Trwa ładowanie...
d1df2n0

Chrześcijanie organizują się do walki przeciwko Państwu Islamskiemu. Na Bliskim Wschodzie powstają zbrojne milicje, ale brakuje szkoleń, sprzętu i pieniędzy

• Chrześcijanie są prześladowani przez ISIS na Bliskim Wschodzie
• Skala prześladowań zmusiła ich do chwycenia za broń
• W regionie powstają zbrojne chrześcijańskie milicje
• Oddziały nie są liczne, często brakuje im sprzętu i funduszy na działanie
• Chrześcijanie są mniejszością, rozgrywaną przez większych graczy regionu
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Członkowie Dwekh Nawsha, chrześcijańskiej milicji, walczącej z ISIS
Członkowie Dwekh Nawsha, chrześcijańskiej milicji, walczącej z ISIS (AFP, Fot: Safin Hamed)
d1df2n0

O tragicznym losie chrześcijan pod rządami Daesz (Państwa Islamskiego) napisano i powiedziano już niemal wszystko. Były więc doniesienia o korowodach wygnańców uciekających przed dokonującym się właśnie ludobójstwem, o porzuconych dobytkach, opustoszałych miastach, o terrorze, gwałtach, porwaniach, o stawianym przez dżihadystów ultimatum: konwersja, dżizja (podatek wymagany od niewiernych) lub śmierć, wreszcie - o brutalnych mordach w imię Allaha.

Tę pełną przerażenia i nierzadko współczucia narrację medialną zdominował obraz irackich chrześcijan jako bezbronnych i bezsilnych ofiar, salwujących się ucieczką z rodzimych stron, byleby tylko gdzieś się ukryć, spokojnie przeczekać, przeżyć. Jezus w końcu w Kazaniu na Górze nauczał: "Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko, ząb za ząb. A Ja wam powiadam: Nie opierajcie się złu".

Do mediów - przynajmniej w Polsce - rzadko jednak przedostają się informacje o tych, którzy drugiego policzka nie zamierzają nadstawiać: chrześcijańskich milicjach, które próbują stawić czoło Daesz, ochronić swoich współwyznawców i odzyskać zagarnięte przez dżihadystów ich rodzinne miasta i wsie. Ze szczególnym naciskiem na słowo "próbują".

d1df2n0

Chrześcijanie do broni

To nie jest tak, że dżihadyści Daesz wzięli się znikąd, ot, pstryk palcami i już są, wyłonili się z nicości ze swoją złowieszczo powiewającą czarną flagą, okrzykami "Allahu Akbar" na ustach i przygotowanym dla kafirów (niewiernych) ultimatum: konwersja albo śmierć. Nie ma się też co łudzić, że chrześcijanie przed ich bestialską kampanią żyli sobie w Iraku jak pączki w maśle. Nawet za rządów Saddama Husajna nie byli do końca bezpieczni - dyktator w żelaznym uścisku miażdżył wszelakie formy oporu wobec jego władzy, względny spokój gwarantowało im więc tylko stronienie od zaangażowania w politykę, choć nawet i to nie było pewnikiem. Dość wspomnieć o masowych przesiedleniach chrześcijan w latach 90. z powodu podejrzeń o kolaborację z Kurdami. Niekiedy dochodziło też do prześladowań ze względu na wiarę ze strony radykałów. Ale to raczej na drobną skalę, bo Husajn ekstremistów religijnych starał się mocno trzymać za gęby.

Sytuacja chrześcijan (a także, m.in. szyitów i jazydów) zmieniła się wraz z obaleniem "pustynnego dyktatora", może nie o pełne 180 stopni, ale, powiedzmy, 160. Uśpieni (albo tylko drzemiący) ekstremiści islamscy przebudzili się już w 2003 roku. I od razu przystąpili do dzieła - według The Religion of Peace, internetowej bazy danych o atakach terrorystycznych na świecie po atakach 11 września na WTC i Pentagon, już w październiku 2003 roku rodzimi "święci wojownicy" zabili w Falludży dwóch mężczyzn, tylko dlatego, że wyżej niż Mahometa cenili Chrystusa.

