Trwa ładowanie...
Na stałe w Kazimierzu mieszka ok. 2 tys. osób, a turystów jest rocznie nawet 600 tys.
Na stałe w Kazimierzu mieszka ok. 2 tys. osób, a turystów jest rocznie nawet 600 tys. (WP.PL, Fot: Maciej Stanik)

Zadeptana dusza Kazimierza. Jedzie się po gofra, a nie kupić obraz

Na rynku w Kazimierzu nie ma już malarzy. Nie ma dyskusji, które trwały do białego rana. Ale są gofry, lody i zimne piwo. Tłum, meleksy i plastikowe pamiątki za parę złotych. Pod tym wszystkim dusza, którą zdusił pieniądz.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Artykuł jest częścią naszego redakcyjnego cyklu #JedziemyWPolskę

Wokół przystanku zbiera się grupka, niektórzy z plecakami, inni z torbami. Można zgadywać, kto turysta, a kto do domu. Autobus jedzie wzdłuż pól, które ciągną się po horyzont. Na pasażerów spogląda Matka Boska, jej obrazek wetknięty jest za lusterko.

Zajeżdżamy na dworce, które wyglądają jak opuszczone. Wysiada po parę osób, aż zostają tylko ci wyglądający na turystów. Nic dziwnego, bo każdego roku do Kazimierza Dolnego przyjeżdżają ich setki tysięcy.

Kierowca otwiera drzwi. Pierwsze, co można zrobić, to kupić zapiekankę. Wiszą ogłoszenia, że tam noclegi, a kawałek dalej knajpa. Szyldy mija sznureczek ludzi, którzy idą na rynek.

Sztalugi na rynku

Żeby zobaczyć dawny Kazimierz, trzeba wynieść restauracyjne parasole. Pozbyć się stolików i siedzących przy nich turystów. Odjechać muszą taksówki, meleksy i dorożki. Trzeba zburzyć stoiska z pamiątkami, wyrzucić wiszące na płotach szyldy, zamknąć okienka z lodami.

Wtedy na rynek wróciliby malarze. Gwar ich rozmów. Wzdłuż ścian kamienic wieszaliby swoje obrazy, co parę kroków stawiali sztalugi. Na płótnach powstawałyby pejzaże, które widać wokół. Do białego rana trwałyby dyskusje.

Turyści przyjeżdżaliby, żeby kupić ich dzieła. Działałoby parę knajp, takich, w których zawsze można było kogoś spotkać. Latem rynek pachniałby malinami, a jesienią wędzonymi śliwkami. Echem niósłby się tętent kół furmanek.

Źródło: WP.PL

Ryba, frytki i meleks

Teraz nie pachnie ani śliwkami, ani malinami, tylko starym olejem. Całe rodziny siedzą przy drewnianych ławach, na nich leżą plastikowe talerze. Smażona ryba, frytki i zestaw surówek. Kawałek dalej stoją stragany. Drewniane budki obwieszone górą tanich pamiątek.

Połowa rynku przykryta jest parasolami, pod którymi przelewa się piwo. Wybuchają głośne śmiechy, kelnerki uwijają się wokół stolików. Po ulicy przemyka wypakowany meleks. Kręcą się uzbrojeni w aparaty turyści.

Jedni otaczają swojego przewodnika, inni chłopaka, który żongluje kręglami. Po chwili zmienia je na płonące pochodnie. Dzieci patrzą z zachwytem. Ich rodzice klaszczą, wrzucają drobne do kapelusza.

Źródło: WP.PL

Pejzaż jak z bajki

To nie jest Kazimierz, do którego przyjeżdżała Dorota. Pracowała wtedy jako konserwator zabytków, bywała tu często. Patrzyła na miasteczko i z drugiego brzegu Wisły, i z góry, i z zamku. Wydawało jej się, że z każdej strony pejzaż jest jak z bajki, wyśniony. Chodziła uliczkami, czuła tę atmosferę wolności. Tak, jakby człowiek nic tutaj nie musiał.

- Co mnie przyciągnęło? - Zamyśla się. - Po prostu piękno.

Mijali ją chodzący boso, młodzi artyści. Każdy ze sztalugą. Miasteczko było trochę zaniedbane, ale przez to tak swobodne. Owiane lekką tajemnicą, która kryła się w jego historii. W Żydach, którzy zniknęli na zawsze.

Wyobrażała sobie, że mogłaby przenieść się kilkaset lat wstecz. Posłuchać, jak wtedy brzmiały kościelne organy. Być w tym bogatym Kazimierzu, gdzie na rzece działał port handlowy, a spichlerze pełne były zboża. Zdecydowała w końcu, że tu chce zamieszkać.

Teraz siedzi w swojej ciasnej galerii. To mały, drewniany domek przy uliczce nieopodal rynku. Półki uginają się tu od aniołów, które własnoręcznie rzeźbi. Pod sufitem wiszą dyble, części starych, rozebranych kazimierskich domów.

