ycipk-17fpf9

"Ja tego nie jem. Boję się". Pracownik lokalu z kebabem o "wołowinie", która ląduje w bułce

- Jak się zapiecze, to mięso jest zawsze brązowe. Nie widać, co się z nim wcześniej działo - mówi WP Patryk, pracownik lokalu kebaba. Zna miejsca, w których w bułce ląduje mięso niewiadomego pochodzenia, nieświeże, lub wręcz zepsute. - Ja tego nie jem. Boję się - dodaje.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Pracownicy kebabów mówią, że lokale stosują różne praktyki.
Pracownicy kebabów mówią, że lokale stosują różne praktyki. (Agencja Gazeta, Fot: Tomasz Pietrzyk)
ycipk-17fpf9

Reporterzy Uwagi i Superwizjera TVN odkryli prawdę o polskich ubojniach, które pod osłoną nocy, bez obecności weterynarza, zabijały i przerabiały na mięso chore lub wręcz padłe krowy.

Zwierzęta są przy pomocy lin wyciągane z aut i bez pośpiechu zabijane. Nie ma przy tym lekarza weterynarii. Pracownicy ubojni sami przybijają pieczątki świadczące o przydatności mięsa do spożycia.

Jak mówi na nagraniu zarejestrowanym ukrytą kamerą jedna z pracownic, mięso z uboju "leżaków", jak nazywane są chore zwierzęta, trafia m.in. do kebabów.

ycipk-17fpf9

"To jest pasztet"

Nie sposób zliczyć, ile budek z kebabem stoi w Warszawie. W samych okolicach centrum jest ich co najmniej kilkanaście. W jednej z nich pracuje Patryk. To jego pierwszy dzień w tym miejscu, ale kebaby robi od kilku lat.

Na tablicy kredą zapisano menu. Kebab z kurczakiem, wołowiną, albo mieszany. Widzę mięso obracające się na metalowych prętach. Kurczak to pojedyncze przyprawione piersi nabite jedna na drugą. "Wołowina" - jedna, wielka, zbita, zmielona masa. Patryk tłumaczy mi, że to tak zwany "mix" mięs. Nie samo mięso wołowe, jak podano w menu.

- I co jest w tym "mixie"? - pytam Patryka. - Nie wiem. I dlatego tego mięsa nie jem, boję się. Ja to mówię, że to jest pasztet. Niech pani popatrzy…

ycipk-17fpf9

I szczypcami wydłubuje większy kawałek z głębi rolki z mięsem. - Widzi pani? To jest wszystko zmielone. Niektóre kawałki są większe, inne mniejsze. Ale ja bym tego nie jadł - mówi. I natychmiast wyrzuca urwany kawałek do kosza.

- A ludzie jedzą - zauważam.
- Tak, jedzą. Oni nie są świadomi tego, co tam w ogóle jest - dodaje. - Lepiej zjeść kurczaka - stwierdza.

Czytaj też: Mięso chorych krów mogło trafić do kebabów. Dziennikarze pokazali film z ubojni z ukrytej kamery

Zielone mięso "wołowe"

ycipk-17fpf9

Patryk wcześniej robił kebaby w innej dzielnicy Warszawy. - Tam kilka razy zdarzyło się, że przyjechało do nas zielone mięso "wołowe". Produkt głęboko mrożony, a mimo to po odwinięciu z folii było widać, że jest zepsuty. No zielony. Natychmiast odsyłaliśmy to do dostawcy - wyznaje.

I dodaje, że są takie lokale, w których takie właśnie mięso trafia do bułki. - Są tacy kucharze, którzy mają to gdzieś. Wie pani, jak to mięso się zapiecze, to robi się brązowe. I nie widać, co się z nim wcześniej działo - mówi.

Sam kiedyś zatruł się takim kebabem. - Byłem klientem takiego lokalu - mówi. - W tym "mixie" naprawdę mielą wszystko - podsumowuje.

ycipk-17fpf9

"Czasami przyjeżdżało nieświeże"

Centrum Warszawy. Buda z kebabem. Przez małe okienko trudno zobaczyć, co dokładnie jest w środku. Nie widać produktów, z których przygotowywany jest kebab. Pani, która obsługuje klientów, pracuje tu już 12 lat.

Pytam, jakie podają mięso. - Kurczak, wołowina, jak wszędzie - mówi kobieta. Dopytywana, czy wie, skąd to mięso jest, odpowiada krótko: Z zakładu. Mimo, że pracuje tu 12 lat, nigdy nie rozmawiała z szefem na ten temat. Ani szef z nią. Pełne zaufanie. - Ja je po prostu dostaję, nakładam i kroję. Tyle - mówi.

