Psychofag tworzy pozory idylli. A ma wobec ciebie złe plany
Psychofag tworzy pozory idylli. A ma wobec ciebie złe plany (WP.PL, Fot: Paweł Kuczyński)
psychologia
12-01-2019 (21:29)

Dasz mu się ugotować żywcem. Psychofag wygląda zwyczajnie, a zmienia życie w koszmar

Żabę można ugotować, nie przykrywając nawet garnka pokrywką. Cały sekret polega na stopniowym podgrzewaniu wody, w której pływa płaz. Kiedy na powierzchni zaczną bulgotać bąbelki, zwierzę już się nie zorientuje, że zaraz zetnie mu się białko. Taką strategię stosują w relacjach psychopaci. Masz pewność, że nie jesteś żabą?
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

"Moje dwie głowy" to książka, która krąży w drugim obiegu. Informacje o niej rozchodzą się pocztą pantoflową. Polecają ją psychoterapeutki, a przede wszystkim ludzie, którzy przeżyli to, co opisuje autorka - koszmar życia z psychopatą. Sprzedawana w jednej księgarni stacjonarnej i w księgarni internetowej samej autorki - Mai Friedrich - publikacja podpowiada bowiem, jak się od psychopaty uwolnić. A można, tylko trzeba uciekać i nie brać jeńców.

Layer 1

Jeśli tylko posiadasz coś cennego, co mogłoby zainteresować "łowcę cudzych zasobów" – nie czuj się bezpiecznie. Psychopaci polują tuż obok, na nas. Sprawiają dobre wrażenie, bez trudu pozyskują zaufanie i bezpardonowo je sprzeniewierzają. Możesz ich spotkać w pracy, w rodzinie, wśród znajomych i nowo poznanych. Tylko część spośród nich to przestępcy czy brutalne osiłki. Większość żyje wśród nas, nie wzbudzając podejrzeń. I mogłoby cię to nie obchodzić, ot, jedno z wielu zjawisk tego świata, zarezerwowanych dla znawców tematu. Ale co, jeśli jeden z nich weźmie sobie ciebie na swój widelec i uzna, że potrzebuje właśnie takiej, jak ty, partnerki?

Małgorzata Osipczuk

Psychofag, czerpie radość z poniżania najbliższych

W życiu ludzie spotykają różnych partnerów i partnerki. Upragnione szczęście osobiste nie jest łatwo osiągalne. Bywa, że mimo szczerych chęci, nie wychodzi. Różnice charakterów okazują się nie do pokonania mimo szczerych chęci. Pojawiają się zdrady, wypalenie, graniczne wydarzenia z życia, które sprawiają, że związek nie będzie już taki, jak dawniej. Ale jest jeden szczególny rodzaj relacji, zmieniający życie jednego z partnerów/partnerek w koszmar. I to taki, z którego wyjątkowo trudno się wyplątać.

To relacja współuzależnieniowa. Relacja z psychopatą/psychopatką. Z manipulatorem płci obojga, który czerpie największą przyjemność z rozgrywania partnerki lub partnera. Z poniżania, niszczenia, zdradzania partnera, a jednocześnie przywiązywania go/jej do siebie. Związek wygląda tak: haremy kochanek czy kochanków psychofaga, spiętrzone kłamstwa, bierna agresja, doprowadzenie do ruiny finansowej. Psychofag przyłapany na kłamstwie wmawia ofierze, że wszystko jest wytworem jej wyobraźni i nadinterpretacją. Ofiara zaś stopniowo - niczym wspomniana żaba - traci zdolność polegania na własnych osądach i poczucie sprawczości w życiu. I trwa w tym koszmarze, bo jest już tak zmanipulowana, że jej własne życie bez oprawcy i wiecznej huśtawki wydaje się niemożliwe.

Taki związek zaczyna się bajkowo, ale bardzo szybko okazuje się smutną parodią bajki. Bo oto zamiast żaby, która miała się zmienić w księcia, książę zmienia cię w żabę. A ty lądujesz w garze, pod którym płonie coraz większy ogień. I najgorsze jest to, że nawet do głowy nie przyjdzie ci z takiego gara wyskoczyć.