Do dziś w Iraku doszło do co najmniej 190 ataków na chrześcijan: zarówno pojedynczych egzekucji, na przykład zamordowania chrześcijanina w jego własnym domu w Bagdadzie w 2006 roku czy spalenia żywcem w maju ub. roku 80-letniej mieszkanki Kalchu za odmowę poddania się prawu szarii, po wielkie zamachy, w których ginęły dziesiątki, a nawet setki ludzi - jak w lutym 2005 roku w mieście Hilla, gdzie zamachowiec-samobójca wysadził się, zabijając co najmniej 135 osób, w większości wyznawców Chrystusa.

d1df2n0

Przed buchającą nienawiścią na tle religijnym i wciągnięciem w spiralę przemocy nie były w stanie ochronić ich nawet "demokratyczne" władze. I to nie tyle ze względu na brak możliwości, co politycznej (i zwyczajnej ludzkiej woli). Donosząc w grudniu 2010 roku o nowej fali chrześcijan, którzy uciekają do północnego Iraku w obawie przed kolejnymi prześladowaniami, zagraniczne media zwracały uwagę na to, że "służby bezpieczeństwa są niezdolne, a mówiąc precyzyjnie: niechętne, by ich ochronić", jak ujął to na przykład "The New York Times". W wyniku prześladowań populacja chrześcijan w Mosulu w ciągu zaledwie dekady zmniejszyła się z 60 tysięcy w przededniu II wojny w Zatoce Perskiej do około 3 tysięcy.

A jednak to właśnie ogłoszenie pod koniec czerwca 2014 roku przez przywódcę Daesz i samozwańczego kalifa Abu Bakra al-Bagdadiego tzw. Państwa Islamskiego na części terytorium Iraku i Syrii stało się punktem zwrotnym w historii żyjących w Mezopotamii od dwóch tysiącleci chrześcijan.

Nie tylko ze względu na skalę exodusu, jaki ich dotknął - bo szacuje się, że z 1,5 miliona ich liczba w ciągu kilku lat skurczyła się do 300-400 tysięcy, i to w większości mieszkających na terenach Irackiego Kurdystanu, nieobjętych "jurysdykcją" Państwa Islamskiego. Już w lipcu 2014 roku patriarcha chaldejski Louis Raphael Sako ostrzegał: "to droga krzyżowa, grozi nam ludobójstwo".

Precedensem jest również to, że po raz pierwszy od obalenia Husajna w 2003 roku chrześcijanie chwycili za broń.

d1df2n0

Organizacja

Bartosz Rutkowski, były żołnierz, spędził ponad dwa tygodnie wśród uchodźców i chrześcijańskich milicji w Irackim Kurdystanie, a obecnie finalizuje tworzenie fundacji Orla Straż, która będzie im pomagać, wyjaśnia: - Wcześniej nie było takiej sytuacji, żeby setki tysięcy ludzi naraz musiały uciekać. Dlatego milicje chrześcijańskie zaczęły powstawać dopiero wtedy, gdy zaatakowało ISIS.

Precyzyjnie mówiąc: kilka tygodni po tym, jak dżihadyści Daesz zdążyli przetrzebić podbite przez nich terytoria, mordując lub zmuszając do ucieczki tysiące kafirów. - (ISIS) wypędziło nas z naszych domów, zabrało nasze pieniądze, zabiło naszych mężczyzn i kobiety, odebrało nam naszą własność - mówił Rayan Al-Kildani, dowódca Lwów Babilonu, jednej z chrześcijańskich milicji w Iraku, w rozmowie z NBC News. - Dlatego chrześcijanie zdecydowali się walczyć z terrorystami z ISIS. Z Bożą pomocą zemścimy się za to, co stało się naszej społeczności.

Stąd, jak wyjaśnia Rutkowski, zdecydowana większość chrześcijańskich bojowników, to uchodźcy. - Musieli uciekać ze swoich rodzinnych stron, obecnie, w zależności od zamożności, albo wynajmują domy, albo mieszkają kątem u krewnych czy znajomych. Za broń chwycili, by chronić swoich najbliższych - mówi Rutkowski.

d1df2n0

Z tą bronią w ogóle i w szczególe jest zresztą olbrzymi problem, ale o tym za chwilę.

Jako pierwsza już w połowie 2014 roku została sformowana Dwekh Nawsha ("przyszli męczennicy"), która stanowi zbrojną odnogę Patriotycznej Partii Asyrii. Do dziś niewiele o niej wiadomo, nawet tego, ilu ludzi ma pod bronią. Nawet organizacja Son sof Liberty International (SOLI)), która non-profit udziela jej wsparcia w postaci "doradztwa, przeszkolenia i zaopatrzenia" nabrała wody w usta - na swojej stronie internetowej enigmatycznie informuje jedynie, że już wkrótce zostaną podane szczegóły zawartej z Dwekh Nawsha umowy.

