięcy aresztowań nielegalnych migrantów dziennie – nigdy w historii nie udało się nawet do niego zbliżyć. Jak podawał niedawno portal Yahoo News, Miller miał nadzorować walkę z nielegalną migracją w trakcie codziennych porannych telekonferencji z szefami odpowiadających za te działania. Formalnie to obszar kompetencji sekretarz ds. bezpieczeństwa wewnętrznego - Kristi Noem.
Z doniesień amerykańskich mediów, znających sytuację w Białym Domu, wynika jednak, że Noem realizuje politykę przygotowywaną przez Millera i to on odgrywa ważniejszą rolę w administracji Trumpa.
Gdy w Minnesocie zabito dwóch obywateli, to Miller uruchomił narrację, przekonującą, że ofiary stanowiły zagrożenie dla agentów, były "agitatorami" i były same sobie winne, choć nagrania pokazywały coś innego.
Miller jest zbyt głęboko związany z Trumpem by zagroził mu jeden kryzys?
Gdy Trump zaczął odcinać się od tej narracji, pojawiły się spekulację, że by zminimalizować straty, prezydent może poświęcić sekretarz Noem i Millera. Na razie nic jednak na to nie wskazuje. Miller zresztą wielokrotnie udowodnił swoją zdolność przetrwania w środowisku Trumpa. Zawdzięcza ją nie tylko absolutnej lojalności wobec prezydenta - czy bliskim relacjom jakie miał zbudować z zięciem prezydenta Kushnerem, ale też temu, że jest dla Trumpa użytecznym na przynajmniej trzech frontach.
Po pierwsze w telewizji. Trump, choć bardzo sprawnie potrafi wykorzystywać media społecznościowe, wierzy, że to telewizja jest forum, na którym toczy się walka o "duszę" Ameryki. A Miller w telewizji nigdy się nie cofa, zawsze jest w ofensywie – nawet jeśli w ten sposób odstrasza normalsów, to mobilizuje bazę MAGA.
Czytaj również: Minnesota wygląda jak pole bitwy. Trump może mieć problem wygrać ją politycznie [OPINIA]
Po drugie na froncie biurokratycznym. Miller mimo swoich ideologicznych fiksacji sprawnie porusza się w korytarzach waszyngtońskiej biurokracji. Jak w swoim portrecie Millera pisał "Financial Times", polityk zawsze szuka najkrótszej drogi do tego, jak przełożyć swoje polityczne pomysły na konkretne działania państwa, nie przejmując się tym, czy działa na granicy prawa – co idealnie współgra ze stylem działania tej administracji.
Wreszcie po trzecie, nacjonalistyczna narracja Millera dostarcza sensu emocjom MAGA i tożsamości ruchu.
Dlatego nawet jeśli teraz Miller zostanie trochę odsunięty w cień, to może zachować istotny wpływ na administrację. A jeśli tak się stanie, to prędzej czy później zobaczymy kolejne radykalne, głęboko polaryzujące Amerykanów polityki noszące jego sygnaturę.
Dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek
Z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu "Filmweb". Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".