Pytania o stan zdrowia Trumpa będą powracać [OPINIA]
Pytania o zdrowie i stan psychologiczny Trumpa pojawiają się, odkąd obecny prezydent wrócił do Białego Domu w styczniu zeszłego roku. I można spodziewać się, że będą one tylko nasilać się w kolejnych miesiącach prezydentury - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
W środę portal Politico opublikował materiał, w którym wypowiadający się anonimowo europejscy dyplomaci zdradzają dziennikarzom, że premier Słowacji Robert Fico przeraził się "psychologicznym stanem" Donalda Trumpa po spotkaniu z amerykańskim prezydentem w jego rezydencji na Florydzie, o czym miał otwarcie mówić swoim europejskim partnerom w trakcie zeszłotygodniowego szczytu Unii Europejskiej.
Fico, dodajmy, nie należał nigdy do pryncypialnych krytyków Trumpa, wręcz przeciwnie. Choć zaczynał swoją polityczną drogę jako socjaldemokrata, to dziś sytuuje się na pozycjach bliskich trumpowsko-populistycznej "międzynarodówki". Jeśli więc nawet ktoś tak bliski politycznie Trumpowi wychodzi przerażony ze spotkania z nim, to z amerykańskim prezydentem może być naprawdę źle.
Zarówno Biały Dom, jak i sam Fico zaprzeczyli doniesieniom portalu. W czwartek premier Słowacji spotkał się jednak z prezydentem Francji, choć odkąd wrócił do władzy w październiku 2023 roku, unikał dwustronnych spotkań z europejskimi przywódcami – izolujących słowackiego szefa rządu między innymi z powodu jego krytycznego stosunku do pomocy Ukrainie. Komentatorzy spekulują więc, czy Fico, przerażony Trumpem nie uznał, że Słowacja musi na nowo ułożyć sobie relacje z europejskimi partnerami.
Doniesienia Politico nie brzmią też nieprawdopodobnie, bo pytania o zdrowie i stan psychologiczny Trumpa pojawiają się, odkąd obecny prezydent wrócił do Białego Domu w styczniu zeszłego roku. I można spodziewać się, że będą one tylko nasilać się w kolejnych miesiącach prezydentury.
Najstarszy prezydent
Trump, gdy obejmował ponownie urząd, zapisał się w historii jako najstarszy prezydent zaczynający kadencję. Gdy w styczniu 2021 roku prezydenturę obejmował Joe Biden, był niecałe pół roku młodszy niż Trump w styczniu 2024 roku. Pytania o stan zdrowia Bidena i to, czy nie uniemożliwia on prezydentowi pełnienia obowiązków, ciążyły nad demokratą zwłaszcza w końcówce kadencji.
Trump bezlitośnie atakował Bidena już w kampanii 2020 roku, zarzucające konkurentowi, że jest zbyt stary i pozbawiony energii, by pełnić najwyższy urząd w państwie. Te ataki nasiliły się w kampanii w 2024 roku. Po katastrofalnym występie Bidena w telewizyjnej debacie z Trumpem demokraci stwierdzili, że wiek i kondycja ich prezydenta jest jednak problemem i wymusili jego wycofanie się z kampanii. Trump do dziś przekonuje, że Biden znajdował się w trakcie kadencji w tak fatalnej intelektualnej kondycji, że nie był w stanie rządzić, a decyzje podejmowali za niego ludzie z jego administracji, których nikt nie wybrał. W galerii prezydenckich portretów, jakie Trump powiesił w Białym Domu – oczywiście w złotych ramkach – zamiast portretu Bidena zawisło zdjęcie autopena.
Nic więc dziwnego, że po atakach Trumpa na wiek i stan zdrowia Bidena pojawiają się takie same pytania w odniesieniu do Trumpa. Tym bardziej że obecny prezydent dostarcza wielu powodów do niepokoju o jego stan zdrowia i poznawcze funkcje. W ostatnich miesiącach widzieliśmy Trumpa przysypiającego w trakcie posiedzenia swojego gabinetu i wyglądającego jakby miał problem z przejściem kilku kroków.
Wiele medialnych spekulacji wywołały siniaki widoczne na zewnętrznej stronie dłoni prezydenta, zakrywane intensywnym makijażem.
Trump znany jest też z bardzo niezdrowego trybu życia. Nie dosypia, cały dzień funkcjonuje na dietetycznej coli, wieczorem zjada spore ilości fast foodów, poza golfem nie uprawia regularnie żadnych ćwiczeń. Przyjmuje też codziennie znacznie większe niż zalecane dawki aspiryny. Dziennikarz brytyjskiego tabloidu "Daily Mirror" dostał od redakcji zadanie, by przez jeden dzień jeść jak Trump. Tekst opisujący to doświadczenie wymownie zatytułował: "chciało mi się wymiotować już o trzeciej po południu".
Po tym, gdy media upubliczniły list Trumpa do premiera Norwegii, gdzie amerykański prezydent pisze, że ponieważ Norwegowie nie przyznali mu Nagrody Nobla, to nie może myśleć tylko o pokoju i musi zainteresować się Grenlandią, kardiolog Jonathan Reiner wezwał Kongres, by zbadał to, czy prezydent jest dalej w stanie pełnić swój urząd.
