Dziesięć dni wojny, pięć wniosków [OPINIA]

Im więcej zbombardowanych szkół, im więcej arogancji w amerykańskiej machinie propagandowej, tym bardziej świat będzie zapominał o tysiącach ludzi zamordowanych przez reżim ajatollahów, o torturowanych opozycjonistach, o ludziach wieszanych na dźwigach.

Donald TrumpDonald Trump i JD Vance co rusz podają inne powody ataku na Iran
Źródło zdjęć: © East News
Marek Magierowski
Dźwięk został wygenerowany automatycznie i może zawierać błędy

Ameryka wysłała właśnie na Bliski Wschód już trzeciego prezydenta. Za Abrahamem Lincolnem i Geraldem Fordem podąża George H. W. Bush.

Mowa, rzecz jasna, o trzech lotniskowcach w solidnej obstawie mniejszych jednostek, które uczestniczą lub za chwilę zaczną swoją misję w ramach operacji "Epic Fury". To pokaz mocy, chociaż prawdopodobnie także niezbyt zawoalowany sygnał, iż wojna przeciwko Iranowi nie skończy się tak szybko.

Nikt nie oczekiwał, iż reżim ajatollahów zostanie obalony w 72 godziny. Szczególnie w obliczu lekcji sprzed czterech lat, gdy rosyjska armia miała równie sprawnie rozbić siły ukraińskie, zająć Kijów i odsunąć od władzy Wołodymyra Zełenskiego (a nawet "wyeliminować", tak jak stało się w przypadku Alego Chameneiego).

Ekspert o sytuacji na Bliskim Wschodzie. "Najgorszy scenariusz"

Mało kto liczył na to, że ataki na Teheran i inne ośrodki zamkną się w tydzień, aczkolwiek taki scenariusz wydawał się już bardziej realny. Kiedy jednak podczas konferencji prasowej sekretarz obrony Pete Hegseth stwierdził, iż wojna może potrwać "cztery tygodnie, może sześć, a może osiem, a może trzy", stało się jasne, że skoro wchodzą w rachubę nawet dwa miesiące, to dlaczego właściwie nie pół roku albo rok. Jak napisał jeden z użytkowników platformy X (żałuję, że sam nie wpadłem na ten bon mot), "najtrudniejszy moment blitzkriegu to pierwsze dwadzieścia lat".

Bitewna mgła jest tym razem wyjątkowo gęsta. Starcie propagandowe - po obu stronach - wchodzi na najwyższe obroty. Jesteśmy codziennie zalewani setkami depesz, raportów i zdjęć satelitarnych. Bombardowani terabajtami danych o zyskach i stratach. Jakkolwiek po 10 dniach amerykańskiej "Epickiej furii" oraz izraelskiego "Ryku lwa" nie sposób w pełni ocenić, jak bardzo bliski jest upadek rządu mułłów i kiedy prezydent Donald Trump i premier Benjamin Netanjahu ogłoszą ostateczny sukces operacji.

Co, swoją drogą, z politycznego punktu widzenia jest zawsze zdradliwe - wystarczy przypomnieć słynne przemówienie George’a W. Busha z 1 maja 2003 roku, sześć tygodni po rozpoczęciu inwazji na Irak, gdy obwieścił "wypełnienie misji" ("Mission Accomplished"). Notabene, zrobił to na pokładzie… lotniskowca USS "Abraham Lincoln".

Jak pamiętamy, "Mission" okazała się bardziej "Impossible" niż "Accomplished", a Irak na wiele lat pogrążył się w politycznym chaosie i kryzysie ekonomicznym.

Amerykanie, po bolesnych doświadczeniach w post-saddamowskim Iraku, a także w Afganistanie, bez wątpienia chcieliby uniknąć podobnego scenariusza. Czy jednak odrobili zadanie domowe? W wojnę wchodzi się łatwo, zwłaszcza gdy czyni to takie mocarstwo jak Stany Zjednoczone. Wychodzi się dużo trudniej.

Ciężko jest też, na tym etapie, wyciągać daleko idące wnioski co do jej rezultatów. Niemniej coś przez tę mgłę powoli zaczyna się przebijać.

