Ścigany przez trybunał ds. zbrodni wojennych w Sierra Leone, dokąd posyłał broń, prezydent Liberii Charles Taylor, którego chcą obalić rebelianci i którego ustąpienia domagają się Amerykanie, zwleka z opuszczeniem urzędu i wyjazdem z kraju, ponieważ obawia się, że zostanie zabity przez rebeliantów.
Tymczasem sytuacja ludności stolicy Liberii pogarsza się z każdą godziną: w śródmieściu nieustannie eksplodują pociski granatników, a do szkół i kościołów na przedmieściach ściągają tysiące uciekinierów z okolic miasta, by chronić się przed ostrzałem rebeliantów.
Patową sytuację w stolicy Liberii, gdzie podczas ostatniego, trwającego od 8 dni szturmu na stolicę zginęło - według Taylora - już 1.000 mieszkańców, może zmienić dopiero zapowiedziane przybycie sił wojskowych Nigerii, Ghany i Senegalu, którego termin ma zostać ustalony w poniedziałek.
Człowiek numer 2 w Pentagonie, podsekretarz stanu Paul Wolfowitz, oświadczył w niedzielę, że 4.500 żołnierzy USA znajdujących się na okrętach u wybrzeży Liberii, nie zejdzie na ląd, dopóki nie nastąpi zawieszenie broni, a prezydent Liberii Taylor nie opuści kraju.