Maja Friedrich wyskoczyła. Dzisiaj próbuje pomagać tym, które myślą nad ucieczką lub już uciekły, ale zupełnie nie wiedzą, co ze sobą w nowych okolicznościach zrobić. Przede wszystkim kobietom, bo to one głównie się z nią kontaktują, szukając ratunku.

Agata Komosa: Kiedy żaba się orientuje, że woda, w której siedzi, jest za gorąca?

Maja Friedrich: Kiedy uświadomi sobie, że jest poddawana praktyce miarowego podgrzewania. Ale to zależy od żaby. Niektóre są w stanie poczuć to intuicyjnie, inne mogą liczyć na pomoc z zewnątrz. Ale muszą też mieć w sobie gotowość na taką pomoc.

A gdy woda już wrze?

Jak ogień rozkręci się na pełen hajc, to czasu już jest mało i trzeba działać, mimo że pozornie nie ma wyjścia. Ale taka żaba wraca wówczas wspomnieniami do momentu, w którym woda była przyjemna i to jest wystarczająca motywacja, by zostać w rondlu. Tak właśnie działa psychofag.

Psychofag czyli kto?

Ktoś, z kim związek zwykle zaczyna się cudownie, ale potem stopniowo pojawiają się coraz poważniejsze nadużycia. A kiedy na jaw zaczynają wychodzić manipulacje, kłamstwa i zdrady, on potrafi przywołać wspomnienie o pięknych czasach, odnieść się do początku waszej wyjątkowej miłości, która pokona absolutnie wszystko. Co więcej, zapewni cię, że ta woda wcale nie jest taka gorąca, mimo że już skóra zaczyna ci złazić.

Jakie mechanizmy powodują, że bardziej wierzymy oprawcy niż sobie?

Wyczucie, że coś jest nie tak, wymaga sprawnie działającej intuicji, bo kłamstwa są tak przewrotne, a manipulacje tak szyte na miarę, że trudno im nie ulec. Ta intuicja, kiedy zaczyna nam się dziać krzywda, nawet dość głośno krzyczy, ale psychofag ją zręcznie sabotuje. Zwodzi. Dzisiaj wiem jedno: jak teraz odzywa się we mnie wewnętrzny głos, czy może dysonans poznawczy, to nie ma bata, żebym nie zatrzymała się i wnikliwiej nie przyjrzała tej czy innej relacji, w jakiej jestem. Czy to miłosnej, przyjacielskiej, czy zawodowej.

Wtedy też tak naprawdę wiedziałam, że coś jest nie tak. Ale to jest kwestia odwagi i decyzji: czy chcę w sobie tłumić te uczucia, bo one w pewnym momencie zabijają. Jak wiele kobiet uwikłanych w takie relacje odmawiałam sobie prawa i do tej odwagi, i do podjęcia jednoznacznej decyzji. Natomiast czas i dynamika związku przemocowego robią swoje – doprowadzają do skraju wyniszczenia emocjonalnego. Choć wiele kobiet tkwi w takich relacjach i powtarza sobie: co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Jak płachta na byka działa na mnie to porzekadło. Na swojej stronie przywołałam cytat Marcina Szczygielskiego, który, jak nic innego, trafnie oddaje istotę tego zjawiska:

Layer 1

Co cię nie zabije, to cię wzmocni - gdzie to ma sens? Zawsze kiedy słyszałem te słowa, przychodziło mi na myśl drzewo, w które uderza piorun, odzierając je z gałęzi i liści. Pozostaje tylko osmolony, chropowaty pień. Pień jest mocny i niezłomny, ale czy nadal jest drzewem, nawet jeśli krążą w nim jeszcze soki? Z człowiekiem jest tak samo. Każde złe doświadczenie odziera go z wierzchniej, miękkiej, delikatnej, wrażliwej tkanki. Następne podobne doświadczenie spływa po kościach. Ale dalsze, jeszcze gorsze i gorsze, odbierają kolejne uczucia. Człowiek nie uodparnia się na nie, traci tylko wrażliwość. Gdy liczba bodźców osiągnie dopuszczalny próg, pozostaje wreszcie tylko pierwotne jądro. Twarde i obojętne, animowane instynktem samozachowawczymi biologiczną wolą przetrwania. Czy tacy ludzie są jeszcze ludźmi?

