Trwa ładowanie...

Osiem miesięcy szli do Syrii. Anna Alboth: wzywamy uchodźców do Europy

Podążali drogą uchodźców, ale w odwrotnym kierunku. Organizatorka marszu, Anna Alboth, w rozmowie z WP opowiada o przebytej trasie, syryjskich uchodźcach i polskiej polityce wobec nich. - W czym Jarosław Kaczyński jest lepszy od Aliego z Aleppo? - pyta Alboth.
Share
Marsz dla Aleppo w Libanie.
Marsz dla Aleppo w Libanie.Źródło: Facebook.com, Fot: Janusz Ratecki
d3e0ik8

Anna Alboth, organizatorka marszu, jest Polką mieszkającą w Niemczech. Marsz miał zwrócić uwagę świata na krwawą wojnę w Syrii i cywili, którzy na niej giną. Rozpoczął się w grudniu w Berlinie, a zakończył w sierpniu na syryjskiej granicy.

*Piotr Barejka, Wirtualna Polska: Maszerowaliście od grudnia. Przez pół Europy i kawałek Azji. Co było najtrudniejsze? *

Anna Alboth: Ekstremalne warunki, pod każdym względem. Przez całą dobę, siedem dni w tygodniu, szliśmy w grupie obcych sobie ludzi. Czasem były to osoby, z którymi nie łączyło nas nic, poza marzeniem o pokoju w Syrii. Pojawiały się konflikty pomiędzy uczestnikami. Fizycznie też nie było łatwo. Przechodziliśmy nawet 40 kilometrów dziennie. Czasem przy -16 stopniach, czasem +40. Poza tym niepewność, bo nigdy nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy spać. Ten marsz codziennie był skazany na porażkę. Dla mnie to cud, że cały czas szliśmy.

Marsz dla Aleppo w Czechach. Facebook.com
Marsz dla Aleppo w Czechach.Źródło: Facebook.com

Marsz dla Aleppo w Czechach. (Facebook.com, Fot: Janusz Ratecki)

d3e0ik8

Ludzie dołączali do marszu na różnych odcinkach. Łącznie prawie cztery tysiące osób. Ile maszerowało od samego początku?

Pięć osób. Myślałam, że marsz będzie taką sztafetą - ktoś idzie tydzień, ktoś trzy dni. Ale pięć osób oddało osiem miesięcy swojego życia temu przedsięwzięciu. Wiele innych szło przez miesiąc lub dwa.

Zaczęliście w Berlinie. Jak przebiegała droga przez Europę?

Na początku, w Niemczech, było nas dużo. Czuliśmy moc. W Czechach bywało ciężko, ludzie na ulicach pokazywali swoje antyuchodźcze podejście. Ale tam czuliśmy misję, szczególnie na spotkaniach w szkołach, z dzieciakami. W Austrii Syryjczycy mocno wsparli marsz, to było dla nas ważne. W Bośni, a szczególnie w Sarajewie, spotkaliśmy ludzi, którzy dobrze wiedzą, co oznacza oblężenie miasta. Ich reakcje były poruszające. Na greckich wyspach, Lesbos, Chios i Samos, dołączyli do nas uchodźcy z przepełnionych obozów. Te chwile były trudne i piękne.

Anna Alboth, organizatorka marszu. Facebook.com
Anna Alboth, organizatorka marszu.Źródło: Facebook.com, Fot: Civil March for Aleppo

Anna Alboth, organizatorka marszu. (Facebook.com, Fot: Janusz Ratecki)

d3e0ik8

*Potem, w sierpniu, przypłynęliście do Libanu. Kraju, który przyjął ponad milion syryjskich uchodźców. *

Najczęściej spotykaliśmy takich, którzy nigdy nie mieli do czynienia z Europejczykami, dla których los uchodźców nie jest obojętny. Syryjczycy są tam na każdym kroku, w każdym sklepie. To był najbardziej intensywny czas. Poznaliśmy też wielu dobrze usytuowanych Syryjczyków, którzy dopiero z nami pierwszy raz odwiedzili obóz dla uchodźców.

Marsz z Berlina do Aleppo. Rodzina podróżników chce zmienić świat

Z perspektywy czasu, co uznajesz w marszu za najbardziej wartościowe?

