Rywalizacja o wodę w Azji Środkowej. Dostęp do rzek stanie się przyczyną przyszłych wojen?

Krwawe spory o dostęp do ropy naftowej, gazu czy metali szlachetnych, są dziś traktowane jako coś oczywistego. Tymczasem jest na świecie region, w którym zarzewiem potencjalnych wojen może być zasób, bez którego wszelkie inne bogactwa stają się bezużyteczne. To woda pitna, o którą ostrą rywalizację toczą poradzieckie republiki Azji Centralnej. W najbliższych latach te zmagania mogą się tylko nasilić, a już dziś w eter poszły pierwsze ostrzeżenia przed wybuchem wojny w regionie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Delta Amu-darii
Delta Amu-darii (NASA / Johnson Space Center, Fot: Science and Analysis Laboratory)

Azja Centralna jest czarną dziurą. Mało o niej wiemy, bo rzadko informacje z regionu przebijają się do mediów głównego nurtu. Nawet zajmujący się nią eksperci często żalą się, że echa tamtejszych wydarzeń sporadycznie docierają do ich uszu.

Władzę nad tym ogromnym, rzadko zaludnionym i odizolowanym od świata obszarem geograficznym od upadku ZSRR sprawują dyktatorzy oraz ich rodzinne klany. Z tego układu jak dotąd wyłamał się tylko Kirgistan, przez który zdążyły się przetoczyć już dwie rewolucje. Ale nawet one nie poprawiły sytuacji obywateli tego państwa.

Nowe zarzewie konfliktów

Azję Centralną czekają kolejne wstrząsy. W przeszłości dochodziło do nich z przyczyn polityczno-społecznych. O władzę i pieniądze ścierano się także w Tadżykistanie i Uzbekistanie. Powodu do kolejnego konfliktu może dostarczyć coś, co w Polsce traktujemy jako dobro, do którego dostęp jest oczywisty. Jednym z największych problemów Azji Centralnej jest woda. W sercu potencjalnego konfliktu znajdują się dwie rzeki - Amu-daria i Syr-daria. W sumie obydwie zawierają więcej niż 90 proc. zasobów słodkiej wody dostępnej w regionie.

Na początku lat czterdziestych XX w. władze sowieckie rozpoczęły konstrukcję gigantycznej sieci irygacyjnej mającej wspomóc rozwój plantacji bawełny w azjatyckich republikach związkowych. Za sprawą zmian ilość wody pobierana z rzek zwiększyła się dwukrotnie, tak jak zbiory z pól. Cenę zapłaciło środowisko naturalne.

Powierzchnia jeziora Aralskiego, jeszcze w 1960 r. czwartego pod tym względem na świecie, skurczyła się z 68,478 km2 do 13,5 tys. km2 (dane z 2009 r.). Na zmianach ucierpiały też centralnoazjatyckie republiki, których terytorium zaczęło ulegać pustynnieniu. Od 1991 r. wielkość plonów roślin uprawnych spadła o 30 proc. Blisko 70 proc. terytorium Turkmenistanu obecnie uważa się za pustynię, z kolei ok. połowa gruntów w Uzbekistanie uległa zasoleniu. W tej sytuacji kwestia dostępu do zasobów wodnych stała się jeszcze bardziej paląca. Bez niej regionowi grozi katastrofa humanitarna oraz ekonomiczna.

Źródła życiodajnych rzek leżą na terenie Tadżykistanu (Amu-daria) i Kirgistanu (Syr-daria). W dole biegu rzek leżą pozostałe republiki - Kazachstan, Turkmenistan i Uzbekistan. Zwłaszcza te dwie ostatnie są szczególnie wyczulone na kwestię dostępu do wody ze względu na znaczną rolę jaką odgrywa w ich gospodarkach uprawa bawełny. Tymczasem Tadżykistan i Kirgistan rozważają ograniczenie podaży surowca do sąsiadów.

Sporna zapora

W przeciwieństwie do sąsiadów, Tadżykistan i Kirgistan są pozbawione cennych surowców naturalnych, takich jak ropa naftowa czy gaz. W efekcie bez znaczących źródeł dochodów, republiki borykają się nie tylko z brakiem środków finansowych, ale także z niedoborem energii. Jeśli wziąć również pod uwagę fakt, że sąsiedzi od kilku lat zaczęli podnosić ceny dostarczanych węglowodorów, nie zaskakuje, że tadżyckie i kirgiskie elity zdecydowały się uczynić większy użytek z jedynego dostępnego im bogactwa naturalnego, czyli wody.

Wyrazem tych dążeń stały się plany zbudowania hydroelektrowni Kambarata przez Kirgistan oraz 335-metrowej zapory Rogun przez Tadżykistan (jej konstruowanie rozpoczęto jeszcze w 1976 r., po czym zawieszono do 2007 r.).

