Jan Osiecki pojechał do Smoleńska w 2010 r., bo sam nie wierzył, że samolot może stracić skrzydło po uderzeniu o drzewo
Jan Osiecki pojechał do Smoleńska w 2010 r., bo sam nie wierzył, że samolot może stracić skrzydło po uderzeniu o drzewo (Archiwum prywatne)

Autor książki o Smoleńsku o tezie Biniendy: To byłby pierwszy taki wybuch w historii

Antoni Macierewicz powiedział, że jestem rosyjskim agentem. Ktoś napisał, że jadąc samochodem widział mnie z dzieckiem na pasach i się zastanawiał, czy zwolnić – mówi WP dziennikarz Jan Osiecki. Autor książki "Ostatni lot” nie zostawia suchej nitki na teoriach podkomisji smoleńskiej.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Grzegorz Łakomski, Wirtualna Polska: Dyskusja o Smoleńsku toczy się od lat wokół brzozy. Wspiął się pan na to drzewo, by sprawdzić, czy jest pancerne?

Jan Osiecki, jeden z autorów autor książki „Ostatni lot”: Chciałem je zobaczyć, dotknąć, zmierzyć jego wysokość i zobaczyć jak nisko nad ziemią musiał być tupolew żeby w nie uderzyć. Nie wierzyłem, że samolot może stracić skrzydło po uderzeniu o drzewo. Brzozy w Polsce to z reguły wysokie, ale cienkie drzewa. Dopiero, gdy zobaczyłem ją na własne oczy, to zrozumiałem jak to było możliwe. Pień był tak gruby, że miałem kłopot z objęciem go rękami. Potężne, stare drzewo. Patrząc ze szczytu zobaczyłem, co robił pilot Tupolewa. W wyciętych drzewach widać było trasę lotu i to, jak próbował poderwać samolot, bo kolejne miały obcięte tylko wierzchołki.

Jak wygądało miejsce katastrofy kilka miesięcy po zdarzeniu?

Warto zobaczyć to wszystko na własne oczy. Miejsce katastrofy w telewizji wygląda na olbrzymie, a to bardzo małe pole. Szczątki były blisko siebie. Było wyraźnie widać, gdzie samolot uderzył w ziemię. Ważniejsze jednak było to, co było widać dwa kilometry od progu pasa, gdzie Tupolew uderzył w pierwsze przeszkody. To nie była jedna brzoza. Zobaczyłem dziesiątki ściętych drzewek. Dziwię się, że Antoni Macierewicz, ani żaden z jego „ekspertów” nie pojechał ani razu do Smoleńska.

Źródło: Jan Osiecki / Wieża kontroli lotów na lotnisku w Smoleńsku

Szef podkomisji smoleńskiej Wiesław Binienda zapowiada, że w jej raport dowiedzie wybuchu w lewym skrzydle.

Na zdjęciach urwanego skrzydła widać, że jest ono wgięte do środka, a nie na zewnątrz, jakby było, gdyby doszło do wybuchu. Są też wbite w nie fragmenty drzew. Koronny argument dowodzący, że nie było wybuchu, to nagranie z kabiny pilotów. Trwa do momentu zderzenia z ziemią i nie nagrały się odgłosy eksplozji. Byłby to pierwszy w historii wybuch, którego nie słychać i nie widać jego skutków na urządzeniach zapisujących parametry lotu.

Na czarnych skrzynkach zapisują się wybuchy?

Amerykanie robili badania i wysadzali samoloty na pustyni. Pierwsze odgłosy wybuchu zawsze się nagrywały na czarną skrzynkę rejestrującą rozmowy w kokpicie. Tak samo było na przykład w przypadku samolotu rozerwanego nad Lockerby. Nie zmieniło się ciśnienie w samolocie i nie pojawiły się dodatkowe zniszczenia poza wynikającymi ze zderzeń z drzewami. Nie było też widać śladów uszkodzeń w efekcie eksplozji na ciałach ofiar katastrofy. Przeprowadzane są kolejne ekshumacje i nie ma cienia potwierdzenia teorii o wybuchu. To problem Antoniego Macierewicza – jak udowodnić wybuchy, których nie było.

Z pańskiej książki „Ostatni lot” wydanej w 2010 roku wynika, że to katastrofy doprowadziły błędy załogi.

Arkadiusz Protasiuk, kapitan Tupolewa nie współpracował z kontrolerami, bo miał inny pomysł na lądowanie. Chciał skorzystać z przyrządów pokładowych, których zgodnie z instrukcją samolotu nie powinno się używać, i wykonać tzw. szczura. Czyli zejść z pomocą autopilota poniżej granicy chmur, by zobaczyć lotnisko, poprawić ewentualnie kurs wytyczony przez automat i wylądować.

Rosyjscy kontrolerzy też popełniali błędy.

Tak, ale nie przez nie doszło do katastrofy. Sygnalizowali kilka razy, że nie ma warunków do lądowania, ale nie mogli go zabronić. Zgodnie z rosyjskimi przepisami to do pilota należy decyzja o lądowaniu.

Pierwsze błędy z polskiej strony były popełnione już na lotnisku w Warszawie? Załoga Tupolewa nie powinna wsiadać do samolotu w takim składzie?