Wniosek 1: W wyimaginowanym świecie Trumpa Ameryka już tę wojnę wygrała, a Iran ogłosił kapitulację

W ostatnich dniach Biały Dom co rusz zmieniał zdanie, jeśli chodzi o najważniejsze cele interwencji. I prezydent USA, i jego najbliżsi współpracownicy lawirowali między "zmianą władzy", "unicestwieniem programu nuklearnego" (drugim z rzędu) i "całkowitym zniszczeniem irańskiej floty".

Najpierw nieformalnie wspierali Rezę Pahlawiego, syna poprzedniego szacha Iranu, przebywającego na emigracji w USA. Po czym uznali, że na tego konia stawiać nie warto. W poprzednią sobotę Irańczycy usłyszeli, że mają wziąć swój los we własne ręce, a kilka dni później Donald Trump zapowiedział, że to on de facto zdecyduje, kto zostanie nowym przywódcą ich kraju. Zrazu Amerykanie rozważali uzbrojenie kurdyjskich bojówek, by wzniecić powstanie przeciwko ajatollahom, następnie wycofując się z tych planów rakiem.

Jedno jest pewne: sądząc po kilku ostatnich wypowiedziach Trumpa, będzie on dążył do jak najszybszego proklamowania "kapitulacji Iranu", nawet jeśli nie wszystkie cele zostaną osiągnięte. Trump zrazu owej kapitulacji się domagał, potem nawet ją ogłosił (gdy Irańczycy stwierdzili, że wstrzymają ostrzał rakietowy sąsiadów, jeśli ci z kolei przestaną współpracować z najeźdźcą), zaś w ubiegłą sobotę uprzejmie "podziękował" za wsparcie sojusznikom z Wielkiej Brytanii i osobiście premierowi Keirowi Starmerowi, pisząc ironicznie w swojej sieci Truth Social: "Nie potrzebujemy ludzi, którzy przyłączają się do naszych wojen, gdy już w nich zwyciężyliśmy!".

Wiele wskazuje na to, że mentalnie Trump tę wojnę już "wygrał", a jego najwierniejsi doradcy taki przekaz suflują mu do ucha.

Wniosek 2: Ropa, głupcze, ropa!

To będzie w najbliższych tygodniach polityczny priorytet administracji: odtrąbienie triumfu i przynajmniej tymczasowe zakończenie bombardowań. Niezależnie od tego, czy dojdzie do zmiany władzy w Iranie, na ile uda się zdziesiątkować armię i Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej oraz zneutralizować atomowe ambicje Teheranu. Trump zdaje sobie bowiem sprawę, że zbliża się do dwóch niebezpiecznych granic.

Po pierwsze: światowe ceny ropy naftowej wystrzeliły (w poniedziałek rano, po raz pierwszy od czterech lat, przekroczyły psychologiczną barierę 100 dolarów za baryłkę), a zwykli Amerykanie już to odczuwają, wlewając paliwo do swoich SUV-ów. Według analityków firmy GasBuddy jednego dnia amerykańscy klienci, od wschodniego po zachodnie wybrzeże, wydają na stacjach w sumie 122 mln dolarów więcej niż przed rozpoczęciem wojny. Ceny benzyny podskoczyły o 32 centy na galonie (mniej więcej o 10 proc.), a diesla - o 51 centów. Pięć dolarów więcej za pełen bak to już problem - i dla właściciela auta, i dla Trumpa.

Za osiem miesięcy odbędą się w USA tzw. wybory połówkowe, gdzie wymieniony zostanie cały skład Izby Reprezentantów i ponad jedna trzecia Senatu. A jak wiadomo, w Ameryce nic tak nie stymuluje wyborców, jak ceny przy dystrybutorze. Albo pozytywnie, jeśli są niskie, albo negatywnie, jeśli rosną. Tymczasem urzędnicy w Białym Domu, Departamencie Stanu czy Energii zachowywali się ostatnio tak, jakby sytuacja na rynkach surowców ich zaskoczyła, choć przecież ze wszystkich możliwych konsekwencji kolejnej awantury w tej akurat części świata, powyższy skutek był najbardziej przewidywalny.