Na te pomysły jak dotąd najostrzej zareagował Uzbekistan, który twierdzi, że i tak obecnie zapotrzebowanie na wodę w republice jest realizowane zaledwie w 70-75 proc. Po zbudowaniu samej zapory Rogun zdaniem uzbeckich władz podaż wody latem, a więc w okresie, gdy jest intensywnie wykorzystywana w rolnictwie, spadnie o 18 proc., zaś zimą zwiększy się o 54 proc., co z kolei grozi powodziami. W sumie Uzbecy szacują straty dla swojej gospodarki na 20 mld dolarów. Dodatkowo, twierdzą, że hydroelektrownie zagrożą dalszemu istnieniu jeziora Aralskiego. Uzbekistan w sporze z Tadżykami i Kirgizami kieruje się również mniej chętnie eksponowanymi interesami. Role ulegną odwróceniu. Kirgistan i Tadżykistan do tej pory zależne od dostaw energii z Uzbekistanu, nagle uzyskają w tej kwestii znaczną niezależność oraz pozyskają skuteczne narzędzie wywierania presji politycznej na uzależnionych od dostaw wody sąsiadów.

Te powody zadecydowały o nerwowej reakcji uzbeckiego prezydenta Islama Karimowa. Ten w przeciwieństwie do Turkmenistanu, próbującego rozwiązać problem drogą dialogu, rozpoczął zimną wojnę. Objawiła się ona poprzez wstrzymanie dostaw gazu do Kirgistanu i Tadżykistanu, zawieszenie ruchu kolejowego (części do budowy elektrowni Rogun Tadżycy sprowadzają z Iranu), a wreszcie przybrała nawet formę grożenia wybuchem wojny.

Tadżycy na razie sobie z tych gróźb wiele nie robią. W przeciągu najbliższych miesięcy Bank Światowy opublikuje studium bezpieczeństwa budowy zapory Rogun. Nie wiadomo, jaki będzie werdykt, ale nawet gdyby okazał się niekorzystny, wątpliwe, aby powstrzymał Tadżyków przed zrealizowaniem strategicznej pod względem znaczenia dla ich państwa inwestycji.

Chiński apetyt na rzeki

To zaledwie pierwsza część historii sporów wokół wody w Azji Centralnej. Nierozwiązaną pozostaje również kwestia rzeki Irtysz, płynącej z Chin przez Kazachstan do Rosji. Odgrywa ona kluczową rolę w bezpieczeństwie kazachstańskiej republiki, gdzie pełni rolę źródła wody pitnej dla 4 mln osób (25 proc. populacji).

Z kolei inna sporna rzeka – Ili - odpowiada za ok. 75 proc. wszystkich wód wpadających do jeziora Bałchasz, odgrywającego znaczącą funkcję w gospodarce Kazachstanu. Dla Chińczyków Irtysz i Ili mają również znaczenie strategiczne. Przede wszystkim służą jako źródło surowca dla dynamicznie rozwijającego się przemysłu w północno-zachodniej części kraju. Pekin eksploatując rzeki nie zwraca uwagi na interesy swoich sąsiadów.

Dla przykładu w latach 1999-2005 Chińska Republika Ludowa pobierała 11,4 proc. wody z górnego strumienia rzeki Irtysz. W 2011 r. było to już ponad 30 proc., natomiast przewidywania kazachskich ekspertów mówią o 40 proc. do 2020 r. (według bardziej konserwatywnych szacunków Chiny pobierają obecnie 10 proc., zaś w przeciągu 6 lat będzie to ok. 20-25 proc.). Szacuje się, że w przeciągu 30 lat ilość wody w korycie Irtyszu spadła trzykrotnie. Mniej więcej podobnie ma się sytuacja z rzeką Ili.

Dla Kazachstanu to poważny problem, ponieważ chińskie działania grożą katastrofą. Nie chodzi tylko o wysychanie rzek czy jeziora Bałchasz, któremu grozi powtórzenie losu jeziora Aralskiego, ale także stopień zanieczyszczenia wód obydwu rzek. Już teraz ich zdatność do spożycia bywa kwestionowana. Obserwuje się również drastyczny spadek liczby ryb.

Kłopoty z powodu działań Pekinu mają także Rosjanie. Rzeka Irtysz zaspokaja blisko 90 proc. zapotrzebowania na wodę w obwodzie omskim. Tymczasem jej poziom spadł już na tyle, że tamtejsze władze są zmuszone przebudować infrastrukturę rzeczną. Zagrożone jest również dalsze funkcjonowanie rosyjskich hydroelektrowni, a wreszcie w przeciągu najbliższych dwóch dekach zasoby wodne rzek na południowej Syberii mogą spaść o 10-20 proc.

Od lat Kazachstan i Rosja próbują wpłynąć na Chiny w celu wypracowania wodnego kompromisu. Państwo Środka niewiele robi sobie z tych starań. Chiny nie są sygnatariuszem żadnej z "wodnych" konwencji ONZ regulujących podobne kwestie. Natomiast dotychczasowo zawarte dwustronne porozumienia z Kazachstanem ignorują bez żadnych konsekwencji.

Dlatego Astana próbuje wnieść sprawę pod obrady Szanghajskiej Organizacji Współpracy, której obydwa państwa są członkami. Szuka również wsparcia Rosji, ale macki Moskwy w Azji Centralnej są za krótkie.

Chińczycy uważają, iż Rosjanie w ogóle nie są stroną w wodnym sporze, a więc nie mają prawa głosu. Dlatego, w zasadzie poza notą protestacyjną z rosyjskiego MSZ-u, Kreml póki co ma w tej sprawie związane ręce. I w przeciwieństwie do Ukrainy, Moskwa kadyrowców, by bili się o wodę z Irtyszu raczej nie pośle.

Jarosław Marczuk dla Wirtualnej Polski

Tytuł, lead i śródtytułu pochodzą od redakcji

Polub WP Wiadomości