Podczas meczu z Niemcami, z którymi – tak jak w życiu – nie wygraliśmy nigdy (jeśli nie liczyć podrabianych Niemców z NRD i utopionych w podgrunwaldzkich bagnach Krzyżaków) wszystko nagle stało się tak bardzo biało-czerwone, jak nie było od pierwszomajowego pochodu w połowie lat 60. Wbrew wszelkim znakom na niebie i na boisku, wierzyliśmy (albo udawaliśmy, że wierzymy), śpiewaliśmy i czuliśmy się Polakami.
Tym razem porażka przyszła z iście ułańską fantazją – w ostatnich sekundach – dając wcześniej wielokrotnie (dla zmyły) do zrozumienia, że Opatrzność nad nami czuwa. „Uwierzyliśmy w tę szczególną ochronę Opatrzności” – powiedział komentator radiowy, kiedy sędzia odgwizdał koniec spotkania. Jakież to polskie – wielka nadzieja, stracone złudzenia, a wszystko z delikatną domieszką husarskich skrzydeł i mistycznych objawień. No niestety.
Artur Boruc wkurzał się następnego dnia na „nienormalną polską mentalność”, która każe nam się cieszyć z tego, że wprawdzie przegraliśmy, mimo iż walczyliśmy. A kurcze, z czego mamy się cieszyć, jeśli nie z tych pięknych złudzeń - przez moment, w jakimś zbiorowym zaślepieniu, branych za rzeczywistość? Jeśli nie z tego tragicznego uniesienia na chwilę przed rozharataniem przez brutalną prawdę o naszej rzeczywistej pozycji wobec przeciwnika? Jeśli nie z pięknej wiary w niemożliwy cud? No z czego?
Więc to nie jest tak, jak pomyśleliśmy sobie podczas meczu z Ekwadorem, że tylko zwycięstwa wyzwalają w nas miłość do ojczyzny. Tak może jest z Brazylijczykami i Argentyńczykami, którzy nie mają tak bogatej tradycji narodowych klęsk i upokorzeń. W nas porażka wyzwala najgłębsze poczucie solidarności, potrzebę bycia razem, wznoszenia w górę porwanej przez wiatry dziejów chorągwi. Możemy wygrywać, owszem, ale pod warunkiem, że chodzi już tylko o tzw. honor. Dzięki temu współczucie jest głębsze, litość bardziej lepka.
Kiedy przegrywamy, przepełnia nas współczucie, wsobna litość się z nas wylewa i zatapia wzajemne animozje. Wspólna nienawiść do sprawców porażki - w tym przypadku: dziwaka Janasa (zawsze przegrywamy przez dziwaków) i zdrajców Podolskiego i Klose (... zawsze przegrywamy przez zdrajców) tylko umacnia narodowe więzi. Wszyscy klienci baru, koło którego przechodziłem 14. czerwca z miłością patrzyli na kibica, który krzyczał, gdy tylko Podolski pojawił się na ekranie telewizora: „spalimy twoją wioskę, Folksdojczu".
W tej sytuacji słuszna wydaje się propozycja Romana Giertycha, który chce wyizolować historię Polski z historii świata. Patrząc z punktu widzenia świata przerżnęliśmy z Ekwadorem i Niemcami i okazaliśmy się jedną z najsłabszych drużyn. Z punktu widzenia naszej własnej, autystycznej historii strzeliliśmy dwie bramki na tym mundialu. Huraaaaaaa!
Krzysztof Cibor, Wirtualna Polska