Pierwszy rok Trumpa 2.0 nie był dobry ani dla świata, ani Ameryki, ani nawet samego prezydenta [OPINIA]
Odkąd Donald Trump wrócił do Białego Domu, cały świat funkcjonuje w trybie ciągłego politycznego kryzysu, nieustannej newsowej gorączki. Niemal każdy nowy tydzień przynosił nowe zaskakujące rozporządzenie wykonawcze, decyzję, wypowiedź lub post w mediach społecznościowych Trumpa, całkowicie zaskakujące zarówno przeciwników, jak i zwolenników prezydenta - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Na ile jednak polityka Trumpa była w stanie przynieść realne zmiany, wychodzące poza sensacyjne nagłówki czy pełne oburzenia lub zachwytu dla jego działań komentarze w internecie?
Amerykańskiemu prezydentowi z pewnością nie udało się w ciągu pierwszych 12 miesięcy swoich ponownych rządów – z istotnym wyjątkiem drastycznego uszczelnienia południowej granicy kraju – zrealizować własnych kluczowych celów, na których, jak wielokrotnie dawał do zrozumienia, najbardziej mu zależało.
Nie rozwiązał problemu kosztów życia i wysokich cen, które w badaniach Yougov Amerykanie od wyjścia z pandemii wskazują jako kluczowy problem stojący przed krajem – znacznie ważniejszy niż migracja. Cła nie doprowadziły, jak dotąd, do odrodzenia amerykańskiego przemysłu i dobrze płatnych miejsc pracy dla osób bez wykształcenia wyższego. Prezydentowi nie udało się też zakończyć wojny w Ukrainie ani zapewnić sobie pokojowej Nagrody Nobla.
Ostatniego roku w amerykańskiej polityce nie da się jednak sprowadzić do pozbawionego większego znaczenia chaosu. W wielu obszarach – od pomocy międzynarodowej, przez światowy handel, po sam sposób działania prezydenckiej administracji i jej relacje z pozostałymi gałęziami rządu – prezydentura Trumpa przyniosła głębokie zmiany. Z wyjątkiem zakończenia masakry w Gazie – co też zajęło sporo czasu i nie stworzyło sprawiedliwego pokoju dla Palestyńczyków – większość z tych zmian nie była jednak zmianami na lepsze.
Nowa strategia, pękające stare sojusze
Na arenie międzynarodowej ostatnie 12 miesięcy były okresem, gdy Stany w zdumiewający sposób niszczyły swój wizerunek jako odpowiedzialnego, przewidywalnego lidera porządku światowego. Chyba nigdy amerykańska soft power nie znajdowała się w tak fatalnym stanie jak obecnie. Oczywiście, Trump i jego otoczenie nie bardzo wierzą w soft power, są przekonani, że liczy się tylko twarda siła.
Ogłoszona pod koniec roku nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego Stanów jasno to wykłada. W ujęciu jej autorów, Stany popełniły błąd, wspierając budowę ładu opartego na prawie międzynarodowym i postępującej integracji gospodarczej, rozproszyły swoje siły, podejmując zbyt wiele zobowiązań w odległych miejscach świata, dając się wykorzystywać sojusznikom. Teraz, w obliczu wzrostu potęgi Chin, Stany muszą więc dokonać konsolidacji swoich zasobów – wycofać się ze zbędnych zobowiązań, zmobilizować sojuszników, by zaczęli ponosić większe koszty sojuszy, wzmocnić swoją twardą pozycję w kluczowych obszarach, takich jak Arktyka czy półkula zachodnia.
Nie wszystkie z tych założeń są absurdalne. Nowa strategia, podobnie jak Trump osobiście, nie dostrzega jednak najwyraźniej tego, jaką rolę w przyszłej rywalizacji z Chinami będą miały sojusze. A sposób w jakim Trump przeprowadza "strategiczną konsolidację", zraża do Stanów ich sojuszników, co długoterminowo będzie osłabiać Amerykę.
