Gazeta Polska
immunitet
29-07-2008 (09:47)

Zbigniew Ziobro: Polską rządzi szajka

Skoro można fałszywie i bezkarnie oskarżyć byłego prokuratora generalnego na oczach całego kraju, to w każdym powiecie i gminie można tym bardziej bezkarnie, już bez kamer, złamać kręgosłup każdemu uczciwemu człowiekowi, który przeciwstawi się lokalnej sitwie czy korupcji . Ze Zbigniewem Ziobro, posłem PiS i byłym ministrem sprawiedliwości, rozmawia Leszek Misiak z "Gazety Polskiej".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Nie ma pan dość polityki?

- Jeszcze niedawno miałem. Przez kilka lat byłem nieustannie w centrum wydarzeń. Uznałem, że nadszedł odpowiedni moment, by poświęcić więcej czasu innym sprawom niż polityka. Widzę jednak, jak przez aktualną ekipę rządzącą marnowana jest wielka szansa. Ogromne środki z UE i koniunktura gospodarcza to najlepszy moment, by szybko nadrobić zaległości z okresu komunizmu. Tymczasem jest tylko polityczny PR, bierność, lenistwo. I co najgorsze – metody kryminalnej szajki, używane do rozprawy z opozycją.

Co ma pan na myśli?

- Kiedy jako młody człowiek trafiłem do polityki, czułem sprzeciw wobec tego, że bandyci w Polsce mogli bezkarnie dokonywać przestępstw, a sądy i prokuratura były dla nich łagodne bądź bezradne. Policjanci zatrzymywali bandytów, a prokuratorzy i sędziowie zaraz ich wypuszczali. Ci przestępcy znów kradli, rabowali, gwałcili, zabijali. Ludzie się bali, a oni czuli się bezkarni. Dlatego utworzyłem organizację społeczną „Katon”, która miała nieść pomoc ofiarom przestępstw. Chcieliśmy zmienić polskie prawo, ukrócić bezprawie. Teraz odczuwam podobny zapał, bo widzę, że głośno mówi się o miłości, przyjaźni, pokazuje maniery salonowe, a za plecami kryje się „pałkę”, „kastet”. I gdy kamery gasną, bez skrupułów używa się tych narzędzi.

To mocne oskarżenie.

- Jako prokurator generalny doprowadziłem do rozbicia w Krakowie mafijnej grupy przestępczej, stosującej takie metody. Byli w niej zwykli bandyci, ale także ludzie z salonów krakowskich. Utrzymywali z nimi zażyłe kontakty biznesmeni, politycy i niektórzy przedstawiciele palestry krakowskiej. Szajka w brutalny sposób oszukiwała ludzi, przejmowała na podstawie sfabrykowanych umów notarialnych kamienice, domy, a gdy ofiary się broniły, składano na nich fałszywe zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa, fabrykowano sprawy karne, skazywano ich i odbierano im dobre imię. To sposób działania szajki. Podobieństwa można się dopatrzeć w poczynaniach rządzących, które aprobuje Donald Tusk.

Tak odbiera pan próbę oskarżenia pana przez prokuraturę?

- Tak, bo jest to fałszywe oskarżenie. Nie twierdzę, że dzieje się tak dlatego, że minister Ćwiąkalski pochodzi z Krakowa i mógł poznać niektóre metody tego rodzaju. Ale na pewno ma to związek z zemstą i odwetem liderów PO na mnie za to, że konsekwentnie walczyłem z korupcją. Chce się złamać mi kręgosłup, zastraszyć mnie i innych ludzi, by już nigdy nie mieli odwagi walczyć z przestępstwami i aferami, których dopuszczają się politycy i inne wpływowe osoby.

Zrzeknie się pan immunitetu, czy da satysfakcję obrońcom III RP z odwołania pana?

- Zrzeknę się, ale wcześniej chcę wystąpić w Sejmie i przedstawić swoje racje. Udowodnić, że działałem zgodnie z prawem i w interesie publicznym. Gdybym zrzekł się immunitetu przed debatą sejmową, zgodnie z regulaminem straciłbym tę możliwość. Nie dam satysfakcji Platformie, zrobię to dopiero po debacie publicznej.

Dlaczego nie był pan w środę 23 lipca na posiedzeniu komisji regulaminowej?

- Byłem na posiedzeniu wtorkowym komisji. W jej trakcie przewodniczący Jerzy Budnik z PO powiedział, że chce po jej posiedzeniu ustalić dogodny dla mnie termin, by umożliwić mi warunki do obrony i przygotowanie się do niej oraz dać szansę posłom komisji, by zapoznali się z materiałami, które były podstawą złożenia wniosku. Ostatecznie stanęło na tym, że komisja zbierze się po wakacjach. Zrozumiałem z wypowiedzi pana Budnika, że skonsultował to z marszałkiem Bronisławem Komorowskim. Gdy dowiedziałem się o tym terminie, ogłosiłem, że następnego dnia w Krakowie odbędzie się moja konferencja prasowa w związku z aktem oskarżenia wobec posła Szczypińskiego z PO oraz byłego wojewody z SLD, Adamika. Następnego dnia rano marszałek Komorowski podstępnie zmienił zakomunikowaną mi wcześniej decyzję, czego nie mogłem się spodziewać.

Skąd ten pośpiech?

- Być może chodziło o odwrócenie uwagi od mojej konferencji prasowej, która dotyczyła kolejnego przykładu korupcji w PO i uwikłania w tę sprawę Donalda Tuska. A może była to zemsta za złożenie przeze mnie w prokuraturze zawiadomienia dotyczącego podejrzenia, że premier Tusk zataił informacje o aferze sopockiej.