Marcin Szczygielski

Relacja z psychofagiem jest niszcząca. Czy z tego można w ogóle wyjść z poczuciem, że jednak jakoś nas wzbogaciła, a może pozostaje tylko piętno traumatycznych przeżyć?

Nie tyle wzbogaciła, co zmobilizowała do zmian. Już wcześniej byłam w różnych złych relacjach i lądowałam w sytuacjach, które powinny mnie zaniepokoić. Tylko albo je wypierałam, albo obrażałam się na życie. I w pewnym momencie uznałam, że już dosyć tego. To, co się zdarzyło w mojej relacji z psychofagiem, to było apogeum, po którym musiałam przeanalizować, jakich ludzi wpuszczam do swojego życia, jak wyglądają moje wartości, gdzie wyznaczam granice. A ja racjonalizowałam sytuacje dla siebie niekorzystne. Niby jestem osobą doświadczoną, niby coś już o życiu wiem. Niby rozumiem, na jakie wydarzenia w jaki sposób reaguję. A jednak - to nie dotyczyło wyłącznie związków damsko-męskich - nie potrafiłam stawiać ludziom granic, ucinać relacji, w których coś nie grało.

Cechy, o których pani mówi, to zwykle cechy osób z rodzin dysfunkcyjnych. Czy psychofagi świadomie szukają takich ofiar? Czy jest odwrotnie: ofiary podświadomie szukają psychofagów?

Może nie tyle szukają, co nie wiedzą, jak szukać i jak rozpoznawać te zdrowe relacje. Na agresora, którym przecież psychofag nie jest od początku, reagują jak na coś znajomego. Dysfunkcyjny dom zaprawia dzieci jak marines do huśtawek emocjonalnych, niestabilności, kryzysów. Relacje nieokraszone przemocą, roszczeniami, emocjonalnym pasożytnictwem - są dla nich obce.

Osoby z toksycznych domów podświadomie umieją się odnaleźć w sytuacjach, w których pojawia się zagrożenie, bierna agresja lub po prostu agresja. To z jednej strony jest umiejętność zapewniająca przetrwanie, a z drugiej przekleństwo. Taka osoba przyciąga psychofaga, a on umiejętnie nas wykorzysta, eskalując przemoc.

Odejście od psychofaga to sukces. Ale też początek drogi, którą musi przejść ofiara - słaba, okradziona ze swojej osobowości, intuicji która nagle musi zacząć na sobie polegać.

Zakończenie takiego związku to nie tylko odejście od samego psychofaga, ale i początek odrywania się od wzorca osobowości, który on uosabia. Pierwszy etap jest ostry. Czujesz złość, ale też tęsknotę. Zderzają się iluzje, wspomnienia i zawiedzione nadzieje. I tu niezbędne jest wprowadzenie zasady "zero kontaktu" z byłym partnerem. Trzeba dać sobie czas i przestrzeń. I zrozumieć, że ten związek nie wydarzył się przypadkiem. Że inne toksyczne relacje i sytuacje w naszym życiu też nie były przypadkowe. Trzeba zadać sobie pytanie: dlaczego ten schemat się powtarza?

Ale jak dać sobie czas i przestrzeń? Kobiety po toksycznym związku mają tendencję do przeskakiwania do kolejnego, bardzo podobnego. Szukają w oczach nowego partnera tego, czego nie dał im poprzedni. To nie jest czas i przestrzeń dla nich, tylko znowu szukanie oparcia w kimś obok.

Namawiam, żeby dać sobie czas i nie pakować się od razu w następne związki, tylko po to, żeby sobie poprawić poczucie własnej wartości. Zagłaskać tę ranę, żeby się utwierdzić w tym, że tamten to był przypadkiem, a ten już zobaczy, jaka jestem fajna. Ale przeważnie zdarza się tak, że pojawia się kolejny partner z bardzo podobnymi tendencjami. Początkowo czarujący, troskliwy i ujmujący, a potem dominujący, agresywny, manipulujący. I za każdym razem ta rana jest coraz głębsza. Powtarzam. Trzeba się zatrzymać i zrobić krok wstecz. Przyjrzeć się wszystkiemu, co działo się do tej pory. Jakich wybierałyśmy partnerów, kogo nam oni przypominali.

