Wybory w Turcji. Czy Turcy wybiorą dyktaturę?

Niespełna pięć miesięcy po oddaniu głosów w wyborach parlamentarnych, w niedzielę Turcy znów pójdą do urn wybrać parlament. Według opozycji stawką wyborów jest to, czy Turcja stanie się państwem autorytarnym. Tymczasem dla partii rządzącej to walka o przetrwanie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Recep Tayyip Erdogan
Recep Tayyip Erdogan (AFP, Fot: Adam Eltan)

Wynik czerwcowego głosowania nie usatysfakcjonował rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP): ugrupowanie prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana liczyło wówczas na zdobycie większości konstytucyjnej, a ostatecznie nie dostało nawet zwykłej większości mandatów. A że rządząca samodzielnie od 12 lat AKP nie potrafiła dojść do porozumienia w sprawie podziału władzy z innymi partiami, to prezydent zwołał kolejne wybory.

- W warstwie retorycznej AKP deklaruje, że jej celem jest zdobycie większości konstytucyjnej, aby zmienić system z obecnego na prezydencki. Tak naprawdę walka jednak toczy się o to, czy partia odzyska większość mandatów w parlamencie - mówi WP Karol Wasilewski, analityk Centrum Inicjatyw Międzynarodowych. Nie wiadomo, czy plan Erdogana się powiedzie, bo wyniki przedwyborczych sondaże nie są jednoznaczne - niektóre prognozują, że AKP zdobędzie jeszcze gorszy wynik niż poprzednio. Co wtedy? Jak mówi Wasilewski, możliwych scenariuszy jest wiele, łącznie z rozłamem w partii rządzącej oraz rozpisaniem kolejnych wyborów.

Od wyniku wyborów wiele zależy - tym bardziej, że atmosfera polityczna w Turcji jest najgorętsza od wielu lat. Od ostatniego głosowania wyborami przez Turcję przeszło całe tornado dramatycznych wydarzeń, których rezultatem było gwałtowne wzburzenie nastrojów oraz represje wobec niemal wszystkich oponentów obecnego rządu. Zaczęło się od dwóch krwawych zamachów, w Suruc przy granicy z Syrią i w Ankarze - oba przeprowadzone prawdopodobnie przez terrorystów Państwa Islamskiego i oba wymierzone w Kurdów - wymusiły na rządzie większe zaangażowanie w walkę z dżihadystami, czego skutkiem była fala aresztowań w Turcji i przyłączenie się do międzynarodowej koalicji przeciw Państwu Islamskiemu. Tureckie władze wykorzystały to jednak jako pretekst do uderzenia nie tylko w radykalnych islamistów, ale i w Kurdów - zarówno tych jak i za granicą, w Syrii. To z kolei doprowadziło do wznowienia zamrożonego od lat konfliktu z walczącą o autonomię Partią Pracujących Kurdystanu (PKK). Dość powiedzieć, że na opublikowanej tuż
przed wyborami liście najbardziej niebezpiecznych poszukiwanych widnieją 72 nazwiska osób związanych z PKK, podczas gdy tylko 12 z nich to działacze ISIS.

Represje objęły też opozycję, a przede wszystkim opozycyjne media. Erdogan od dawna miał do nich nieprzejednanie wrogi stosunek, jednak przed wyborami skala działań wymierzonych w dziennikarzy przybrała alarmujące rozmiary. Za obrazę prezydenta w mediach społecznościowych zatrzymanych zostało kilku dziennikarzy, w tym redaktor naczelny dziennika "Zaman", jednej z największych tureckich gazet. We wrześniu zwolennicy AKP dotkliwie pobili słynnego publicystę Ahmeta Hakana i obrzucili kamieniami redakcję dziennika "Hurriyet".

Natomiast trzy dni przed wyborami do redakcji krytycznych wobec AKP mediów grupy Koza Ipek - dzienników Bugun i Millet oraz kanałów telewizyjnych Bugun TV i Kanalturk - wtargnęła policja i prokuratura, przejmując nad nimi kontrolę.

