Panika i groźby. Rosjanie testują grunt
Moskwa za każdym razem reaguje paniką i groźbami na nawet najbardziej mglistą sugestię, że Zachód mógłby w jakikolwiek sposób zbliżyć Ukrainę do technologii nuklearnych. Problem w tym, że sam te informacje tworzy i przeciw nim protestuje.
Służba Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej twierdzi, że Wielka Brytania i Francja rozważają przekazanie Ukrainie broni jądrowej lub tzw. brudnej bomby. Natychmiast Dmitrij Miedwiediew, znany już głównie tylko z agresywnych i propagandowych popisów, ogłosił, że wówczas Londyn i Paryż padną ofiarami "nieuchronnej odpowiedzi" i "silnych uderzeń prewencyjnych".
Nie jest to żadna nowość. Rosyjska propaganda wraca do tezy o "ukraińskiej bombie atomowej" regularnie od co najmniej dekady, a od 2022 r. zrobiła z niej niemal cykliczny motyw, reaktywowany zawsze wtedy, gdy Kreml potrzebuje straszyć eskalacją albo usprawiedliwiać własne działania.
Tak Rosjanie testują grunt
Pierwszy raz ten wątek pojawił się po 2014 r. wraz z aneksją Krymu. Rosyjskie media i politycy zaczęli sugerować, że Ukraina może "potajemnie dążyć do odbudowy potencjału nuklearnego", korzystając z infrastruktury cywilnej i zaplecza naukowego odziedziczonego po ZSRR. Były to pojedyncze wypowiedzi, które raczej miały testować grunt przed kolejnymi działaniami propagandowymi.
Druga, znacznie poważniejsza fala nastąpiła na przełomie 2021 i 2022 r., tuż przed inwazją. Wtedy rosyjska propaganda twierdziła że Kijów "może w krótkim czasie stworzyć broń jądrową" oraz że Zachód "przymyka na to oko". Kulminacją było wystąpienie Wołodymyra Zełenskiego w Monachium, w którym wspomniał o nieskuteczności Memorandum Budapeszteńskiego. Kreml natychmiast przeinterpretował to jako "zapowiedź atomowych ambicji", choć w rzeczywistości chodziło o gwarancje bezpieczeństwa - a nie broń jądrową.
Po 24 lutego 2022 r. ta narracja stała się elementem stałego repertuaru propagandowego. Za każdym razem, gdy Zachód podejmował decyzję o jakościowym skoku w pomocy wojskowej – HIMARS-y, Patrioty, czołgi, samoloty, rakiety dalekiego zasięgu – rosyjskie media i politycy wracali do sugestii, że "kolejnym krokiem będzie atom" i "my atomem odpowiemy".
Bomba atomowa dla Ukrainy
Po pierwsze, należy jasno powiedzieć, że nie istnieją żadne wiarygodne dowody na to, by Zachód kiedykolwiek rozważał przekazanie Ukrainie broni jądrowej lub technologii umożliwiającej jej szybkie skonstruowanie.
Ukraina pozostaje sygnatariuszem Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej jako państwo bezatomowe, a jej rezygnacja z arsenału nuklearnego w latach 90. była jednym z fundamentów powojennego ładu bezpieczeństwa w Europie. Ładu, który teraz Kreml rozbija.
Administracja Zełeńskiego odcina się od pomysłu odbudowy arsenału jądrowego. "Ukraina nie zamierza tworzyć broni nuklearnej i będzie przestrzegać postanowień Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej" – napisał na Telegramie w 2023 r. rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Georgij Tychyj, kiedy Kreml znów powiedział, że Kijów buduje własną bombę atomową.
Wówczas w rosyjskiej propagandzie zaczął się pojawiać wątek udziału Ukrainy w programie Nuclear Sharing. Co było jedną z ciekawszych bzdur, jakie Kreml kolportował. Mechanizm Nuclear Sharing funkcjonuje bowiem wyłącznie w ramach NATO i dotyczy państw członkowskich, na których terytorium rozmieszczona jest amerykańska broń jądrowa, formalnie pozostająca pod kontrolą USA. Ukraina nie jest członkiem Sojuszu i nie istnieje żadna ścieżka prawna ani polityczna, która pozwalałaby na objęcie jej takim rozwiązaniem bez całkowitego złamania obowiązujących zasad.
Co więcej, nawet w NATO Nuclear Sharing ma przede wszystkim charakter polityczny i odstraszający, a nie operacyjny w sensie przygotowań do realnego użycia broni jądrowej.
Propaganda w służbie Kremla
Dlaczego więc Kreml cały czas powtarza tę bajkę? Rosja od początku pełnoskalowej wojny wykorzystuje groźby użycia broni jądrowej jako jedno z narzędzi prowadzenia polityki zagranicznej i zastraszania Zachodu. Miedwiediew, który od lat pełni rolę pitbulla Putina, może mówić rzeczy, których nie wypowiada oficjalnie Kremlowi - testując reakcje, przesuwając kolejne czerwone linie, a jednocześnie zachowując możliwość wycofania się z najbardziej radykalnych tez traktując je jako "prywatne opinie".
Grożenie atakiem nuklearnym na zachodnią Europę ma jeszcze zniechęcić do prowadzenia dalszego wsparcia wojskowego dla Ukrainy. Każda debata o przekazywaniu nowoczesnych systemów uzbrojenia, szkoleniu ukraińskich pilotów czy rozszerzaniu współpracy wywiadowczej, jest przez Moskwę traktowana, jako powód do użycia broni jądrowej. Stąd też sugerowanie, że Ukraina chce posiadać własną bombę atomową. Jest to po prostu element gry propagandowej, który ma usprawiedliwiść straszenie atomem. Na zasadzie – jeśli Kijów straszy, to i my możemy. To nic, że Kijów nie straszy, ani nie chce posiadać atomu. Ważniejszy jest sam przekaz.
Kiedy Kreml wraca z narracją o broni?
Faktycznie obecna fala nuklearnej propagandy ze strony Moskwy mówi więcej o jej słabościach. Zwykle zbiega się to z niepowodzeniami na froncie, lub rosnącymi problemami w kraju. Największa akcja propagandowa miała miejsce w czerwcu-sierpniu 2023 r., kiedy ukraińskie oddziały specjalne rozpoczęły rajdy na obwód biełgorodzki i kurski.
Teraz zbiegły się z odbiciem Kupiańska przez Ukraińców, rozpoczęciem kontrataku na Zaporożu oraz poważnymi problemami ekonomicznymi w Rosji. Jest to zadziwiająca zbieżność - zwłaszcza, że nie ma żadnych podstaw, by uznać możliwość przekazania broni jądrowej dla Ukrainy za realny scenariusz. A już na pewno nie w formie, jaką sugeruje rosyjska propaganda.
Sławek Zagórski dla Wirtualnej Polski