Iran odpowiada na atak. Generał Polko: To kwestia honoru, użyją wszystkiego, co mają
"Iranu nie da się rzucić na kolana samym uderzeniem rakietowo-powietrznym. Ta wojna może się w ten sposób rozpocząć, ale na pewno się tak nie zakończy" – mówi w rozmowie z WP gen. Roman Polko, były dowódca GROM. Teheran odpowiada na sobotni atak Izraela, do którego dołączyły Stany Zjednoczone.
Były dowódca GROM gen. Roman Polko podkreśla, że dla władz w Teheranie kwestia odwetu to sprawa honoru. – Użyją wszystkiego, co mają – ocenia. Zwraca jednak uwagę, że Izrael dysponuje rozbudowanymi systemami obrony powietrznej, a przy wsparciu USA ich skuteczność jeszcze rośnie. – To nie przeszkodzi stronie irańskiej ogłosić sukcesu, nawet jeśli militarnie efekt będzie ograniczony – dodaje.
W sobotę rano izraelskie wojsko poinformowało o wystrzeleniu z terytorium Iranu rakiet, które lecą w kierunku Izraela. Wcześniej Teheran zapowiedział "miażdżący" odwet za atak na jego reżim.
Polko przypomina, że już w 2025 roku Donald Trump ogłaszał "całkowite zniszczenie" irańskiego programu nuklearnego. – Skoro dziś znów obserwujemy uderzenia, to znaczy, że sprawa nie została zamknięta. Sama intensyfikacja działań z powietrza nie spowoduje wymiany ludzi u władzy. A jeśli celem USA miałoby być zaprowadzenie w Iranie demokracji w amerykańskim stylu, to trzeba jasno powiedzieć: Irańczycy chcą urządzać państwo po swojemu – wskazuje.
Zdaniem byłego dowódcy GROM obecne działania wpisują się bardziej w strategię Izraela niż w próbę pełnoskalowej zmiany reżimu. Chodzi o osłabienie potencjału militarnego Iranu – przede wszystkim zdolności rakietowych i infrastruktury przemysłu zbrojeniowego. – To nie tylko kwestia broni jądrowej, ale całego systemu odstraszania – zaznacza.
Epicka Furia. Gen. Polko: Iran to nie Wenezuela, łatwo nie będzie
Generał porównuje sobotni atak z operacją z czerwca 2025 roku. Wówczas Izrael wysłał około 200 samolotów, które raziły setki celów, eliminując dowódców irańskiej armii, elitę Gwardii Rewolucyjnej i naukowców pracujących przy programie nuklearnym. Teraz skala wydaje się mniejsza: kilka eksplozji, przeloty rakiet manewrujących. USA zgromadziły w regionie potężne siły - a samej akcji nadano groźny kryptonim "Epicka Furia".
- Na razie to wygląda raczej na sygnał ostrzegawczy niż próbę decydującego ciosu – ocenia gen. Polko. Nie wyklucza jednak, że cele są bardziej precyzyjne, niż wynika to z pierwszych doniesień. Izrael – jak podkreśla – wielokrotnie udowodnił, że dysponuje bardzo dobrym wywiadem w Iranie. – Jeśli likwidowani są kluczowi ludzie systemu, to jest to także sygnał dla ich następców: zastanówcie się, czy warto dalej eskalować – mówi.
Gen. Roman Polko przestrzega przed myśleniem, że Iran można łatwo zmusić do uległości. – To nie będzie szybka, spektakularna operacja. To ogromny kraj, z inną mentalnością społeczną i z siecią sojuszników w regionie. Hezbollah w Libanie czy Huti w Jemenie są osłabieni, ale wciąż zdolni do działania – zauważa. Jego zdaniem największym zagrożeniem jest spirala nieregularnych działań, w tym ataków terrorystycznych.
Generał dopuszcza, że działania USA mają również wymiar negocjacyjny. – To może być argument w rozmowach: pokazujemy, że możemy uderzyć ponownie. Siądźcie do stołu. Problem w tym, że warunki stawiane Iranowi są bardzo daleko idące i w praktyce oznaczają ograniczenie jego zdolności rakietowych – mówi.
Sytuację określa jako poważną i niebezpieczną. – Mam nadzieję, że to uderzenie okaże się straszakiem, który skłoni osłabiony Iran do rozmów, a nie początkiem kolejnej, długiej wojny w regionie – podsumowuje gen. Roman Polko.
Izrael, Iran i Donald Trump. O co chodzi w tej wojnie?
Sytuacja polityczna wokół Iranu od miesięcy była napięta, a różnice między Waszyngtonem a Jerozolimą dotyczyły nie tylko metod, ale i celu końcowego. W styczniu w Iranie wybuchły protesty przeciwko władzy Ajatollaha Chameneiego. Zostały krwawo stłumione choć Donald Trump zapowiadał pomoc protestującym. Jak opisywała wcześniej Wirtualna Polska, w amerykańskiej administracji dojrzewał scenariusz, w którym to Izrael miałby wykonać pierwszy ruch.
– Różnica między Amerykanami i Izraelem jest taka, że z perspektywy Jerozolimy irański reżim musi się zmienić. A Trumpowi wystarczy deal, jakaś nowa formuła umowy z 2015 a w niej np. wyrzeczenie się przez Iran programu atomowego czy kontrola nad tym programem. Tak, żeby przejść później do "deali" naftowych z Teheranem – komentuje rozmówca Wirtualnej Polski – mówił w rozmowie z WP Paweł Rakowski, ekspert ds. Bliskiego Wschodu i autor książki "Nowy Bliski Wschód". Z kolei politycznie w USA bardziej opłacalny byłby wariant: Izrael zaczyna, Amerykanie kończą.
Tomasz Molga, dziennikarz Wirtualnej Polski