Arkadiusz Protasiuk miał niewielkie doświadczenie na tym typie samolotu. Powinien polecieć Bartosz Stroiński, który był dowódcą skrzydła. Miał wtedy jakieś plany kolidujące z lotem i poprosił swojego kolegę , by poleciał za niego jako dowódca. Z dwóch doświadczonych nawigatorów jeden nie miał wizy rosyjskiej, a drugi przygotowywał się do lotu do USA z prezydentem Kaczyńskim, który miał odbyć się za klika dni. Dlatego wzięli najmniej doświadczonego nawigatora, który nie znał rosyjskiego i o tym, że będzie leciał Tupolewem dowiedział się dzień wcześniej. Do lotu do Smoleńska przygotowywał się czekając na lot do Gdańska, który wykonywał kilkanaście godzin wcześniej.

Źródło: Jan Osiecki / Dolinka przy lotnisku w Smoleńsku

Dlatego załoga nie współpracowała?

Nawigator nie mógł odciążyć kapitana w prowadzeniu korespondencji z kontrolerami ze Smoleńska, ponieważ nie znał rosyjskiego, a oni praktycznie nie mówili po angielsku. Efekt był taki, że przy lądowaniu wszystkie działania były na głowie jednego pilota. Do tego Protasiuk znajdował się pod presją, bo w kokpicie się pojawił gen. Andrzej Błasik. Jego obecność nie ułatwiała zadania. Dowódca sił powietrznych nie powiedział wprost co ma robić pilot, ale widać czego oczekiwał, bo kiedy kapitan samolotu łamane procedury nie zareagował i nie polecił przerwania lądowania.

Jaki jest dowód na obecność gen. Błasika?

Wiemy, na pewno, że części informacji z przyrządów nie czytał kapitan, pierwszy oficer, nawigator, ani technik pokładowy. Kto poza nimi na pokładzie znał rozmieszczenie np. wysokościomierzy w Tupolewie i do tego potrafił je właściwie odczytać? Jedyną taką osobą był gen. Błasik. Nie trzeba było sprawdzać próbek jego głosu. Poza tym jego głos rozpoznali piloci z 36 pułku, którzy stworzyli pierwszy stenogram.

Po katastrofie 36 pułk został zlikwidowany. Teraz politykami znów latają wojskowi piloci. To może zwiększać ryzyko wywierania presji?

Wcześniej czy później doczekamy się kolejnej katastrofy. Patologia w 36 pułku była zawsze. Gdy z politykami latami piloci LOT-u, to każdy błąd skutkował ryzykiem utraty licencji. Dlatego potrafili powiedzieć np. że nie polecą, bo jest za dużo osób na pokładzie lub pracują dłużej niż zezwalają na to przepisy. W raporcie MAK-u pojawiło się kilka zdań na temat lądowania w Smoleńsku samolotu Donalda Tuska 7 kwietnia 2010 roku. Zdań szokujących, które zostały niezauważone. Otóż piloci nie zauważyli, że za szybko schodzili i przekroczyli granice 500 metrów wyznaczoną przez kontrolerów i zbliżają się niebezpiecznie szybko (około 13 metrów na sekundę) do ziemi Prawdopodobnie mieli wyłączony system TAWS i dlatego nie pojawiły się komunikaty pull up i terrain ahead.

Tuska uratowali rosyjscy kontrolerzy?

Tak. 300 metrów nad ziemią zorientowali się, że samolot za szybko się zniża. Gdyby nie ich reakcja samolot mógłby znaleźć się w poważnym niebezpieczeństwie

To się może spodobać zwolennikom teorii spiskowych. Pan po napisaniu książki stał się dla nich wrogiem?

Antoni Macierewicz powiedział o mnie w jednej z telewizji, że jestem rosyjskim agentem wpływu. Hejt w mediach społecznościowych jest mocny. Ktoś napisał, że jadąc samochodem widział mnie z dzieckiem na pasach i się zastanawiał, czy zwolnić, czy nie. Napisał to na swoim blogu. Mieszkam w małym miasteczku, więc łatwo mnie znaleźć. Traktuje to jako ryzyko zawodowe. Trzeba mieć jednak dużą odporność psychiczną, by przejść do porządku dziennego nad groźbami czy memami, w których się pojawiam w np. rosyjskiej czapce wojskowej.

Porzucenie przez pana profesji dziennikarza politycznego było z tym związane?

Chcąc nie chcąc z dziennikarza stałem się osobą, która znalazła się w środku sporu politycznego, w którym walkę toczą dwa obozy. Jeden tych obozów oskarża mnie o to, że dostarczam argumenty dla ich przeciwników. Ciężko być w takiej sytuacji obiektywnym dziennikarzem piszącym o polityce. Dlatego byłem zmuszony do tego, by zmienić pracę i zająłem się pisaniem książek.

Pierwsze wydanie książki "Ostatni Lot. Przyczyny Katastrofy Smoleńskiej. Śledztwo Dziennikarskie" autorstwa Jana Osieckiego, Tomasza Białoszewskiego i Roberta Latkowskiego zostało wydane w grudniu 2010 roku.

Polub WP Wiadomości