Druga ze zbrojnych chrześcijańskich grup w Irackim Kurdystanie to powołane pod koniec 2014 roku Jednostki Obrony Równiny Niniwy (Nineveh Plain Protection Units, NPU). Na początku ub. roku zachodnie media zaczęły ze szpalty do szpalty przekazywać informację (czy raczej: plotkę) podaną pierwotnie najprawdopodobniej przez "Catholic Herald": że gotowych do walki z Daesz jest już około czterech tysięcy chrześcijan - w tym 500 fizycznie, już po przeszkoleniu przeprowadzonym przez organizację SOLI (kolejne 500 miało w tym czasie właśnie przechodzić trening), a ponad trzy tysiące duchowo, czekając na swoją kolej.

Jednocześnie American Mesopotamian Organisation, która wspiera oddział NPU, ogłosiła, że najważniejszym celem milicji jest "ochrona pozostałych asyryjskich ziem przez dalszymi atakami ze strony ISIS" i "wyzwolenie asyryjskich rdzennych ziem na Równinie Niniwy" z uścisku radykalnych islamistów. Z kolei jeden zagranicznych ochotników, John Michael, (pół-Brytyjczyk, pół-Asyryjczyk) przekonywał w rozmowie z katolickim dziennikiem: - To nasz ostatni bastion, jeśli (Równina Niniwy) upadnie, to będzie koniec chrześcijaństwa w Iraku.

d1df2n0

Wkrótce zaczęły powstawać kolejne jednostki samoobrony, m.in. Lwy Babilonu na południu Iraku, w szeregach których, jak podaje "International Business Times", służy około tysiąca chrześcijan, oraz Siły Lądowe Niniwy (Nineveh Terrain Forces, NTF) z przeszkoloną i uzbrojoną setką żołnierzy z planowanych 600. Ci ostatni stacjonują we wsi Teleskoff, ramię w ramię z muzułmanami z kurdyjskiej peszmergi.

Brzmi obiecująco? Zdaniem Sajad Jiyada, eksperta od Iraku, to wyraźny sygnał dla radykalnych islamistów: nie poddamy się bez walki. - Asyryjczycy chcą odzyskać swoje ziemie i - tak samo jak Turkmeni czy Jazydzi - przesyłają komunikat: zamierzamy wrócić i nie pozwolimy, by nasze wsie, miasta i kultura zostały zniszczone - ocenia Jiyad w rozmowie z amerykańskim "Newsweekiem".

To mogą być jednak tylko pobożne życzenia. Malowany przez zachodnie media obrazek chrześcijańskiej armii, chwytającej za broń i wyrywającej z rąk dżihadystów Daesz zagrabione im kilkanaście miesięcy wcześniej ziemie, rozmywa się, gdy wziąć go pod lupę rzeczywistości.

Zderzenie z rzeczywistością

d1df2n0

Przede wszystkim: między bajki trzeba włożyć jakiekolwiek statystyki. Nawet te na wpół oficjalne, powtarzane jak mantrę przez kolejne zachodnie dzienniki i serwisy internetowe, o najsilniejszej (a przynajmniej: najliczniejszej) grupie NPU. - Czyta pani, że mają cztery tysiące ludzi pod bronią, a na miejscu okazuje się, że przeszkolonych jest dopiero 250 ludzi, a kolejne 360 dopiero czeka na szkolenie - wyjaśnia Rutkowski. I dodaje, że w pewnym sensie to koloryzowanie rzeczywistości rozumie, zarówno z mentalnego, jak i taktycznego punktu widzenia. - Tam jest trochę inna kultura, nie na darmo mówi się o wschodnim nawyku ubarwiania. U nas też się to zdarza, ale nie tak nagminnie, a tam po prostu każdy dodaje coś od siebie. Z drugiej strony jest to zrozumiałe, bo za danymi liczbowymi idą pieniądze na pomoc ofiarom - mówi Rutkowski.

Nie lepiej sprawy się mają z uzbrojeniem i militarną infrastrukturą. Choć w tym przypadku wydaje się, że dowódcy jednostek są rozbrajająco (i desperacko) szczerzy. - Ci ludzie, których ja spotkałem, broń, mundury, buty kupili za własne pieniądze. A proszę pamiętać, że o ile w Polsce możemy na przykład nabyć karabinek kałasznikowa już za 2200 złotych, to tam, gdzie trwa konflikt zbrojny, najtańsza chińska podróbka kosztuje 700 dolarów, a rosyjski oryginał, uchodzący za najlepsze, nawet 1500 dolarów - wyjaśnia były żołnierz.