- A gdzie trzymają państwo mięso? Mało tu trochę miejsca - pytam. - W lodówkach, w zamrażarkach. Mamy też takie mięso z marketu, które po prostu kroimy i podajemy. Kobieta przyznaje też, że sama je to mięso. - Nic nigdy mi się nie stało.

ycipk-17fpf9

- Wszystko jest tutaj w porządku. No, może kilka razy zdarzyło się, że mięso przyjechało nieświeże. Ale wtedy odsyłane jest do dostawcy. To wina zakładu, który to mięso nam dostarcza - tłumaczy.

"Przewały z mięsem są od lat", ale nadal wszyscy je jedzą

Pytana, czy widziała reportaż Superwizjera TVN mówi, że nie. Przytaczam: Dziennikarze dotarli do informacji, że mięso pochodzące od chorych krów mogło trafić do polskich kebabów.

- Żartuje pani - słyszę za sobą głos mężczyzny, który niedawno zamówił tu kawę. Pytam, czy będzie jadł kebaba. - Nie. Jestem świadomym konsumentem, nie jem kebabów ani żadnych innych fast foodów. Przewały z mięsem są od lat - stwierdza.

- I dlatego nie je pan w takich miejscach? - dopytuję. - Nie. Wierzę, że to mięso jest dobre. Ja po prostu wolę zjeść rybę. Na pewno nie coś, co jest mięsem władowanym w białą bułkę z warzywami - podsumowuje.

Czytaj też: Kiedyś kotlet de volaille, dziś kebab i mobilny mini bar. Polskie studniówki niczym bale celebrytów

"Nie potwierdzam, nie zaprzeczam"

W innym lokalu oferującym kebaba pracuje dwóch mężczyzn pochodzących z Bangladeszu. Jeden robi tu od 3 miesięcy, drugi - od roku. Mówię o reportażu, o którym również nie słyszeli. - Nie możemy potwierdzić tych informacji, ale nie zaprzeczamy - mówi mi jeden z nich. I dodaje, że "różnie bywa w różnych miejscach". Ale u nich wszystko jest w porządku. - Ufamy szefowi. On to mięso przywozi. Jak się ma dobrego szefa to jest dobrze. Po prostu. Przecież wcześniej lekarz potwierdził, że to mięso jest dobre i dlatego trafiło do obrotu, prawda? - dodaje.

Jakie mięso sprzedają? Znów: kurczak i "mix". - Co jest w tym drugim? - pytam. - Dokładnie nie wiemy. Wołowina w większości, pewnie jakieś 60-70 procent. Reszta to baranina, indyk… nie wiem co jeszcze - odpowiada mężczyzna.

Jak mówi, codziennie zakładają przy piecach nową rolkę mięsa. Nigdy nie odgrzewają tego, które zostało z poprzedniego dnia.- Wiem jednak, że w niektórych kebabach tak właśnie robią. Grzeją jednego dnia, a później nie chowają i na następny dzień odgrzewają je od nowa. Albo jeszcze na kolejny dzień. Liczy się każdy grosz. Nic nie może się zmarnować - mówi.

"Nie lubię wołowiny"

- A jedzą panowie to mięso sami? - pytam. Ten, który mówi niewiele, uśmiecha się pod nosem. Wyznaje, że je, ale tylko kurczaka. - Nie lubię wołowiny - dodaje szybko. Drugi odpowiada: - To dobre mięso. Sam jem je codziennie. Często zabieram sobie też kanapkę do domu. Jak zapomnę zjeść jednego dnia, to jem na drugi, trzeci. I wszystko jest okej.

W międzyczasie para w średnim wieku zamawia trzy kebaby. Prosi, żeby ten trzeci spakować na wynos, bo "to dla dziecka".

Czytaj też: Sprzedawcy-patrioci sąsiadują z kebabem. Tak polski śledź żyje z ostrą baraniną

"Smaczne to smaczne"

Pytam jedzących niedaleko ludzi, czy im smakuje. - Tak, dobre - odpowiadają. Gdy dopytuję, czy nie obawiają się tego, że nie wiedzą, skąd to mięso może pochodzić mówią, że się tym nie przejmują. Odchodzą.

Rozmawiam też z Natalią. - Ja tutaj już może z trzydzieści razy jadłam. W ogóle często jem kebaby. Smaczne to smaczne. Ani razu nie miałam żadnych nieprzyjemności przez to - mówi. I dodaje: - Pierwszy strach będzie, jak coś się stanie. Albo jak będzie informacja gdzieś w sieci, że w takim i takim kebabie mięso jest niewiadomego pochodzenia.

- Ale takie informacje oficjalnie nigdzie nie wypłyną.
- No tak - kwituje. - Dlatego będziemy nadal to jeść tak często, jak jemy teraz.

Zobacz także: Bartłomiej M. zatrzymany przez CBA. Była minister w rządzie PiS: odpowiedzialność Macierewicza

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Polub WP Wiadomości
ycipk-17fpf9
ycipk-17fpf9