Jak to było u pani?

U mnie były dwa wzorce: ojciec i ojczym. Zaniedbywali mnie jako dziecko, jako córkę i jako człowieka. I ja podświadomie, żeby zaskarbić sobie ich uwagę, poszukiwałam tych samych modeli. Albo zimnego i mizoginistycznego ojca, albo ojczyma, który był alkoholikiem. Ale przyjrzałam się także relacjom z kobietami. Schemat, który się wyłonił, był dość oczywisty: były jak moja matka – dominujące i wymagające. Chciały mną dyrygować, mówić, co powinnam robić, a czego nie. Moim imperatywem była więc próba zaspokojenia oczekiwań kluczowych w moim życiu osób.

Cofnięcie się do poprzednich relacji to masa bolesnej pracy nad sobą. Mam wrażenie, że wiele osób właśnie z tego powodu nie decyduje się na tę swoistą wiwisekcję. Bo one wiedzą, że lepiej pójść poszukać kolejnego partnera, innego środowiska, nowego "umilacza" czasu, tylko po to, żeby to jeszcze odsunąć w czasie. A w życiu nic się nie napatacza, jest pewną konsekwencją i zrozumienie tej zależności jest kluczowe, bo zabezpiecza na przyszłość i pozwala wyjść z wzorca. Ale najpierw trzeba ten wzorzec poznać. Bo dopiero, jak się go pozna, to idzie się do innych ludzi i widzi - ten człowiek pasuje do tego wzorca, to znaczy, że nie pasuje do mnie. Konieczne jest stworzenie nowego wzorca reagowania i doboru swojego otoczenia – tym razem już w maksymalnym stopniu wolnego od ludzi toksycznych.

Kluczowy jest kierunek analizowania swojego związku. W toksycznym związku interpretujemy partnera. Psychologizujemy go, analizujemy jego traumy, szukamy wytłumaczeń, rozmawiamy o nim, nie o sobie.

Cała mądrość polega na tym, by przekierować światło na siebie, do środka. Jemu się nie pomoże, on, jeśli zechce, znajdzie sobie pomoc psychologiczną, terapeutyczną, która coś mu uświadomi. Przy założeniu, że sam zechce siebie ratować. Tyle tylko, że ludzie tak zaburzeni rzadko kiedy dostrzegają problem w sobie. Ich ofiarom z kolei ciężko jest ten reflektor przekierować na siebie.

Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że są tak skupione na chaosie, który zaburzony partner wokół siebie tworzy. Ofiara przyzwyczaiła się do ratowania go i zaspokajania jego potrzeb. Jeśli wywodziła się z toksycznego domu, to jej uwaga zawsze była skierowana na zewnątrz. Czy ojczym wróci o czasie. Czy będzie pijany? Jak załagodzić relacje między rodzicami? Takie dziecko (a później partner/partnerka w relacji) nie myśli: "jak ja się z tym fatalnie czuję"; "co oni mi robią"? "Co oni robią z moim życiem?" Cała jego uwaga skierowana jest na zewnątrz, a poczucie winy do wewnątrz

Psychofag doskonale wie, że najwięcej światła dostanie właśnie od takich osób. Z bagażem dorastania w dysfunkcyjnej rodzinie nie potrafimy powiedzieć: "to nie jest mój problem", "jak ty się zachowujesz?", "jak ty do mnie mówisz?", "czuję się upokorzona/upokorzony". Cały czas załagadzamy i racjonalizujemy. "Może on nie to chciał powiedzieć? Może on się tylko przejęzyczył, a może miał zły dzień". U psychofagów narcystyczny element jest tak silny, że za wszelką cenę będą prowokować, żeby cała uwaga partnerki/partnera była skupiona na nich. I kobiety - bo z mojego doświadczenia wynika, że są to przede wszystkim kobiety - z takim "zapleczem" świetnie się w tę rolę wpisują. A przemocowiec manipuluje i wzmacnia - strach, złość, współczucie, miłość, zazdrość.

