Śmierć Polaka w rosyjskim areszcie. "Powiedział: ja chyba umrę"
Obywatel Polski miał zostać zakatowany w rosyjskim areszcie w Taganrogu. "Gazeta Wyborcza" dotarła do współwięźnia, który pamięta dzień śmierci Polaka. - Krzysztof obudził się rano i powiedział: "ja chyba umrę". Czuł się bardzo źle - mówił.
Na początku grudnia działacze organizacji Memoriał poinformowali o Polaku, który miał zostać zakatowany w jednym z aresztów w Rosji. "Gazeta Wyborcza" dotarła do ukraińskiego oficera, który razem z Krzysztofem był więziony w Taganrogu.
Borys nie miał bezpośredniego kontaktu z Polakiem, ale ich cele były położone blisko siebie. Znał też więźniów, którzy rozmawiali z Krzysztofem. - Wiem, że początkowo siedział w celi z dwoma ukraińskimi żołnierzami. Potem ich zabrali i przez pewien czas pozostawał w celi sam - powiedział "Wyborczej".
- On po rosyjsku nie rozmawiał. Rozumiał niektóre frazy, ale rozmawiać nie potrafił. Siedziałem od niego około pięć cel dalej. Rosjanie znęcali się nad nim, wyzywali go: "Polak, lach, ku***". Ja to wszystko dobrze słyszałem - mówił Borys.
Rosjanie mieli bić Polaka przy porannych i wieczornych kontrolach, po nogach i w tył głowy. Według relacji ciągle wypytywali go, co robił na południu Ukrainy, gdzie został zatrzymany. - Odpowiadał, że przyjechał zobaczyć zabytki historyczne Ukrainy, trafił na rosyjski posterunek i tam go zatrzymali - powiedział Borys.
Powiedział: "ja chyba umrę"
Do śmiertelnego pobicia miało dojść w czerwcu 2023 r. Wtedy wszystkich przenosili do innych cel.
- Krzysztof i inni, z którymi siedział, mieli ze swojej nowej celi widok na wewnętrzne podwórze, gdzie spacerowali specnazowcy. W więzieniu Rosjanie chodzili w maskach, a tam zdejmowali je, żeby odpocząć. Specnazowcy zorientowali się, że więźniowie obserwują ich z celi, a wyglądanie przez okna więzienne było surowo zabronione. Wpadli tam i wszystkich bardzo mocno pobili. Słyszałem, jak niedługo później więźniowie z tej celi zaczęli wzywać lekarza. Krzyczeli, że do Polaka - mówił Borys.
- To był albo poniedziałek, albo wtorek. Usłyszałem z korytarza jakieś krzyki, przybiegli oficer dyżurny ochrony aresztu i medyk. Słyszałem, że kogoś wynoszą na korytarz, a potem zabierają. Potem wzywali na przesłuchanie chłopaków z tamtej celi - powiedział ukraiński oficer.
Borys rozmawiał też ze współwięźniem Polaka, który opowiedział mu, co się stało. - Krzysztof obudził się rano i powiedział: "ja chyba umrę". Czuł się bardzo źle. Kiedy zaczął jeść śniadanie, nagle wzdrygnął się i upadł. Współwięźniowie od razu wezwali ochronę. Kiedy go wynosili, już umierał - powiedział.
Jak podaje "Wyborcza", władze aresztu zmusiły współwięźniów Polaka, by podpisali oświadczenie, że mężczyzna nie był bity, a administracja nie stosowała wobec niego przemocy. Oficjalnie przyczyną śmierci miał być udar.
Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie otrzymało żadnych informacji o śmierci Polaka. Urzędnicy przypominają, że władze Federacji Rosyjskiej są zobowiązane do przekazania wiadomości m.in. o pozbawieniu wolności obywatela Polski. Służby sprawdzają listę obywateli, którzy zaginęli na terenie Ukrainy od początku wojny.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"