Po drugie: ci sami oficjele wydają się też zdziwieni tempem, w jakim zarówno siły amerykańskie, jak i ich partnerzy, tracą zdolności obrony przeciwrakietowej i przeciwdronowej. Irańczykom udało się zniszczyć kilka ważnych obiektów (m.in. wartą miliard dolarów instalację radarową w Katarze), przy pomocy pocisków dalekiego zasięgu, lecz również osławionych, "samobójczych" Shahedów (koszt jednego drona: ok. 40 tys. dolarów). Według niektórych mediów jeszcze przed 28 lutego o możliwych niedoborach amunicji przestrzegali amerykańscy generałowie.

Owszem, nadal zdecydowana większość rakiet i bezzałogowców jest zestrzeliwana (w przypadku Zjednoczonych Emiratów Arabskich to imponujące 94 procent - wystrzelone 1184, przechwyconych 1110). Owszem, intensywność ataków ze strony Iranu gwałtownie spadła. Niemniej, jeśli Irańczycy zachowali jeszcze odpowiedni potencjał, tylko wstrzymują się z jego użyciem, to przy braku stosownego "parasola", Amerykanów, Saudyjczyków czy Katarczyków mogą spotkać nader niemiłe niespodzianki.

Wniosek 3: Kupuj dużo sprzętu i amunicji. Ale mądrze. I zacznij wreszcie sam tę amunicję produkować

Wracając do punktu pierwszego: to sojusznicy USA w Zatoce będą najbardziej naciskać na przerwanie operacji, bo ich straty, głównie ekonomiczne, mogą się okazać katastrofalne. Głównie z powodu zagrożenia całkowitą blokadą Cieśniny Ormuz, przez którą przechodzi, z grubsza, jedna piąta światowego transportu ropy naftowej (z czego ok. 75 proc. wędruje do Chin, Indii, Japonii i Korei Południowej). Ale też z powodu wyczerpujących się zapasów pocisków, wykorzystywanych w obronie przeciwpowietrznej. Amerykanie w pośpiechu przerzucają teraz na Bliski Wschód uzbrojenie z innych kontynentów, a niektóre kraje europejskie obawiają się, że dostawy już zakontraktowanego amerykańskiego sprzętu mogą się znacząco opóźnić.

Co powinno być zresztą jednym z elementów naszej wewnętrznej debaty o programie SAFE. Polska może się znaleźć między młotem a kowadłem: brnięciem w unijną pożyczkę, ze wszystkimi (w tym politycznymi) wadami tego rozwiązania, a uzależnieniem od zakupów w USA, które - jak widać dziś w sposób jaskrawy - także może być na dłuższą metę ryzykowne. W takim sensie każda kolejna wojna, w którą zaangażują się Stany Zjednoczone, będzie pośrednio uderzała w nasze możliwości obronne. A wygląda na to, że Donald Trump ma pod tym względem apetyt nieograniczony.

"Europejczycy nadal żyją w świecie marzeń, w którym Stany Zjednoczone są gigantycznym Walmartem, gdzie kupujesz towar i otrzymujesz go natychmiast" – powiedział w niedawnym wywiadzie dla "Politico" Camille Grand, były zastępca sekretarza generalnego NATO ds. Inwestycji Zbrojeniowych, dzisiaj kierujący Europejskim Stowarzyszeniem Przemysłu Lotniczego, Kosmicznego i Obronnego.

Wniosek 4: Upadek mitu "Zosi Samosi"? Tak, Ameryka też potrzebuje sojuszników

Te przeszkody mogą jedynie pogłębić animozje między Waszyngtonem a państwami należącymi do NATO. Dziś, w swojej reakcji na "Epicką furię", większość z nich ogranicza się do oświadczeń potępiających reżim ajatollahów, wyrazów solidarności dla irańskiego narodu, a pod względem militarnym - jedynie do pomocy logistycznej. Co specjalnie nie powinno dziwić, zważywszy na przetaczającą się od wielu miesięcy falę krytycznych komentarzy o "słabej i dekadenckiej Europie", płynących z ust Donalda Trumpa, J.D. Vance’a czy Pete’a Hegsetha.

Co ciekawe, gdy prezydent USA wywołał burzę swoimi wynurzeniami na temat roli europejskich żołnierzy w Afganistanie i stwierdzeniem, iż "NATO zapewne nie przyszłoby dzisiaj Ameryce z pomocą", dokładnie w tym samym czasie amerykańskie lotnictwo i marynarka korzystały z co najmniej… siedmiu NATO-wskich baz na Starym Kontynencie: w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii, Włoszech, Grecji oraz na Cyprze (baza RAF).

Dodajmy do tego nasilające się antytrumpowskie nastroje w wielu krajach, co w dużej mierze tłumaczy asertywność niektórych liderów. Jak np. premiera Hiszpanii Pedro Sáncheza, który po wybuchu wojny nie zgodził się, aby amerykańskie samoloty-cysterny startowały z lotnisk w Rocie i Morón. Kiedy zajrzy się do wyników kilku ostatnich sondaży, ta decyzja nie powinna nikogo zaskakiwać. 76 proc. Hiszpanów ma "złe" i "bardzo złe" zdanie o Trumpie, 80 proc. uważa, że prezydent USA stanowi zagrożenie dla światowego pokoju, a 82 proc. określa sytuację w Gazie jako "ludobójstwo".

Wniosek 5: Narracyjnie Ameryka może srogo tę wojnę przegrać

Ten trend raczej się nie odwróci. Ani w Madrycie, ani w Berlinie, ani w Rzymie, ani nawet w Warszawie. Niechęć do Trumpa będzie się wzmagać, a sympatia do Ameryki topnieć. Im więcej zbombardowanych szkół ("Nigdy nie robimy tego celowo", jak wyznał Marco Rubio), im więcej cywilów, pogrzebanych pod gruzami budynków, im więcej arogancji w amerykańskiej machinie propagandowej, tym bardziej świat będzie zapominał o tysiącach ludzi zamordowanych przez reżim ajatollahów, o torturowanych opozycjonistach, o ludziach wieszanych na dźwigach, o kamienowanych kobietach.

Wreszcie: im więcej żołnierzy US Army, wracających do Ameryki w trumnach, tym trudniej będzie Donaldowi Trumpowi uzasadnić sens tej wojny.

Marek Magierowski

Najważniejsze teksty tygodnia. Śledztwa, które robią różnicę. Reportaże, które zostają w głowie. Wyraziste opinie. Najlepsze treści premium bez opłat w Twojej skrzynce.

Wybrane dla Ciebie
Sprawa Mejzy rusza. Komisja oceniła jego oświadczenie
Sprawa Mejzy rusza. Komisja oceniła jego oświadczenie
Atak dronów w Turcji. Jednostka należy do "floty cieni"
Atak dronów w Turcji. Jednostka należy do "floty cieni"
OZE odpowiedzią na kryzys? Hennig-Kloska: Są źródłami tańszymi
OZE odpowiedzią na kryzys? Hennig-Kloska: Są źródłami tańszymi
Akcja służb. "Wor w zakonie" zatrzymany w Warszawie
Akcja służb. "Wor w zakonie" zatrzymany w Warszawie
Trump "uspokaja" w sprawie cen paliw. "Myślałem, że wzrosną bardziej"
Trump "uspokaja" w sprawie cen paliw. "Myślałem, że wzrosną bardziej"
Poranek Wirtualnej Polski. Gościem programu Anna Maria Żukowska
Poranek Wirtualnej Polski. Gościem programu Anna Maria Żukowska
Prom do Gdyni wstrzymany. Około 200 pasażerów utknęło w Karlskronie
Prom do Gdyni wstrzymany. Około 200 pasażerów utknęło w Karlskronie
"Nasz kraj nigdy się nie poddaje". Oklaski dla Morawieckiego w USA
"Nasz kraj nigdy się nie poddaje". Oklaski dla Morawieckiego w USA
Michał Rachoń zatrzymany? Jest stanowisko policji
Michał Rachoń zatrzymany? Jest stanowisko policji
Trump blisko przełomu? Doradca mówi o końcu konfliktów
Trump blisko przełomu? Doradca mówi o końcu konfliktów
Liderzy Iranu błagają o pokój? Trump: "boją się o tym powiedzieć"
Liderzy Iranu błagają o pokój? Trump: "boją się o tym powiedzieć"
Seria izraelskich ataków. Niespokojna noc na Bliskim Wschodzie
Seria izraelskich ataków. Niespokojna noc na Bliskim Wschodzie