Źródło: WP.PL

Małpi gaj, czyli wąwóz

Meleks przejeżdża obok krytego strzechą domu. Głos informuje, że można wynająć go na noc poślubną. W zależności od płci planowanego potomka dobiorą albo różowe, albo niebieskie prześcieradło. Ponoć nie zdarzają się reklamacje.

- Ale super! - Wybucha śmiechem kobieta na tylnym siedzeniu.

Turyści drepczą gęsiego do wąwozu. Niektórzy nie potrafią iść po ścieżce, wdrapują się na ściany, wchodzą po korzeniach. Na ziemi leżą śmieci, rozrzucone pety. Są tacy, którzy spacerują z butelkami piwa w dłoniach.

- Coś ciekawszego tu będzie? - Odzywa się mężczyzna. - Tu same korzenie. Jak jeden widzieliśmy, to reszta taka sama.

Gdzieniegdzie w ścianach wąwozu wyryte są koślawe serca, inicjały zakochanych, niezrozumiałe napisy. Wyglądają niczym naskalne malunki. Słychać, jak przechodząca grupka śmieje się, że taki ciasny ten wąwóz, to można by koparką poszerzyć.

- Boję się pomyśleć, co tu będzie za kilka lat… - mówi przewodnik, gdy wprowadza kolejną grupę.

Nieliczni czytają tablicę, która stoi przy wejściu. O historii, o tym co wolno robić, a czego nie. Reszta woli czekać, aż w wąwozie nie będzie nikogo. Przynajmniej na sekundę, bo na więcej nie ma szans. Wtedy zrobią takie zdjęcie, jakie chcą mieć. Tyle wystarczy.

Źródło: WP.PL

Wolność i swoboda

Dawniej na rynku można było natknąć się na grupę rozśpiewanych młodych ludzi. Chodzili boso, grali na gitarze, śpiewali Grechutę. Pili piwo, które tu smakowało lepiej, niż gdziekolwiek indziej. Chłonęli atmosferę wolności.

Wśród nich był Kuba. Grał i śpiewał, i tak też poznał Jolantę. Przyjeżdżała tu najpierw na jeden dzień, potem na tydzień. Aż w końcu wzięli ślub, zamieszkali w Kazimierzu, niedługo potem urodził im się syn. Wychodzili codziennie na rynek, żeby sprzedawać swoje wyroby. Najpierw mieli koraliki, później obrazy.

- Po co chodzić do szkoły? - Pomyślał wtedy Kuba. - Wystarczy coś maznąć, zgrabnie opowiedzieć i sprzedać.

Zatem mazał, opowiadał i sprzedawał. Obok innych, którzy pejzaże Kazimierza znali już na pamięć. Ale wtedy przyjeżdżało się tutaj po sztukę. Całe autobusy z Warszawy wracały wypakowane obrazami. Bywały też ciotki z Ameryki, jak wtedy się śmiali, dla których malowali takie małe, kompaktowe, żeby łatwo było przewieźć.

Źródło: WP.PL

Ostatnie sztalugi

Ostatni malarze siedzą znudzeni na stołeczkach, obok siebie mają wywieszone obrazy. Karykatury znanych, naszkicowane portrety przypadkowych osób. Jeden z nich to Wiktor. Spogląda na przechodniów spod kaszkietu, przy nogach ma czarną teczkę z obrazami.

- Nawet nie mam czym wydać, bo nie zarobiłem ani grosza - fuka. - Jak namaluję jeden portret, to jest dobrze. Robię to, żeby mieć za co jeść.

Akurat trafia się klient, w końcu. Na krzesełku siada mała dziewczynka. Wiktor szkicuje jej rysy twarzy, uśmiech, włosy. Wokół zbiera się tłumek gapiów, robią zdjęcia. Ci z ostatnich rzędów stają na palcach, żeby zobaczyć, jak grafitowe kreski zmieniają się w dziecięcą podobiznę.

- Tradycje artystyczne? - Uśmiecha się krzywo, a tłumek odchodzi. - One są dawno pochowane, głęboko pod ziemią.

Jeździ tutaj, bo ma blisko. Nie dlatego, że kusi go artystyczny klimat, przyciąga atmosfera wolności. Nawet o tym nie myśli, bo przez ostatnie trzy dni namalował jeden portret. Jak odliczy opłatę targową, to zostają grosze.

- Dzisiaj ledwo wystarcza na kiełbachę, to gdzie na sztukę będzie… - macha ręką.

Źródło: WP.PL

Żegnajcie, malarze

Dawniej docierało tu niewielu przypadkowych turystów. Raczej ci, którzy wiedzieli, że chcą spędzić czas w tej architekturze, z tymi ludźmi. Nierzadko przyjeżdżali na miesiąc, nawet dwa. Znali wcześniej gospodarzy, u których mieszkali. Mówiło się o nich letnicy, nie turyści.

