Trwa ładowanie...
Z baraku Zygmunta widać dymy, które unoszą się nad piecami.
Z baraku Zygmunta widać dymy, które unoszą się nad piecami. (WP.PL, Fot: Maciej Stanik)
bieszczady

Węgiel wypalają od kilkudziesięciu lat. Zygmunt mówi: To cud, że po ziemi chodzę

Denaturat to dla nich dynks. Pili go na potęgę. W gardło wdzierał się też dym z wypału. Dom? To blaszany barak w środku lasu. Tak wyglądało ich życie. Teraz tylko turyści pytają: Niedźwiedzia się pan nie boi?
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Górska droga wije się w dolinie. Wokół, gdzieniegdzie spowity dymem, las. To znak: tam wciąż działa wypał. Powstaje węgiel drzewny, czyli bieszczadzkie czarne złoto.

Jednak dymów unosi się coraz mniej. Przeminęły czasy, gdy piece stały w każdej wiosce. Wciąż jeszcze dymi Zygmunt. Trzyma się twardo, w lesie mieszka od czterdziestu lat.

- To cud, że ja jeszcze po ziemi chodzę - rechocze, siedząc w swoim blaszanym baraku.

Kawałek dalej pieców dogląda Julek. Teraz został sam, ale kiedyś w barakach brakowało miejsca.

Jest jeszcze Waldek. On rdzewiejące piece trzyma przed stodołą. - Kiedyś to był biznes! - Wykrzykuje, a głos niesie się echem po pustej okolicy. - My sześć chałup postawili.

Julek demonstruje, w jaki sposób układa się drewno do wypału w piecu.
Źródło: WP.PL

Taryfą do stolicy

Barak Zygmunta to dawny wojskowy pojazd. Wóz techniczny? Może radiostacja. Grunt, że jest w miarę ciepło, a na głowę nie kapie. Z okna rozpościera się widok na dymiący piec.

- To jest praca całodobowa - oznajmia Zygmunt. - Sam popiół wyciągniesz jak nie dopilnujesz.

Dymy obserwuje tak od czterdziestu lat. Musi czekać, aż przybiorą odpowiednią barwę. Wtedy wie, że węgiel jest gotowy. Trzeba chwycić za łopatę i wybrać piec. Ale w międzyczasie można popijać piwo, a czasem coś mocniejszego.

- Pieniądze, pieniądze, pieniądze… - powtarza. Po to przyjechał tu aż ze Śląska.

Bo dawniej na węglu można było zbić fortunę. Dymy unosiły się nad każdą wioską. Wypalali niemal wszyscy, a czarne złoto płynęło szerokim strumieniem w kraj. Nie miało konkurencji.

Zygmunt kontroluje dym nad swoim wypałem.
Źródło: WP.PL

- Taryfami jeździliśmy! - Wykrzykuje zadowolony. - Do Warszawy na dansing. Taryfą.
- Stąd taryfą? – Niedowierzam.
- Z Ustrzyk, niedaleko. Orkiestra nam grała do białego rana. Taką kasę myśmy mieli.

Wypalacze zarabiali więcej niż wszyscy inni w lesie. Znacznie więcej. Gajowy mógł o takiej wypłacie pomarzyć. Jednak do tej roboty ciągnęło nie tylko tych, którzy żądni byli zysku.

Nazywam się Kowalski

Droga dla niektórych była prosta: szukają cię? Jedź w Bieszczady. Wyszedłeś z kryminału? Bieszczady. Alimenty? Bieszczady oczywiście. Tutaj ukryć się jest najłatwiej.

- Jak się piszesz? Kowalski! - Rechocze Waldek. - Tak się mówiło. Nikt ci swojego nazwiska nie zdradzał.

Razem pracowali. Razem mieszkali. Kryminaliści, dorobkiewicze, Bieszczadnicy. Tworzyli wybuchową mieszkankę. I do tego dochodził dynks.

- Nawet umarłego udawałem raz - wspomina Zygmunt. - Bo by mnie dobili! Wypłatę mi zaje...ali. Strzała z tyłu dostałem, na glebę padłem.

Zygmunt pokazuje, jak wygląda wypalony węgiel.
Źródło: WP.PL

Usłyszał tylko: sprawdź czy dycha. Widział gwiazdy, korony drzew, księżyc. Oni wzięli go za nogi i wrzucili w pokrzywy. Mordobicie nikogo wtedy nie dziwiło

- Cud, że ja jeszcze po tej ziemi chodzę - wzdycha i spogląda przez okno. Dym bucha z kominów. Resztka piwa ląduje w szklance.

Bo bywało też tak, że z wypałów nie wracali. Tak jak Jurek, którego zgubił dynks. Pijany był tak, że wpadł do pieca. Stamtąd ratunku już nie ma.

Koc i do pieca spać

Każdego gnało w Bieszczady co innego, ale gnało ich wielu. Spali dawniej i po sześciu w jednym baraku. Dla niektórych miejsca nie starczało. Ci musieli przetrwać w pustych piecach.

- Jeden tu wzdłuż, a drugi obok, trzeci tu się mógł wcisnąć… - Julek gestykuluje wewnątrz pokrytego czarną sadzą pieca. - Kocami się przykryli i tak spali. Nawet po pięciu.

Najgorzej było zimą. Wtedy, jak przychodziły mrozy, to nie takie jak teraz. Bywało po -30 stopni. Jak śniegu napadło, to po pas.