Dlaczego udostępnił pan akta sprawy dotyczącej gangsterów szefowi rządzącej wówczas partii, Jarosławowi Kaczyńskiemu?

- Kiedy jako prokurator generalny dowiedziałem się o wielkiej korupcji – o mafii paliwowej, której skuteczne stawienie czoła przekraczało moje kompetencje i możliwości, zwróciłem się do lidera ugrupowania rządzącego, polityka, który mógł spowodować zmiany w ustawodawstwie i w działaniu niepodlegających mi urzędów, co ukróciłoby działanie mafii. Rząd PO uznał, że jest to powód do oskarżenia mnie. Żyjemy w kraju, gdzie przestępcy zacierają ręce.

Z doniesień obozu rządzącego, ich częstotliwości i nagłośnienia medialnego można odnieść wrażenie, że to pan zagrażał Polsce, a nie mafia paliwowa.

- PO wie, że działałem zgodnie z prawem w interesie bezpieczeństwa Polaków, dlatego wymyśla fałszywe oskarżenia. Moje zasady to uczciwość w życiu publicznym. Taki postawiłem sobie cel, gdy zająłem się polityką, i on mi przyświecał, gdy zostałem ministrem. Realizowanie go nie było łatwe, ponieważ prokuratorzy obawiali się prowadzić odważnie i dynamicznie śledztwa, w których pojawiali się politycy – bali się ataków właśnie ze strony polityków-kolesi.

Jak w sprawie sopockiej?

- Problem korupcji może pojawić się w każdej partii, ale najważniejsze jest to, jak reaguje się na nią i na inne przestępstwa. O sprawie korupcji dotyczącej urzędników rządu PiS – w Centralnym Ośrodku Sportu, w Ministerstwie Rolnictwa, o akcji CBA w hotelu „Marriott”, gdy zatrzymywaliśmy Janusza Kaczmarka, Konrada Kornatowskiego, Sławomira Netzla – media dowiedziały się dopiero, gdy już od dawna trwały intensywne działania prokuratorskie.

Może PO też rozliczy aferę sopocką?

- Może. Tylko że tu jest odwrotny mechanizm. Intensywne działania prokuratury zaczęły się dopiero wtedy, gdy media nagłośniły sprawę. W piątek 11 lipca ukazał się artykuł w „Rzeczpospolitej”, w sobotę rano Sławomir Julke został wezwany do prokuratury, w poniedziałek sprawa trafiła do Prokuratury Krajowej. Zdynamizowanie działań nastąpiło nie z chwilą, gdy premier się o sprawie dowiedział, ale dopiero wówczas, gdy dotarło to do opinii publicznej.

W sprawie wniosku o uchylenie immunitetu broni pana nawet „Gazeta Wyborcza”, która napisała, że wniosek jest wątpliwy, ma wady prawne, m.in. jest sprzeczny z komentarzem do kodeksu karnego, którego współautorem jest Zbigniew Ćwiąkalski.

- Nienawiść zaślepia. Wniosek, który przygotowano, jest kompromitujący, popełniono w nim wręcz studenckie błędy. Jak to wytłumaczyć? Albo pan Ćwiąkalski zdobywał szlify naukowe dzięki temu, że był na uczelni I sekretarzem POP PZPR i asystentem współpracownika SB, TW „Magister”. Albo z pełną premedytacją – i tego się raczej dopatruję – szukał na mnie na siłę paragrafu, ostentacyjnie i świadomie łamiąc obowiązujące prawo.

Czy może chodzić o to, by ani Zbigniew Ziobro, ani inni przyszli ministrowie sprawiedliwości nie odważyli się narażać nietykalnym przestępcom – oligarchom?

- Tak myślę, ale albo mają słabych pijarowców, albo złych psychologów, bo mnie to nie zniechęciło, raczej zmobilizowało do działania. Nie może być tak, że w naszym kraju w rządzeniu stosuje się metody szajki. Trzeba to ludziom uświadomić. Skoro można fałszywie i bezkarnie oskarżyć byłego prokuratora generalnego na oczach całego kraju, to w każdym powiecie i gminie można tym bardziej bezkarnie, już bez kamer, złamać kręgosłup każdemu uczciwemu człowiekowi, który przeciwstawi się lokalnej sitwie czy korupcji.

- Jaki będzie finał krucjaty przeciwko panu? Pasiak więzienny czy może skończy się „tylko” na ścieżce zdrowia – od prokuratury do prokuratury i komisji śledczej? Ostatnio sporo pan podróżuje...

- Może skończy się pasiakami – prędzej czy później – ale dla tych, którzy wymiar sprawiedliwości angażują w swe polityczne rozgrywki, którzy walczą z PiS metodami kija baseballowego.

PO odwołała prokuratorów apelacyjnych, którzy prowadzili bardzo ważne śledztwa, a awansowała tych, którzy popełnili błędy, jak w śledztwie w sprawie Olewnika. Obecnie działalność wymiaru sprawiedliwości pozostawia wiele do życzenia. Niedawno np. okazało się, że warszawska sędzia Dorota Kącka orzekała w sprawie „GP”, choć opisaliśmy rok temu, jak jej mąż złożył propozycję korupcyjną.

- Sprawa sędzi Kąckiej jest kuriozalna. Fakt, że mimo opisywanej przez waszą gazetę propozycji korupcyjnej przewodniczyła składowi orzekającemu, jest zdumiewający. Tu powinno nastąpić wyłączenie z urzędu. Takich przykładów jest niestety więcej. Z tygodnia na tydzień dowiadujemy się o bulwersujących wydarzeniach, które ministra Ćwiąkalskiego stawiają w złym świetle.

Polub WP Wiadomości