Pretekstem do przejęcia mediów były związki właściciela grupy z popularnym w Turcji społeczno-religijnym ruchem Fethullaha Gulena, kaznodziei głoszącego nowoczesną wersję islamu. Ruch Gulena przez długi czas wspierał partię rządzącą, jednak w 2012 roku oba środowiska popadły w konflikt. Kiedy zaś związani z ruchem prokuratorzy wszczęli śledztwo w sprawie korupcji w otoczeniu Erdogana, ówczesny premier oskarżył islamskiego kleryka o tworzenie "równoległych struktur w państwie" zmierzających do dokonania przewrotu. W ten sposób, wspólnota została mianowana organizacją terrorystyczną, a sam Gulen, który w międzyczasie znalazł schronienie w USA, trafił na samo czoło listy najniebezpieczniejszych przestępców zagrażających Turcji.

- Znaczna część Turków wierzy w tę narrację, bo rzeczywiście ruch Gulena miał silne wpływy w administracji, szczególnie w sądownictwie i policji. Ale nawet jeśli przyjmiemy tę narrację, to ruchy wymierzone w te podmioty związane z Gulenem nie mają nic wspólnego z demokracją - mówi Wasilewski. - Analityk dodaje, że swoimi działaniami AKP stara się przejąć prawicowy elektorat nacjonalistycznej partii MHP, która w poprzednich wyborach zdobyła 16 procent.

Według opozycji to właśnie demokracja jest stawką tych wyborów.

- Turcja staje się na naszych oczach państwem autorytarnym. Erdogan chce teraz, by obywatele zatwierdzili ten stan przy urnach wyborczych. Od tych wyborów zależy to, czy Turcja stanie się bliskowschodnią dyktaturą, czy nadal będzie honorować i rozwijać demokratyczne normy i wartości - mówi Yusuf Kanli, publicysta dziennika "Hurriyet". - Reformatorski wizerunek, jaki stworzyła sobie AKP na Zachodzie pozwalał jej uniknąć komplikacji związanych z powolnym dokręcaniem śruby społeczeństwu, ale teraz wszystko powinno być jasne - dodaje.

- Trudno nie zauważyć, że działania rządu i jego narracja oddalają Turcję od demokracji - zgadza się Wasilewski. Analityk zaznacza, że przez 12 lat rządów Erdogan i jego partia doprowadziła do znacznych zmian w kraju. Chodzi tu zarówno o gospodarkę - która do niedawna za rządów AKP rozwijała się w bardzo szybkim tempie - jak i charakter państwa, które coraz bardziej oddala się od europejskich i laickich ideałów założyciela państwa, Kemala Ataturka. I choć gospodarka w ostatnim okresie zdecydowanie zwolniła, to nie wpłynęło to znacznie na notowania partii i jej lidera.

- Erdogan jest wielkim, charyzmatycznym przywódcą, a Turcy lubią wielkich liderów - mówi Wasilewski. Tego samego nie można powiedzieć o konkurencji. Ani lewicowa, kemalistyczna CHP, ani nacjonaliści z MHP nie mają w swoich szeregach polityka podobnego formatu. Szansę na stanie się nim ma jedynie lider prokurdyjskiej Demokratycznej Partii Ludów (HDP) Selahattin Demirtas. Jego ugrupowanie nieoczekiwanie przekroczyło w czerwcu 10-procentowy próg wyborczy, przez co partia Erdogana nie zdołała zdobyć większości w parlamencie. Wynik HDP może okazać się kluczowy i tym razem - tym bardziej, że sondaże wskazują, że popularność Demirtasa od czerwca tylko wzrosła.

- Dla AKP i Erdogana te wybory to walka o przetrwanie. Jeśli jego partia znów nie zdobędzie większości, to może być początek koniec jego legendy - mówi Wasilewski.

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące
Trwa ładowanie
.
.
.