Bartosz Rutkowski: za 5 proc. kosztów polskiej misji przeciw ISIS można by doposażyć wszystkie chrześcijańskie jednostki w Kurdystanie

- W Iraku kryzys drenuje najbiedniejszych z resztek zasobów finansowych. Jazydzi, których odwiedzałem w lutym w wynajętym domu, w chwili obecnej żyją w gliniance o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych - mówi Wirtualnej Polsce Bartosz Rutkowski, oficer Wojska Polskiego, który zrezygnował ze służby, by poświęcić się pomocy uchodźcom na Bliskim Wschodzie. - W naszej obecności ojciec dziesięcioosobowej rodziny przyniósł wypłatę za dwa miesiące dorywczej pracy. Otrzymał 50 tys. dinarów, czyli równowartość 160 zł. A ceny żywności są niewiele niższe niż w Polsce - opowiada po swoim ostatnim wyjeździe do Iraku.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Bartosz Rutkowski (trzecia osoba stojąca od prawej, jasna beżowa koszulka), Wojciech Tora z Fundacji Pomocy Dzieciom z Żywca, polskie dziennikarki Aneta Wawrzyńczak i Marta Wierzbicka pozują do zdjęcia z chrześcijańskimi żołnierzami-uchodźcami w Kurdystanie
Bartosz Rutkowski (trzecia osoba stojąca od prawej, jasna beżowa koszulka), Wojciech Tora z Fundacji Pomocy Dzieciom z Żywca, polskie dziennikarki Aneta Wawrzyńczak i Marta Wierzbicka pozują do zdjęcia z chrześcijańskimi żołnierzami-uchodźcami w Kurdystanie (Wojciech Tora)

Bartosz Rutkowski na jesieni 2015 r. przeczytał informację o torturowaniu i ukrzyżowaniu 12-letniego asyryjskiego chłopca. - Mój starszy syn jest w tym samym wieku - mówił kilka miesięcy temu **w rozmowie z Wirtualną Polską**. Wtedy coś w nim pękło, postanowił rozstać się z wojskiem i zrezygnować z wygodnego życia na rzecz pomocy ofiarom dżihadystów.

Po tamtym wywiadzie zgłosiło się do niego wiele osób z ofertą wsparcia, dzięki którym powstała fundacja **Orla Straż**. To umożliwiło mu zorganizowanie wyjazdu z pomocą humanitarną dla uchodźców w irackim Kurdystanie, którzy musieli uciekać przed tzw. Państwem Islamskim. Właśnie wrócił do Polski i opowiedział nam o swojej wyprawie.

WP: Po naszej pierwszej rozmowie zgłosiło się do pana mnóstwo osób z ofertą pomocy. Reakcja ludzi pana zaskoczyła?

Bartosz Rutkowski: - Liczyłem na nią. Polacy to wspaniały naród i zawsze powtarzam, że jestem dumny z bycia Polakiem. Dużo osób wsparło mnie swoimi umiejętnościami, co wydatnie pomogło przy zakładaniu fundacji Orla Straż. Na przykład małżeństwo grafików za darmo zaprojektowało logo i materiały informacyjne o fundacji, kolejna osoba przetłumaczyła stronę fundacji na język angielski, niedawno właściciel firmy transportowej zaoferował umieszczenie informacji o nas na plandekach swojej floty i pomoc w transporcie rzeczy do Kurdystanu. Właściciel fundacji udostępnił własną ekipę telewizyjną do tworzenia materiałów o akcji "Pomoc Ofiarom Terrorystów Islamskich". W zeszłym tygodniu rozmawiałem z producentem filmowym, który chce nakręcić film dokumentalny o Jazydach. Były też oferty wolontariatu i pomocy w zbiórkach pieniędzy, nad czym właśnie pracuję.

WP: To masowy odzew ludzi przekonał pana do założenia fundacji Orla Straż. Co okazało się w tym wszystkim najtrudniejsze?

- Bardzo ciężka choroba dwojga najbliższych mi osób. W chwili obecnej dzięki Bogu czują się już dobrze, ale zaraz po moim powrocie cała rodzina przeszła bardzo trudne chwile.

WP: Ostatnim razem, gdy rozmawialiśmy, była to inicjatywa jednego człowieka, czyli pana. Czy dziś ktoś na stałe panu pomaga?

- Udało mi się zainteresować współdziałaniem dwie inne fundacje: Estera w Warszawie i Pomocy Dzieciom w Żywcu. Bez nich kolejny wyjazd byłby niemożliwy. Jeśli pyta pan o moją fundację, to nadal działam sam, aby ograniczyć do maksimum koszty.

(fot. Wojciech Tora)
Podziel się

WP: Dopuszcza pan do siebie myśl, że jeśli fundacja będzie się rozwijać, to nie podoła pan sam wszystkim obowiązkom?

- Oczywiście, że tak. Wtedy mam zamiar zatrudnić w fundacji osobę do pomocy. O ile będzie to tylko możliwe, to polskiego weterana.