Spotkania. Po pierwsze te między nami, maszerującymi. Widzieć rozmowę 16-letniej dziewczyny z 70-letnią babcią, z dwóch różnych krajów, które maszerują dla wspólnej sprawy, to było coś pięknego. Po drugie, te między nami i Syryjczykami. Szło ich kilkuset, z różnych grup społecznych i stron politycznych. To był czas, gdy mogliśmy dowiedzieć się, co dla nich oznacza solidarność czy pokój, jakie widzą szanse na przyszłość, w czym moglibyśmy ich wesprzeć. I po trzecie, te między nami i ludźmi na trasie. Przeszliśmy dwanaście krajów. Duże miasta i maleńkie wioski, gdzie nikt cudzoziemców nie spotyka. Szliśmy z flagami i ulotkami, i próbowaliśmy prowokować do myślenia. Spaliśmy w szkołach, kościołach, meczetach i rozmawialiśmy.

Marsz w Bośni. Facebook.com
Marsz w Bośni.Źródło: Facebook.com, Fot: Civil March for Aleppo

Marsz w Bośni. (Facebook.com, Fot: Janusz Ratecki)

d3e0ik8

Jaką refleksję sprowokował marsz u ciebie?

O tym, jak łatwo rodzą się konflikty. Szliśmy w grupie podobnych do siebie ludzi. Podzielaliśmy te same wartości. Byliśmy w większości z europejskich krajów. Głównie młodzi, po studiach, tolerancyjni. Nawet w takiej jednolitej grupie o konflikt było szalenie łatwo. Mnóstwo osób odeszło z powodów personalnych. A przecież wszyscy szliśmy dla Syrii.

Kiedy rozmawiałam o tym z Syryjczykami, którzy od lat próbowali budować syryjską opozycję, smutno się uśmiechali i mówili: "A widzisz, jakie to trudne? Spróbuj dorzucić do tego mordy, gwałty, zawirowania religijne i głód". Myślę, że na pokojowym marszu najwięcej dowiedziałam się o konflikcie.

Osiem miesięcy marszu, kolejne kilometry pokonywaliście niemal codziennie. Co was motywowało, by cały czas iść?

Na przykład spotkanie na wyspie Lesbos z Syryjczykiem, który w grudniu, będąc w Aleppo, ryzykował życiem, żeby wyjść przed dom, złapać zasięg i rozesłać informacje o naszym marszu. Wiedział, że to może dodać ludziom siły. Albo spotkanie z Mohamedem, przy samej granicy syryjskiej, który powiedział wprost: "Żeby przetrwać trzeba jeść, opatrywać rany i opiekować się rodziną. A żeby to robić trzeba mieć nadzieję i czuć, że nie jest się samym na tym świecie. Dla mnie świadomość tego, że grupa takich wariatów, jak wy, robi coś takiego dla nas, dodaje mi skrzydeł".

Bejrut, Liban. Facebook.com
Bejrut, Liban.Źródło: Facebook.com, Fot: Civil March for Aleppo

Uczestnicy marszu w Bejrucie, Liban. (Facebook.com, fot. Civil March for Aleppo)

d3e0ik8

Aleppo nie jest już tym miastem, którym było jeszcze w grudniu. Gdzie postanowiliście zakończyć marsz?

Długo zastanawialiśmy się, czy marsz do Aleppo, żeby wbić flagę w puste budynki, ma sens. Robiliśmy ten marsz dla ludzi, więc chcieliśmy dostać się do nich. W tej chwili, nawet gdybyśmy dostali wizę do Syrii, nikt nie pozwoliłby nam wejść do obozów z przesiedleńcami. Więc naszym celem było dojść możliwie jak najbliżej i zakończyć marsz wśród ludzi, dla których szliśmy.

Ostatnią noc spędziliśmy na granicy, z rodziną z Aleppo. Ojciec tej rodziny przewodniczy ogromnej społeczności, która walczy o pokojowe rozwiązania w oparciu o edukację dzieci. W centrum Malaak, gdzie jedliśmy nasz ostatni lunch, codziennie schodzi się trzysta dzieci z okolicznych, nielegalnych osad Syryjczyków. Rodzice nie chcą, żeby ich dzieci kiedykolwiek musiały walczyć. Po żadnej ze stron.