W takich barakach spali dawniej wypalacze.
Źródło: WP.PL

- I weź śpij w takim baraku… Piecyk w środku był malutki. Ktoś papierosa zapalił, to się nie dało wytrzymać. Okna nie otworzysz.

Julka odróżniało od kolegów z baraku jedno: on był z tych prawdziwych. Bieszczadnik od pokoleń, a nie taki, co go skądś przygnało. On się kłócił w knajpach z tymi, co w jego lasy zjechali z całego kraju.

- Ja palę lepiej, ty ch…a umisz! Ty jesteś z Polski, a ja Bieszczadnik! - śmieje się, gdy mijamy puste piece.

Bieszczadnikiem można było zostać. Pod warunkiem, że przeszło się chrzest. Dynksem oczywiście. Kandydatowi polewano pełen kieliszek denaturatu. Jeżeli wypił cały – tak jakby to była wódka - był swój.

Cywilizacja? Dwa miesiące mogę bez

Jednak wypał to nie tylko alkohol, pieniądze i mordobicia. To morderczo ciężka praca. Przewalić trzeba tony drewna, a kilogramy węgla wybrać z pieca. I wreszcie przetrwać w środku lasu.

- Nie przejdziesz rano po bochenek chleba - kręci głową Zygmunt. - Raz byłem w takim miejscu, że ponad dwadzieścia kilometrów do sklepu mieliśmy.

Wtedy trzeba sobie radzić, a liczyć można tylko na siebie. Zygmunt upycha więc do baraku stosy konserw. Kompoty, a nawet wina robi sam. Chleb suszy, żeby dłużej leżał. Barak ogrzewa upchanym w rogu piecem.

Źródło: WP.PL

- Ale chleb to kiedyś tygodniowy jadłem. I dobry był! - Stwierdza, po czym zamyśla się na chwilę. - Dwa miesiące cywilizacji mogę nie widzieć i przeżyję.
- Ludzi brakować nie będzie?
- Nie tęskni mi się za człowiekiem. Typ samotnika jestem. Ja pokochałem las, głuszę, spokój. Mam przyjaciół leśnych. Niedźwiadka, jelenia i wilka.

Jak musi do cywilizacji wrócić, to wsiada na skuter i jedzie do wsi. Rodzinę odwiedza od czasu do czasu. W tym roku był dwa razy, bo tylko wpatrzony w dym czuje się jak w domu. Radia słucha, więc wie, co się na świecie dzieje.

- To jest ostatnia ostoja… - wzdycha, bo jest ostatnim, który jeszcze w lesie mieszka. Reszta działa już sezonowo.

Żal w sercu pozostał

Do wsi Waldka jedziemy ciemną i wąską drogą. Mijamy znak: uwaga, ostoja niedźwiedzia. Zatrzymujemy się na wzniesieniu, skąd widać pordzewiałe piece. Zarastają chaszczami i giną w mroku przed stodołą.

- Jeden punkt tu był, drugi tam, niżej my tam palili też - opowiada, a jego głos niesie się echem po opustoszałej dolinie. - Po wypłacie się barana kupowało. Ty skrzynkę wódki, ja skrzynkę wódki, tańce i śpiewy. Niektórzy na akordeonie tak pięknie ciągli. Tato pobudował domy jednemu synowi, drugiemu, córce… - Zawiesza głos. - A dzisiaj nie ma nic z tego, nie ma nic.

Waldemar przed jednym ze swoich pieców. Niedługo pojedzie on na złom.
Źródło: WP.PL

W dole, między drzewami, przebłyskuje światło. Tli się w oknie jednego z baraków. - Tam stary wypalacz mieszka - Waldek zaciąga się papierosem.

Schodzimy, Waldek wali w drzwi, a ze środka uderza woń alkoholu. - Panie Andrzeju, wstajemy! - Nogą zgarnia walające się po podłodze puszki. Niedopita butelka wódki leży u wezgłowia. Tak niektórych dynks pokonał, gdy skończyła się robota.

Ale wszystkich wykończył tańszy węgiel ze wschodu. Teraz więcej płacą za drewno niż węgiel. Nikomu już nie opłaca się wypalać.

- Wczoraj byłem na złomie. Patrzę, a tam cztery beczki stoją. Tak człowiek myśli: tyle lat na tym palił, gdzie to się podziało… Jak ciężko było taką beczkę dostać – wzdycha.

Nawet do Julka na wypał nie dojeżdża już takie drewno, jak kiedyś. Do pieców ładuje odpadki z fabryki parkietu.

Węgiel drzewny wypala się w piecach, nazywanych retortami.
Źródło: WP.PL

Zygmunta zaś nawiedzają turyści. Zdarza się, że całe wycieczki. - Pan tu naprawdę mieszka? - pytają zdziwieni, gdy mijają barak. - Niedźwiedzia się pan nie boi?

- Nie spodziewałem się, że na stare lata będzie mnie cały świat oglądał. Na tym kawałku zadupia - rzuca na pożegnanie.

A świat ogląda, bo bieszczadzka tradycja w starciu z rynkiem jest bezsilna. Kwestią czasu pozostaje, gdy ostatni piec trafi na złom.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Polub WP Wiadomości
dunuq84

Podziel się opinią

Share

Więcej tematów