Rutkowski opowiada też o spotkaniu z ok. 20-letnim żołnierzem NTF. - Wziąłem broń od tego dzieciaka, to był karabinek maszynowy z 1967 roku. Oni (NTF) poza kałasznikowami mają dwie sztuki broni, amunicji nie dostali ani jednej sztuki - opowiada. A także o rozmowie z dowódcą tej liczącej 106 żołnierzy jednostki. - Gdy zapytałem, co im potrzeba, odpowiedział, że jego marzeniem jest, by mieć jedną sztukę broni dla strzelca wyborowego i jedną jakiejkolwiek broni przeciwpancernej. Bo póki co są atakowani przez ISIS ostrzałami moździerzowymi, a rozpędzone półciężarówki Toyoty wyładowane materiałami wybuchowymi próbują zatrzymać karabinkami maszynowymi - mówi Rutkowski.

Dodaje też, że sam dowódca twierdzi, że to marzenie z gatunku nierealnych. Bo tak na dobrą sprawę to zadowoliłby się 20 hełmami i kamizelkami przeciwodłamkowymi, nawet używanymi. - Dowódca wyjaśnił mi: "wtedy mógłbym żołnierzy, których wysyłam na pierwszą linię, w jakimkolwiek stopniu zabezpieczyć. Bo w chwili obecnej oni się wczołgują pod samochody albo chowają się w gruzach".

Choć większość chrześcijańskich milicji ma mocne "plecy" - NPU na przykład jest wspierana przez rząd centralny w Bagdadzie, za NTF stoi z kolei Kurdyjski Rząd Regionalny - to w praktyce są one zdane niemal wyłącznie same na siebie. Według szacunków Rutkowskiego stworzenie 600-osobowego batalionu i utrzymanie go przez rok - a więc wybudowanie bazy, zakwaterowanie, wyżywienie, przeszkolenie i uzbrojenie żołnierzy - to koszt rzędu pięciu milionów dolarów. Tymczasem NPU w ciągu kilkunastu miesięcy istnienia otrzymała od rządu irackiego wsparcie w wysokości 40 tysięcy dolarów, a samo wyrównanie terenu pod bazę wojskową i wywiezienie gruzu pochłonęło ponad jedną trzecią tego budżetu.

Tylko siła

Gdy nie wiadomo o co chodzi, najpewniej chodzi o pieniądze - głosi stare porzekadło i Rutkowski się z nim zgadza. Ale jego zdaniem to tylko część problemu. Konkretnie jedna trzecia. - Druga sprawa jest taka, że ci ludzie potrzebują instruktorów, bo same pieniądze nie rozwiążą problemu, trzeba patrzeć, jak i na co są wydawane. A trzecia - że wyposażenie musi być odpowiedniej jakości. W jednej z jednostek bojownicy sami uzbierali pieniądze i kupili hełm, który miał być kevlarowy. Jak strzelili do niego z broni sportowej, to kula przeszła na wylot. Rozumie pani? Ktoś produkuje podróbki hełmów i sprzedaje je ludziom, którzy walczą na froncie - mówi Rutkowski.

Jest jeszcze czwarty problem: chrześcijanie, nawet gdyby góry złota (a przynajmniej dolarów) zdobyli, wciąż będą mniejszością, a tym samym - pionkami w grze potężnych graczy: Kurdów, rząd centralny w Bagdadzie, pośrednio także Turcję czy Iran. - Jedni widzą przyszłość Równiny Niniwy i chrześcijan jako części państwa irackiego, inni w ramach niepodległego Kurdystanu - przypomina Rutkowski. I wyjaśnia, że wszyscy oficjele - a wśród nich gubernatorzy, generałowie, przedstawiciele ministerstw - powtarzali jak mantrę: chcemy państwa wielokulturowego, chronimy i będziemy chronić mniejszości narodowe i religijne, będziemy przestrzegać praw człowieka i mniejszości. - Tylko że jest takie powiedzenie: łatwo jest być dobrym, dopóki jest się słabym. Problem polega na tym, jak zachowają się Kurdowie, jeśli staną się odrębnym państwem. Ja naprawdę mam nadzieję, że uda im się stworzyć takie państwo, bo poznałem wśród nich wielu wspaniałych ludzi - mówi były żołnierz.

A co z chrześcijańskim nadstawianiem drugiego policzka ze wstępu? Rutkowski wyjaśnia: - Inaczej do tego podchodzą duchowni, którzy są na miejscu i widzą, co się tam dzieje. Chaldejski biskup powiedział mi: Daesz to zły sen, który musi się skończyć - i nie da się tego zrobić bez użycia siły.

Tylko że tę siłę trzeba mieć.

d1df2n0

Podziel się opinią

Share
d1df2n0
d1df2n0
Więcej tematów