WP: Mottem pana działań jest hasło "Uratuj dziecko, wyposaż żołnierza". Bo na początku stawiał pan sobie skromny cel zebrania pieniędzy, by pomóc jednej rodzinie wykupić dziecko z niewoli dżihadystów oraz wyposażyć jednego żołnierza z lokalnych milicji walczących z tzw. Państwem Islamskim. Udało się chyba jednak zrobić o wiele więcej?

- Udało nam się wspólnie przekazać pomoc w wysokości ok. 50 tys. złotych. To tak naprawdę spełnienie tych "skromnych" założeń. Jestem realistą - bez zainteresowania ludzi żadna fundacja nie jest w stanie działać. A samo zainteresowanie niekoniecznie przekłada się na wsparcie finansowe.

WP: Próbował pan zachęcić do współpracy państwowe instytucje - polskie, kurdyjskie, irackie?

- Proszę zauważyć, że moja fundacja jest bardzo niepoprawna politycznie. To zapewne napawa lękiem oficjalne instytucje. Człowiek, który pomaga rodzinom żołnierzy chrześcijańskich i ofiarom terroryzmu islamskiego, nie wpisuje się w główny nurt narracji. Przykładem może być zwrócenie się do przedstawiciela dyplomatycznego irackiego Kurdystanu w Polsce z prośbą o pomoc w zbieraniu pieniędzy dla wdów i sierot po żołnierzach Peszmergi (tradycyjna nazwa kurdyjskich bojowników - przyp. red.) poległych w walkach przeciw ISIS. Mój list wysłany ponad dwa tygodnie temu pozostał bez odpowiedzi. Poprzedni, pisany jeszcze przed drugim wyjazdem, "zaginął" w sekretariacie na trzy tygodnie. Do polskich instytucji jeszcze się nie zwracałem. Wolałbym pomagać w imieniu ludzi, ale wykorzystam wszystkie możliwości.

WP: Na początku lutego był pan w irackim Kurdystanie, teraz ponownie pan wrócił do Iraku, tym razem z materialną pomocą dla potrzebujących. Co zmieniło się na miejscu przez ten czas? Co pana najbardziej uderzyło?

- Z przykrością muszę stwierdzić, że nic się nie zmieniło. Kryzys trwa nadal. Upłynął czas, który drenuje najbiedniejszych z resztek zasobów finansowych. Jazydzi, których odwiedzałem w lutym w wynajętym domu, w chwili obecnej żyją w gliniance o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych. Najcięższy jest los rodzin uwolnionych z rąk Daesz (arabska nazwa tzw. Państwa Islamskiego - przyp. red.). Często są to samotne matki z kilkorgiem dzieci. Ich mężowie zginęli lub są nadal przetrzymywani przez terrorystów. Nie mają pieniędzy na namiot, jedzenie i podstawowe potrzeby. To do nich w pierwszej kolejności kierujemy pomoc.

WP: Gdzie pan dokładnie był, jaką pomoc i komu udało się panu dostarczyć?

- Wylądowaliśmy w stolicy Kurdystanu Irbilu i pojechaliśmy na północ. Odwiedziliśmy chrześcijańskich żołnierzy-uchodźców na froncie pod Mosulem, a następnie przekazaliśmy rodzinom 45 z nich wsparcie finansowe lub żywność. Dotarliśmy do Jazydów i wsparliśmy 40 rodzin będących w najtragiczniejszej sytuacji ekonomicznej. Wszystkie były uwolnione z rąk terrorystów. Zostawiliśmy pieniądze na namioty, jedzenie i inne formy pomocy w tym wsparcie rodzin po wykupie bliskich z niewoli. Jedną z najważniejszych rzeczy było jednak podpisanie trzech porozumień.

(fot. Wojciech Tora)
Podziel się

WP: O jakich porozumieniach mowa?

- Porozumienia o współpracy z działającymi na miejscu organizacjami charytatywnymi, prowadzonymi bezpośrednio przez poszkodowanych.

WP: Czy mógł pan liczyć na wsparcie miejscowych władz, urzędników? Ostatnim razem opowiadał pan o problemach, jakie robiły panu kurdyjskie służby bezpieczeństwa.

- Kurdowie, których spotkałem, są bardzo otwartymi ludźmi i rozumieją potrzebę pomocy. W szczególności cenię sobie żołnierzy Peszmergi, z którymi bardzo dobrze się rozmawia. To właśnie od wojskowych uzyskałem zgodę na podróż do prowincji Dahuk i odwiedziny na froncie. Jednak nie udało mi się spotkać z jednostką chrześcijańską stacjonującą dwie ulice dalej - tylko dlatego, że wspiera ją rząd centralny. Na szczęście dotarłem do rodzin tych żołnierzy w inny sposób. Postanowiłem, że będę tam pomagał wszystkim ludziom walczącym z ISIS i jego ofiarom, bez względu na różnice polityczne. Nie mam zamiaru dzielić ludzi, zdecydowanie bardziej wolę pracować wspólnie z nimi.