Jak rozróżnić troskę o partnera od żerowania na naszym uczuciu?

Słowo-klucz to współmierność. Kieruję światło na siebie i pytam: czy mój partner w takim samym stopniu jak ja przejmuje się tym, żebym i ja dobrze czuła się w tym związku? Czy moje potrzeby są zaspokajane? I w ogóle to jakie są te moje potrzeby? Czy nie są przekraczane jakieś kolejne granice? Dlaczego ja cały czas czuję się rozdrażniona, poddenerwowana, powiedzmy wprost – niekochana? Ta drżączka, którą czuję w środku, o niczym nie musi świadczyć, ale muszę sprawdzić, skąd się bierze taki stan.

Co Pani czuła?

Że nie jestem otoczona troską i uważnością współmierną do tej, której on ode mnie żądał. Były mi stawiane wysokie standardy lojalności i zaangażowania, których on nie spełniał, a jedynie deklarował. Słowa kompletnie rozjeżdżały się z czynami. Długo nie potrafiłam nazwać przedmiotu nadużycia. Nie miałam swoich standardów, nie umiałam wyznaczać granic, nieprzekraczalnych nawet w imię miłości.

Ale czy to nie jest tak, że nierówność, brak współmierności, łatwo zdiagnozować w związku, w którym jest po prostu źle, a trudniej w takim, w którym druga osoba tobą manipuluje?

Zgadza się. Manipulant na krótko potrafi dać nam to, czego potrzebujemy - żeby utrzymać nas przy sobie. Dziś już śmieszą mnie wytłumaczenia, które przyjmowałam od psychofaga dotyczące jego zdrad czy kłamstw. Wtedy przyjmowałam je i reagowałam na nie trochę jak Tewje Mleczarz w "Skrzypku na dachu", kiedy znajduje kolejne argumenty, by zgodzić się na - według niego niewłaściwych - narzeczonych kolejnych swoich córek. "Ale z drugiej strony…" - powtarza sobie za każdym razem. Przesuwa swoje granice. Aż w końcu dochodzi się do takiego momentu, kiedy nie ma już drugiej, trzeciej i czwartej strony. Pojawia się granica relatywizowania i usprawiedliwień. A jeśli się nie pojawia, to znaczy, że jest coś do zrobienia.

A co z mechanizmami obronnymi? Jak ważni są świadkowie? Ludzie, którym opowiemy, przez co przechodzimy? Przemoc emocjonalna ma to do siebie, że nie jest tak widoczna, jak ta fizyczna. Dopiero powiedzenie o niej często uzmysławia ofierze, że ta agresja jest realna. Istnieje.

To nie świadkowie. To są słupy normalności. Ludzie, którzy potrafią rzucić światło na nas i zauważyć, że coś tu nie gra, kiedy usprawiedliwianie i relatywizowanie zaczyna być nawykiem. Dlatego jednym z głównych punktów w agendzie manipulatora jest odizolowanie partnerki bądź partnera od znajomego środowiska. Przemoc emocjonalna dzieje się po prostu w ukryciu. Nie mówimy o niej, chcemy, żeby nasze życie wyglądało ładnie, nie chcemy ludzi zrażać do najbliższej osoby, którą - tak rozumujemy - jest "nasz" psychofag. A kiedy w końcu zaczynamy mówić, to wszyscy pytają: "dlaczego wcześniej o tym nie mówiłaś? Czy ty przypadkiem nie naciągasz? Czy nie przesadzasz?

Dlatego mówmy o przemocy emocjonalnej! Nasze społeczeństwo jest niemal zaprojektowane do wtórnej wiktymizacji i ofiary psychofagów takiej wiktymizacji zostają poddane.

Takie mechanizmy szczególnie uderzają w kobiety. Dlatego ataki od innych kobiet bardzo bolą, a przecież psychofag "haremowy" to gość, który zdradza na potęgę. Pani zawarła sojusz z jedną z kochanek partnera, żeby zawalczyć o godność, obnażyć jego kłamstwa.