Pytania o mentalny stan Trumpa sprowokowała także jego mowa w Davos. Trump nigdy nie był dobrym mówcą. Jego wystąpienia były chaotyczne, przypominały gonitwę myśli przypadkowo skaczących od jednego wątku do drugiego, zwyczajowo pełne były wątpliwych stwierdzeń. To przemówienie było jednak nie tylko nieprzefiltrowanym strumieniem świadomości, ale pokazywało też brak energii Trumpa. Prezydent wygłaszał rzeczy tyleż oburzające co usypiające publiczność zgromadzoną w szwajcarskim kurorcie.
Narracja Białego Domu nie pomaga
Spekulacjom na temat stanu zdrowia prezydenta nie pomaga to, w jaki sposób reaguje na nie Biały Dom, próbując przedstawiać prezydenta jako okaz fizycznego i mentalnego zdrowia. Tę narracyjną taktykę – i jej ograniczenia – doskonale widać w materiale opublikowanym niedawno w "New York Magazine".
Jego autor Ben Terris rozmawiał na temat zdrowia prezydenta z jego lekarzami, członkami gabinetu Trumpa i samym zainteresowanym. Współpracownicy prezydenta zapewnili dziennikarza, że Trump ma tak dużo energii, że za jego tempem pracy nie nadążają nawet oddelegowani do pilnowania Gabinetu Owalnego marines. Energię Trumpa zachwala też sekretarz stanu Marco Rubio i zastępca prezydenckiego szefa sztabu Stephen Miller, który mówi Terrisowi, że Trump "może pracować ciężej, ma lepszą pamięć i większą energię niż normalny śmiertelnik".
Wszystko to kojarzy się raczej z kultem jednostki znanym z dyktatur z Azji Środkowej niż z tym, jak swój wizerunek budują demokratyczni przywódcy. Ferris nie jest przy tym jedynym dziennikarzem słyszącym podobne rzeczy o prezydencie. W listopadzie sekretarz zdrowia Robert Kennedy jr. przekonywał w jednym z zaprzyjaźnionych z administracją podcastów, że kierujący rządowymi programami ubezpieczenia medycznego lekarz Mehmet Oz powiedział mu, że nigdy nie widział tak wysokiego poziomu testosteronu u mężczyzny po siedemdziesiątce, jak u Trumpa.
Pytana o możliwe symptomy zdrowotnych problemów Trumpa, administracja tłumaczy, że prezydent wcale nie przysypiał na spotkaniach gabinetów, tylko słuchał z zamkniętymi oczami. Albo, że siniaki na rękach to efekt uderzenia czy – jak tłumaczy to sam prezydent – dynamicznych uścisków dłoni. Co brzmi raczej absurdalnie niż przekonująco.
Co, gdyby Trump nie był w stanie pełnić funkcji?
Im więcej podobnych przypadków, tym więcej podobnych spekulacji. Paliwa do nich dostarcza też stopień politycznej polaryzacji w Stanach i kontrowersje, jakie budzi polityka prezydenta. Trump i jego otoczenie wszelkie pytania o stan zdrowia prezydenta – a zwłaszcza o jego mentalną kondycję – będzie zbywać jako politycznie motywowany atak. Jeśli jednak sytuacje takie jak ta z Davos będą się powtarzały, to pytania o to, czy Trump jest zdolny do pełnienia funkcji, będą zadawać też osoby odległe od antytrumpowskiego "ruchu oporu".
Co, gdyby zdrowie albo poznawcze możliwości Trumpa faktycznie się posypały? Niestety, amerykański system polityczny dziś wydaje się szczególnie nieprzygotowany na taką ewentualność. W systemach parlamentarno-gabinetowych, gdy widać, że premier nie radzi sobie z funkcją, jego partia może dość łatwo usunąć go ze stanowiska, przegłosowując wotum nieufności w parlamencie. W Stanach nie ma takiej opcji. Kongres może usunąć prezydenta ze stanowiska w ramach procedury impeachmentu, tylko jeśli naruszył prawo, wykonując swoje funkcje. Sekcja czwarta 25. poprawki do Konstytucji przewiduje procedurę, w ramach której Kongres i większość gabinetu może stwierdzić, że prezydent nie jest zdolny do pełnienia funkcji. Jest to jednak opcja atomowa, która nigdy nie została użyta, by trwale pozbawić prezydenta władzy.
Trudno wyobrazić sobie, co musiałby zrobić Trump, by złożony z lojalistów – dziś wygłaszających peany na część trumpowskiej krzepy – gabinet był w stanie podjąć taką decyzję. Tym bardziej że Partia Republikańska składa się dziś w dużej mierze z wyznawców Trumpa, która taki scenariusz uznałaby za spisek i mogła zareagować nawet rozruchami i przemocą. Z pewnością wiceprezydent, który objąłby władzę w ten sposób, nie miałby szans na wygranie następnych wyborów.
Jeśli zdrowie, albo poznawcze zdolności Trumpa nie załamią się tak spektakularnie, że nawet jego najwierniejsi wyznawcy uznają, że to poważny problem, to wezwania do zastosowania 25. poprawki pozostaną w obszarze publicystyki.
Jednocześnie im bardziej zmęczony wiekiem i problemami zdrowotnymi Trump będzie się wydawał pod koniec kadencji, im bardziej wątpliwe i ekscentryczne decyzje będzie podejmował w jej trakcie, tym bardziej będzie to ciążyło jego następcy – tak jak Kamali Harris ciążył stan zdrowia Bidena.
Dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek
Z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu "Filmweb". Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".