Według styczniowego sondażu Gallupa tylko 21 proc. badanych z państw NATO pozytywnie ocenia przywództwo Stanów w Sojuszu – w 2023 roku ten wskaźnik wynosił 40 proc. Według badania Politico z końca grudnia 56 proc. Kanadyjczyków i 40 proc. Niemców i Francuzów postrzega dziś negatywnie rolę Stanów w polityce światowej. Według badania European Council on Foreign Relations ze stycznia tylko 16 proc. badanych z 10 państw Unii – w tym Niemiec, Francji, Hiszpanii i Polski – określa Stany jako sojusznika. Co piąta badana osoba odpowiedziała, że Stany są rywalem lub przeciwnikiem, a większość, czyli 57 proc., wybrała opcję "koniecznym partnerem".
Trudno się dziwić takim odpowiedziom, biorąc pod uwagę wszystkie groźby Trumpa wobec sojuszników czy nieprzewidywalną politykę handlową Stanów.
Polityka wobec Kanady już pchnęła północnego sąsiada do strategicznego resetu z Chinami i otwarcia się na współpracę gospodarczą z głównym rywalem Stanów. Europa ciągle ma do pokonania długą drogę, by znaleźć się w podobnym miejscu. Pogłoski o nieodwracalnym transatlantyckim pęknięciu i śmierci NATO są jeszcze przedwczesne. Zwłaszcza jej wschodnia flanka najdłużej będzie tkwić przy Trumpie, nieufna co do tego, czy europejscy partnerzy będą mieli siłę i wolę, by zapewnić jej bezpieczeństwo w obliczu zagrożenia ze strony Rosji. Jednak europejskie elity będą teraz najpewniej przynajmniej próbowały zmniejszać swoją zależność od Stanów w każdym możliwym obszarze: od technologicznego, przez energetyczny po handlowy.
Skrajnie transakcyjna, niechętna prawu międzynarodowemu, celebrująca siłę logika Trumpa jest bardzo niebezpieczna zwłaszcza dla krajów o takich zasobach i w takim położeniu jak Polska. Podobnie jak polityka grająca na znaczące osłabienie Unii Europejskiej, jaką rysuje nowa amerykańska Strategia Bezpieczeństwa.
Jednocześnie Trump nie był w stanie zaaplikować amerykańskiej siły tam, gdzie było to najbardziej potrzebne: w konflikcie w Ukrainie. Amerykański prezydent pozwala grać na czas Putinowi, w wielu momentach wyglądało to jakby rosyjski prezydent rozgrywał Trumpa. Choć nie spełnił się, przynajmniej na razie, najgorszy scenariusz "nowej Jałty" i "sprzedaży" Ukrainy Putinowi, to nadzieje, jakie także w części polskich elit pokładane były w Trumpie, jako przywódcy, który bardziej niż Biden będzie w stanie przycisnąć Putina i zmusić go do zakończenia wojny, też się nie zmaterializowały.
Odrodzenia przemysłu nie widać
Trump obiecywał, że dzięki cłom w Stanach odrodzi się przemysł i dobrze płatne miejsca pracy dla klasy ludowej. Choć cła chroniące amerykański rynek są najwyższe od 1935 roku, to na razie odrodzenia przemysłu nie widać.
Prezydent jako dowód na sukces ceł wskazuje na dobre wskaźniki gospodarcze, takie jak wzrost PKB, czy wyniki giełdy. Jednak zdaniem wielu ekonomistów gospodarka rośnie nie dzięki cłom, a mimo nich. Wzrostu nie napędza z pewnością odrodzenie przemysłu, tylko boom AI – budują się raczej nowe centra danych, niż fabryki.
Jak w swojej analizie wskazuje gospodarcza dziennikarka "New York Timesa", Anna Swanson, produkcja przemysłowa, nowe inwestycje w fabryki, liczba miejsc pracy w przemyśle zmniejszają się od końca kadencji Bidena. Cła mają uderzać szczególnie w mniejszych producentów przemysłowych, zmagających się z wyższymi cenami obłożonych cłami podzespołów czy surowców. Cła przyczyniają się także, jak twierdzi wielu ekonomistów, do wzrostu cen – a to jest dziś największa polityczna słabość Trumpa.