Ta prawidłowość ma nazwę – triangulacja. Weszłam w pętlę takiej triangulacji, sama, z własnej woli. Psychofagowi to było bardzo na rękę: w swoim wyobrażeniu widział dwie kobiety walczące o niego, a nie wchodzące w sojusz w imię godności. Dziś już bym tego nie zrobiła i stanowczo to odradzam. Kolejne kobiety też były tylko jego ofiarami, ale to jest tylko ciąg dalszy tej samej historii – jeszcze dogłębniejszego ranienia, tym razem rękoma innej kobiety. Czasem obrazą wprost, a czasem kompletem wiedzy o tym, co o niej mówił tym innym, kiedy i jak ją okłamywał i jak nią manipulował. To pułapka, do której kobiety zapędza sam psychofag. Dokładniej piszę o zjawisku triangulacji na swojej stronie i dziś już doskonale zdaję sobie sprawę z tego mechanizmu.

Zdrada od kobiet boli bardziej?

Boli.

Każdy z otoczenia psychofaga - kobiety, dzieci, współpracownicy - w jego wyobrażeniu mają jedno zadanie: karmienie jego wiecznie głodnego ego. I granie według jego scenariusza. A scenariusz zakłada szczucie ludzi na siebie i uznawanie jego roli demiurga. Albo się w tej grze siedzi i spełnia swoją funkcję, albo wychodzi się z gry, żeby nie pozwalać na sobie pasożytować.

"Moje dwie głowy" to nie jest nowa książka, a żyje swoim życiem, jest polecana na forach. Sama dowiedziałam się od niej od przyjaciółki. Ktoś, kto przeżył związek z psychopatą, po przeczytaniu może powiedzieć: to przecież o moim życiu!

Dziś widzę, że przemoc emocjonalna jest na swój okrutny sposób egalitarna – dotyka kobiety z większych i mniejszych ośrodków, niezależnie od wykształcenia i pozycji zawodowej albo finansowej. Ale dostęp do wiedzy i np. wsparcia psychoterapeutycznego w mniejszych miejscowościach już taki równościowy nie jest. Dlatego cieszę się, gdy widzę, że książkę kupuje mnóstwo kobiet z małych miast czy wsi, gdzie środowisko i mentalność im nie sprzyjają. A to są waleczne kobiety! Szukają pomocy, wiedzy i świadomości, że nie są osamotnione w tym, co przeżywają.

Myślę o warsztatach dla kobiet. Takich, na których wzmocnią się w kierowaniu światła na siebie. Wiem, że wiele z nich odchodzi od partnera tylko po to, żeby go sprowokować i nim wstrząsnąć - żeby zawalczył o nie i o związek. To nie jest dobra motywacja. Chciałabym powiedzieć tym kobietom, że historia ich związku nie jest opowieścią o ich partnerach, tylko początkiem opowieści o nich samych.

Mam wrażenie, że każdy po podobnym doświadczeniu odnajdzie się w pani książce od razu. Czy czytelniczki proszą panią o zdiagnozowanie swojej sytuacji?

Tak. Ale nie podejmuję się żadnych diagnoz. Przeczytałam dużo literatury fachowej i chociaż mogę pełnić funkcję mentorską, siostrzaną, być wsparciem z racji własnego doświadczenia i pewnej wiedzy merytorycznej, to nie zastąpię terapii. Jestem jednak przekonana, że schematy działania przemocowca są powtarzalne, a skutki emocjonalne dla ofiary bardzo zbliżone i każdy, kto się z nimi zetknął, rozpozna je w mojej książce.

Wymieniając w książce cechy psychofaga zaznacza pani, że psychopata jest kompilacją tych cech. Nie można z nich wybierać, jak na stoisku, bo inaczej stwierdzimy, że żyjemy wśród samych psychopatów.

Czasem jako ofiary psychofaga widzą się kobiety, które "po prostu" zdradził mąż czy oszukał chłopak. Nie umniejszam ich dramatu. To potworne doświadczenie. Ale to nie to samo, co wieloletnia relacja z manipulatorem, narcyzem, psychopatą czy nosicielem innego spektrum zaburzeń. Ofiarom takich ludzi brakuje dobrej terapii. W ogóle brakuje szerokiego dostępu do dobrych terapeutów i terapeutek. Ja trafiłam na bardzo dobrą, ale od czytelniczek wiem, znalezienie dobrej terapii po takich doświadczeniach jest trudne.