Byli wśród nich ludzie zamożni, adwokaci i lekarze. Chodzili nad rzekę, przy której była wtedy plaża. Na rynku rozkoszowali się spokojem, popijali kawę. Podziwiali otaczające miasteczko wąwozy, kupowali obrazy. Wracali rok w rok.

Mówi się, że ta atmosfera zaczęła ulatywać, gdy zmieniał się ustrój. Wniesiono opłaty rynkowe, więc malarze zaczęli się przeganiać, kłócić o miejsce. Powstawały galerie w domach, znikały przyjacielskie więzi. Wkrótce sztalugi zastąpiły parasole, a rękodzieło wyparły tanie, chińskie produkty.

Okazało się też, że takich Kazimierzów może być na świecie wiele. I tam też można sprzedawać sztukę. Poza tym ludzie mieli coraz więcej samochodów, możliwości. Do Kazimierza zaczęli więc przyjeżdżać ci, którzy wcześniej go nie znali.

Źródło: WP.PL

Sami sobie winni

Dzisiaj Kazimierz istnieje dwojako. Jeden to ten, który widać latem. Tłoczny, głośny i zadeptany. Do niego nie jeździ się na miesiąc, raczej na dzień, może dwa. Turyści chcą zobaczyć to, co trzeba.

Drugi to ten, który ludzie noszą w sobie. Ten dawny, który czasem jeszcze można poczuć. Cichy, senny i powolny. Taki, w którym nikt nie przejmuje się tym, co ma na sobie. Chodzi tak, jak mu wygodnie. Dorota czuje, że Kazimierz jest jej, gdy siądzie na rynku i popatrzy, jak odlatują jaskółki. Nie musi przeciskać się przez tłum, a do restauracji stać w kolejce.

Czasem mieszkańcy śmieją się, że można by na wjeździe poustawiać budki z lodami. Może ci, którzy jadą po to, zawrócili by już wtedy. Utarło się nawet określenie. Dzikota. Tak nazywają tych, którzy przyjeżdżają, żeby strzelić parę ładnych zdjęć.

Źródło: WP.PL

- Ludzi nie interesuje, co to za miasteczko, czym ono było. Nic, nic, nic - załamuje ręce Dorota.

Oni rzadko zaglądają do jej galerii. I do każdej innej, bo w mieście wciąż jest ich sporo. Tyle że ktoś stworzył atmosferę, która ich przyciąga. I zrobili to sami mieszkańcy. Przecież to oni wożą ich meleksami, oni prowadzą pensjonaty, budki z lodami i goframi.

- To paradoks - wzdycha Dorota. - Z jednej strony chciałoby się żyć z turystów, a z drugiej mieć dawną ciszę i spokój.

Bo jak przychodzi zima, to każdy żyje z oszczędności, które zachował z lata. Kierowcy taksówek klną, że muszą jechać za granicę i dorabiać. Mało jest tu innych możliwości, bo wokół turystów kręci się wszystko, a ich zimą jest ich niewielu.

- Nie dałoby się wyżyć z dawnego Kazimierza - powtarza Dorota.

Źródło: WP.PL

Nie wiadomo, co czuć

Na ścianach w domu Kuby i Jolanty wiszą obrazy, które powstawały jeszcze na rynku, a za oknem rozpościera się widok na skąpane w zieleni miasteczko. Tylko teraz nie mają całego domu dla siebie, tak jak kiedyś, gdy artyści przychodzili na imprezy.

- Przypadkowi ludzie pytali, czy mogą coś wynająć - opowiada Kuba. - Na początku mówiliśmy im, że nie.
- Tylko pomyśleliśmy, że pieniędzy mało, a dzieci dużo - tłumaczy Jolanta.

Teraz dom to pensjonat, a miejsca parkingowe zajmują turyści. Tak jak każdy pokój na piętrze, łącznie z tym najładniejszym, gdzie z balkonu widać całe miasteczko. Tyle że oni przyjeżdżają, a ich dzieci chcą wyjeżdżać.

- Kiedyś nas, młodych, stać było na piwo w knajpie - wspomina Kuba. - Teraz kto będzie na rynku siedział i pił? Drogo, tłoczno, lepiej pójść do sklepu.
- Nasze dzieci nic nie czują - stwierdza Jolanta. - Córka chce stąd zwiać, nie chce mieć nic wspólnego.
- Młodych niezbyt tu widzę - wzdycha Kuba. - Nie ma dla nich tego magnesu, oni już nie czują tego, co my. Nawet nie bardzo wiadomo, co teraz czuć.

Źródło: WP.PL

#JEDZIEMYWPOLSKĘ

Jeśli w Twojej miejscowości dzieje się coś ważnego, ciekawego, poruszającego - zgłoś się do nas za pośrednictwem platformy dziejesie.wp.pl

Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące