W rybnickim szpitalu zmarł 4-latek. Rodzice oskarżają lekarzy o zaniedbanie. "Tyle krwi, on wybuchł!"

Rodzice 4-latka, który zmarł w rybnickim szpitalu, oskarżają szpital oraz lekarzy o zaniedbanie i opieszałość podczas ratowania życia ich syna. - Pobiegłam jeszcze raz do okienka, wołam: Niech pani coś zrobi, bo nikt nie otwiera. W końcu otworzyli, tacy zaspani byli, tak się poprawiali - opisuje przyjazd na rybnicki SOR matka chłopca.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Dziecko skarżyło się na ból brzucha
Dziecko skarżyło się na ból brzucha (WP.PL, Fot: Łukasz Szełemej)
WP

Do tragedii doszło w sobotę nad ranem. 4-letni Seweryn zaczął skarżyć się na ból brzucha. Nie mógł się wypróżnić. Dziecko miało sine usta. - Ciężko oddychał. Brzuch miał twardy - powiedziała w rozmowie z portalem dziennikzachodni.pl matka chłopca.

Sieć szpitali. Wielka reforma zdrowia rządu PiS

WP

W tym czasie jej mąż pojechał po leki, ale wszystkie apteki były zamknięte. - Jeszcze do brata na chwilę pojechałem zapytać, co robić. On tam podzwonił, nic nie było. Pojechałem z powrotem do domu. I jak przyjechałem, od razu do szpitala pojechaliśmy, gdzieś o 3 godz. - mówi ojciec Seweryna.

Rodzice przez pewien czas bezskutecznie próbowali dostać się na SOR. - No i pukamy tam, dzwonimy, nic, nikt nie otwiera. Walimy do tych drzwi, nic. Pobiegłam jeszcze raz do okienka, wołam: Niech pani coś zrobi, bo nikt nie otwiera. W końcu otworzyli, tacy zaspani byli, tak się poprawiali. Pierwszy, nie wiem kto to był, czy lekarz, czy pielęgniarz, zaprosił nas do środka - powiedziała matka chłopca.

WP

Nie ufali temu szpitalowi

Dziecku zrobiono lewatywę i wzięto je na prześwietlenie. - Zdjęcie wyszło i lekarz zawołał nas z powrotem, zapytał, czy wiemy, w jakim stanie jest nasze dziecko. Powiedział, że jest w stanie krytycznym. Prawdopodobnie będzie musiał mieć operację, bo ma zatkane jelitko. Jakiś zator - mówią portalowi rodzice.

Dziecku zrobiono USG, po którym lekarz stwierdził, że prawdopodobnie wszystko będzie dobrze i operacja może nie być potrzebna. - Myśmy dziękowali Bogu, że może bez tej operacji się obejdzie. Jeszcze by tam coś złapał nie daj Boże. Siostrzenica sepsę tam złapała - mówi matka chłopca.

WP

Dziecko położono na oddziale chirurgii dziecięcej i podano mu środki kontrastowe. Dziecku zaczęła lecieć krew z nosa, ale pielęgniarka uznała to za normalne w tej sytuacji. Rodzice nie chcieli odejść od dziecka. - Dali mu maseczkę tlenową, niedobrze mu się zrobiło, zaczął wymiotować krwią, wszystko wypuszczać... Tyle krwi! On wybuchł! - powiedzieli rodzice.

Na miejsce przyjechała policja

- Starali się, żeby na poduszkę nie poleciało. Syn parsknął na pielęgniarkę krwią. Ona go puściła i poleciał na plecy. Druga pielęgniarka latała, nie wiedziała co robić, była w takim szoku - opisują sytuację. Matka krzyczała "Boże, dziecko mi umiera" i wzywała ordynatora.

WP

- Gdy poleciał na plecy, wtedy prawdopodobnie się zadławił. Waliłam go w te plecy, żeby go ocucić. Mówię: Synu wstań. On już nie żył - twierdzi matka. Pielęgniarka miała powiedzieć rodzicom chłopca, że ich dziecko żyje. - Na koniec jeszcze lekarz wyszedł inny i mówi, że za późno go przywieźliśmy. Jak za późno? Jak mieliście dopiero o 8 rano operację robić. To policjant mi mówi: Niech go pan nie słucha w ogóle - twierdzi ojciec Seweryna.

Rodzice zadzwonili po policję, by sprawdzić, czy jest trzeźwy. - Wydawało mi się, że jest „wczorajszy". Jak zobaczyłam, jak wolno się porusza, jak mówi. Czy on nie był pijany? Policja przyjechała. Miał 0.0 promila, ale sami poszli. Ktoś miał z nimi pójść, czy rzeczywiście ten wynik taki - twierdzą. Ich zdaniem dziecko powinno być operowane od razu.

Źródło: dziennikzachodni.pl

Polub WP Wiadomości
WP
WP