Zrezygnowanie ze związku z psychopatą wymaga nieprawdopodobnej siły. Ofiara zainwestowała w tę relację tyle emocji, że czuje, iż po rozstaniu zostanie z niczym. Bez niego po prostu nie istnieje. Nie ma jej. Jest jak drzewo bez kory. Stoi, nagie i bezbronne.

Odejście od psychofaga wiąże się z pustką. Próżnią. Uczuciem spadania w nicość i przerażeniem. Ja czułam, że naokoło nie ma nic. Wynikało to z faktu, że ogromnie dużo emocjonalnie zainwestowałam w tego człowieka. I wiele kobiet tak robi. Są tak mocno przez partnerów wydrenowane emocjonalnie, żeby miały świadomość, jak w grze w jednorękiego bandytę, że jeśli jeszcze trochę wytrwają, to może wreszcie uda się rozbić bank i partner coś zrozumie, a dalej będzie już tylko "żyli długo i szczęśliwie". A jeśli odejdą, to cała inwestycja – znoszenie upokorzeń, cierpienia i nadzieje – przepadnie.

Świetna metafora!

Ale nie moja. To metafora autora książki "Wilk w owczej skórze" – George’a K. Simona. Psychofag przekazuje ci wiadomość: albo zostaniesz i będziesz we mnie inwestować dalej, albo zostaniesz z niczym.

I wracamy do światła w swoją stronę. Przez całe życie naczytałam i nasłuchałam się dużo o budowaniu relacji z innymi. Nikt natomiast nie mówił o relacji samej ze sobą. Ufaniu sobie, swojej intuicji. Poczuciu sprawczości we własnym życiu.

To zaufanie do siebie to jest takie odkrycie, o którym ja nie jestem w stanie opowiedzieć nikomu, kto do tego etapu nie doszedł. To jest dla wielu osób abstrakcja. I ja niestety dość późno odkryłam, że nie muszę mieć nikogo, od kogo zależny będzie mój dobrostan, poczucie bezpieczeństwa lub spełnienia. Z przyjaciółką, partnerem, rodziną oczywiście mogę się podzielić radościami albo rozterkami, problemami ale dziś wiem, że to ja wybieram to, co dla mnie najlepsze. Uczucie samostanowienia, samodzielności i to, o czym rozmawiałyśmy – sprawczości – jest wprost niesamowite

Co jeszcze odkryła Pani w sobie, kiedy w końcu skierowała światło do środka?

Silny związek z ciałem. Uświadomienie sobie, że ono także dawało mi sygnały, że coś jest nie tak. Tylko umiejętnie to ignorowałam. Teraz jestem znacznie bardziej uważna na samą siebie i na sygnały-podpowiedzi od mojego organizmu. Moje logiczne, rozumowe spostrzeżenia muszą się "sprzęgać" z informacjami nadsyłanymi przez ciało. Traktowanie siebie jako całości, która już na poziomie biologicznym skupiona jest na moim dobrostanie i dokonywaniu wyborów najlepszych dla mnie, daje mi poczucie bezpieczeństwa i integralności.

Bardzo trudno określić skalę zjawiska, dotyczącego psychopatów. Na stronie RPO, dotyczącej kampanii 16 dni przeciwko przemocy można przeczytać, że dominującą kategorią przemocy w rodzinie była w 2017 r. przemoc psychiczna, która stanowiła prawie 50 proc. ogólnej liczby odnotowanych przypadków stosowania przemocy w rodzinie. Przemoc fizyczna stanowiła ponad 35 proc. liczby ogólnej. W obu kategoriach odnotowano wzrost w stosunku do 2016 r. Jednak przemoc psychiczna przejawia się w wielu formach i ta opisywana przez Maję Friedrich jest jedną z jej odmian. Badania i statystyki wskazują, że sprawcami przemocy w ok. 90 proc. przypadków są mężczyźni.