WP: Na pomoc pańskiej fundacji mogą liczyć wszyscy potrzebujący, niezależnie od wyznawanej wiary?

- Głównym celem fundacji jest pomaganie rodzinom chrześcijańskich żołnierzy-uchodźców i Jazydom. Jednak w czasie ostatniej wizyty u Przeszmergów uzyskałem listę poległych żołnierzy muzułmańskich, którzy zginęli 3 maja w miejscowości Teleskuf, walcząc ramię w ramię z żołnierzami chrześcijańskimi. Obecnie staram się zorganizować zbiórkę dla ich rodzin. Pomaga mi w tym zasiadający w radzie fundacji prof. Selim Chazbijewicz, muzułmanin i Tatar, który uczy polskich studentów o zagrożeniach wynikających z terroryzmu islamskiego. Proszę samemu osądzić mnie po czynach.

(fot. Wojciech Tora)
Podziel się

WP: Irak znajduje się obecnie w głębokim kryzysie gospodarczym i politycznym. Jak bardzo to widać na irackiej prowincji?

- Pogarszają się warunki najbiedniejszych, szczególnie Jazydów. Duży solidny namiot dla rodziny uwolnionej z rąk ISIS to 200 dol., a jej wyżywienie przez pierwszy miesiąc to minimum kolejnych 50 dol. Tych ludzi po prostu na to nie stać. W naszej obecności ojciec dziesięcioosobowej rodziny przyniósł wypłatę za dwa miesiące dorywczej pracy. Otrzymał 50 tys. dinarów, czyli równowartość 160 zł. A ceny żywności są niewiele niższe niż w Polsce. Zdarzają się jednak też krzepiące sytuacje. Na przykład Jazydzi wraz z chrześcijanami prowadzący plantacje ogrodnicze, do których wodę za darmo dostarcza pobliska chrześcijańska wieś.

WP: W czasie, gdy był pan na miejscu, irackiej armii i szyickim milicjom udało się odbić z rąk tzw. Państwa Islamskiego strategicznie położoną Faludżę. Dżihadyści od miesięcy raczej tracą terytoria niż je zyskują. Czy dzięki słabnięciu ISIS sytuacja chrześcijan i Jazydów w Iraku jest lepsza niż jeszcze pół roku temu?

- Niestety nie. Dla Daesz w Iraku najważniejszy jest rejon Mosulu, a ten trzyma się nadal. Przykładem może być majowa próba ofensywy na Teleskuf, gdzie w walkach zginęło 118 osób. Nie ma wątpliwości, że miasto upadnie, ale również nikt nie sili się na przewidywanie kiedy. Okrutna prawda jest też taka, że ataki na mniejszości religijne miały miejsce przed powstaniem ISIS i będą miały po jego upadku. Dlatego tak ważne jest posiadanie dobrze wyszkolonych i uzbrojonych jednostek złożonych z przedstawicieli tych mniejszości do ochrony ludności cywilnej. Na szczęście rozumieją to zarówno władze w Bagdadzie, jak i Irbilu (stolicy autonomicznego Regionu Kurdystanu - przyp. red.).

WP: W międzyczasie Polska aktywnie włączyła się w wojnę przeciwko islamistom. Ogłosiła wysłanie na Bliski Wschód czterech myśliwców F-16 i kontyngentu Wojsk Specjalnych do szkolenia irackich sił bezpieczeństwa. To słuszny krok?

- Proszę zapytać ekspertów. Rozumiem polityczne uwarunkowania, które stoją za tym krokiem. Wiem jednak, że za 5 proc. sumy jaką przeznaczyliśmy na tą misję, można by doposażyć wszystkie chrześcijańskie jednostki w irackim Kurdystanie i zapewnić im możliwość trwałej i skutecznej ochrony ludności cywilnej. Być może ktoś przemyśli ten problem i podejmie dodatkowe kroki.

WP: Jakie ma pan plany na najbliższą i dalszą przyszłość?

- To samo myśleć, mówić i czynić. Dbać o rodzinę, zajmować się rozwojem fundacji i kończyć studia. Informować wszędzie gdzie się da o sytuacji poszkodowanych i szukać dla nich wsparcia. Zasługują na to. W Polsce wiele osób deklaruje chęć walki z terroryzmem islamskim i pomocy jego ofiarom. Najwyższy czas przejść do czynów.

WP: W naszej poprzedniej rozmowie wspominał pan także o wyjeździe do Syrii. Domyślam się, że to o wiele trudniejszy kierunek?

- Jestem praktycznie w każdej chwili gotowy do wyjazdu do Syrii i pomocy dla rodzin chrześcijańskich żołnierzy w tym kraju. Jednak nie mogę jechać z pustymi rękami. Poklepywanie po plechach i wzniosłe hasła poparcia są mało warte, gdy w ręku trzymasz 50-letni karabinek AK, a na podłodze w najbliższej miejscowości za linią frontu śpią twoje małe dzieci.

Polub WP Wiadomości