Trump nałożył cła bez zgody Kongresu, powołując się na wątpliwą podstawę prawną. W ciągu kilku tygodni Sąd Najwyższy ma orzec, czy było to zgodne z konstytucją. Są sygnały, że choć dominują w nim prawicowi sędziowie, to może orzec nie po myśli prezydenta. Byłaby to największa klęska Trumpa w polityce wewnętrznej w drugiej kadencji.
Autorytarny dryf
W pierwszej kadencji plany Trumpa wielokrotnie zderzały się z oporem jego gabinetu, Kongresu, państwowej biurokracji. Drugą kadencję Trump zaczynał z jasną intencją rozmontowania wszelkich możliwych systemowych zabezpieczeń ograniczających jego władzę i skoncentrowania maksimum władzy w swoich rękach.
W dużej mierze mu to się udało. Gabinet został obsadzony wyłącznie lojalistami, nie ma w nim przysłowiowych "dorosłych w pokoju", zdolnych ograniczać destrukcyjne zapędy prezydenta. Kongres został zmarginalizowany, w tym kluczowej dla siebie władzy nad tym jak zbierane i wydawane są dochody państwa. Służba cywilna została przetrzebiona, instytucje, takie jak prokuratura federalna, podporządkowane politycznemu kierownictwu. Trump nie waha się, by używać jej przeciw swoim dawnym – jak były dyrektor FBI James Comey – i obecnym wrogom, jak gubernator Minnesoty Tim Walz, czy prezes Rezerwy Federalnej, amerykańskiego banku centralnego, Jerome Powell. Ten ostatni podpadł Trumpowi tym, że nie chce obniżać stóp procentowych tak, jak życzy sobie tego prezydent.
Trump poszedł na wojnę z wolnymi mediami, które pozwami, groźbami i ograniczeniami dostępu do rządu starał się zmusić do stonowania krytyki jego osoby. Podobnie z uniwersytetami, którym zagroził obcięciem finansowania, o ile nie spełnią jego ideologicznych żądań.
Wszystkie te zmiany, plus agenci ICE na ulicach, konfrontacyjna retoryka najwyższych urzędników państwowych, rządowe konta posługujące się retoryką kojarzoną dotychczas ze skrajną prawicą, tworzą klimat, w którym co najmniej połowa Amerykanów ma poczucie, że przyszłość ich kraju jako demokracji liberalnej jest poważnie zagrożona, a ustrój zmienia w podobnym kierunku jak Węgry Orbána.
Zresztą kluczowe postaci z otoczenia Trumpa nie ukrywają swojego podziwu dla modelu węgierskiego. Na razie nie dokonały się żadne zmiany, których nie dałoby się odwrócić demokratycznymi metodami, ale 2026 rok może przynieść jeszcze poważniejszy test czy system zadziała niż 2020 po przegranych przez Trumpa wyborach.
Amerykanie zaczynają żałować
Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że Amerykanie są rozczarowani tym jak wygląda drugi Trump. Od miesięcy przeważają negatywne oceny pracy prezydenta. Według niedawnego sondażu Associated Press w kluczowych obszarach - takich jak gospodarka, migracja i polityka zagraniczna - pozytywnie jego pracę ocenia mniej niż 4 na 10 badanych.
Trump jest ciągle mniej niepopularny, niż był po pierwszym roku swojej pierwszej kadencji. Ma jeszcze trochę czasu, by odwrócić te negatywne oceny. Jego otoczenie liczy, że gdy odczuwalne staną się skutki uchwalonych w zeszłym roku cięć podatkowych, a gospodarka dalej będzie się rozwijać, oceny prezydentury się polepszą.
Jeśli jednak nie stanie się to do listopada, to republikanie przegrają wybory połówkowe. Utrata kontroli nad Kongresem poważnie ograniczy możliwości administracji, może też oznaczać kolejną próbę impeachmentu. Trump, by ustrzec się porażki w listopadzie, może zaostrzyć kurs w następnych miesiącach.
Dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek
Z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu "Filmweb". Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".