Grecja, wyspa Lesbos. Facebook.com
Grecja, wyspa Lesbos.Źródło: Facebook.com, Fot: Janusz Ratecki

Marsz na greckiej wyspie Lesbos. (Facebook.com, Fot: Janusz Ratecki)

d3e0ik8

*Jarosław Kaczyński o przyjmowaniu przez Polskę uchodźców mówił tak: "Nie ma żadnego powodu, żebyśmy radykalnie obniżyli standard jakości życia Polaków. My nie wzywaliśmy ich do Europy." *

Oczywiście, że wzywamy uchodźców do Europy. Naszym stylem życia sprawiamy, że innym żyje się gorzej. Dla mnie zaproszenie syryjskiego uchodźcy do mojego mieszkania w Berlinie, gdzie mieszkał z moją rodziną przez prawie dwa lata, nie wynika z poczucia europejskiej winy, ale ze zwykłego ludzkiego odruchu - ktoś ma gorzej, ja mam lepiej, więc pomagam. Nie obchodzi mnie, czy to przeze mnie ma gorzej, czy przez mojego sąsiada. Skoro ma spać na ulicy, a ja mam wolny kawałek podłogi u siebie w domu, to mu ją oddaję. W Polsce, i w Europie, żyje nam się bardzo dobrze. Dlaczego moim dzieciom ma być tak dobrze, a dziecku urodzonemu w Aleppo tak źle? W czym one są lepsze? W czym Jarosław Kaczyński jest lepszy od Aliego z Aleppo, że jego standard jakości życia powinien być lepszy?

*Zdaniem obecnej władzy uchodźcom powinno pomagać się na miejscu, a nie przyjmować ich do siebie. *

Wszyscy Syryjczycy, których spotkaliśmy po drodze, marzą o powrocie do swojego kraju, jeśli tylko będzie bezpiecznie i godnie. To trochę jakby mówić strażakowi, żeby zamiast reanimować poszkodowanego gdzieś na trawie, podawał mu herbatę w płonącym budynku. Jeśli polska władza jest w stanie sprawić, że w Syrii będzie pokój – wspaniale!

Marsz w Libanie. Facebook.com
Marsz w Libanie.Źródło: Facebook.com, Fot: Janusz Ratecki

Marsz w Libanie (Facebook.com, Fot: Janusz Ratecki)

d3e0ik8

Majowy sondaż CBOS wskazał, że 70 procent Polaków jest przeciwna przyjmowaniu uchodźców. Skąd u nas ta niechęć?

Strach wynika z niewiedzy i braku doświadczenia. Polska jest zamknięta, i to coraz bardziej, na inność. To sprawia, że wiedzy o innych kulturach, religiach czy narodowościach będzie coraz mniej, a przez to strach i uprzedzenia będą jeszcze większe. Mieszkam w Berlinie, w którym od dekad jest wielu uchodźców. Każdy z nas ma dentystę, ginekologa czy kwiaciarkę najróżniejszego pochodzenia. Berlińczycy dowiedzieli się o inności więcej, doświadczyli trudności i jej pięknych stron. I się nie boją. Polska bardzo się boi o swoją tożsamość.

W zeszłym roku poleciałam do Iranu, spotkać się z dwiema staruszkami. Polkami, które w 1942 roku były uchodźczyniami w Teheranie. Przypłynęły łodziami do plaży, po tragicznych przejściach, do kraju o kompletnie innej kulturze i religii. Nikt się ich nie bał.

Jakie to uczucie - stanąć na granicy z Syrią po ośmiu miesiącach marszu?

Przedziwne. Przejść cały ten łańcuch w drugą stronę, zbudować swoimi nogami most. Z każdym kolejnym krajem budziliśmy większy szacunek. To co innego przejść z Berlina do Pragi, a co innego z Niemiec do Libanu. Ta informacja była kluczem do początku rozmowy, wytrychem, wstrząsem. Potem przychodzi refleksja - co przeciętny Europejczyk może realnie zrobić? I po refleksji każdy może sobie sam wybrać.

Uczestnicy marszu na syryjskiej granicy. Facebook.com
Uczestnicy marszu na syryjskiej granicy.Źródło: Facebook.com, Fot: Civil March for Aleppo

Uczestnicy marszu na syryjskiej granicy (Facebook.com, fot. Civil March for Aleppo)

d3e0ik8

Podziel się opinią

Share
d3e0ik8
d3e0ik8
Więcej tematów