Nieprzezwyciężona choroba amerykanizmu [OPINIA]
Dominik Tarczyński może - na tym etapie - spać spokojnie, bo PiS się od niego zdecydowanie nie odetnie. Powodem nie jest jednak przesadna siła polityka, a jedynie fakt, że interesy partyjne tej partii są związane z Ameryką Donalda Trumpa - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski.
"Nie wiem", "nie czytałem", "zarobiony jestem" - to najczęstsze odpowiedzi polityków PiS pytanych o wpisy Dominika Tarczyńskiego. Eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości podzielił się na platformie X skandalicznymi z perspektywy moralnej wpisami pochwalającymi brutalne zabójstwo przez agentów ICE Alexa Prettiego. Od razu spadła na niego fala zrozumiałej krytyki i oburzenia. I tylko jego własna partia unika, jak ognia, publicznego (bo prywatnie politycy nie szczędzą Tarczyńskiemu ostrych słów) odcięcia się od tych wypowiedzi.
Wyjątkiem jest Janusz Cieszyński, który jednoznacznie - w rozmowie z Wirtualną Polską - odciął się od takiej retoryki. "Nie do obrony. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takich wpisów" - powiedział. Inni są tak pochłonięci feriami zimowymi, że nie znaleźli czasu na lekturę mediów i jak sami podkreślają, nie wiedzą o czym mowa.
Wstrzemięźliwość w komentowaniu akurat tych słów niewiele ma jednak wspólnego z samym Tarczyńskim, a wynika raczej z (moim zdaniem błędnego) rozumienia interesu Prawa i Sprawiedliwości. Partia ta zdecydowała się na odgrywanie w Polsce roli przedstawiciela USA, a w zasadzie Donalda Trumpa i ruchu MAGA. Politycy PiS unikają jakiejkolwiek publicznej (w prywatnych rozmowach często niuansują swoje oceny) krytyki polityki prezydenta USA, a jeśli tylko mogą wychwalają go pod niebiosa.
Czytaj również: Ego Trumpa potrzebuje poniżenia innych [OPINIA]
Skąd taka postawa? Powodów jest kilka. Po pierwsze Donald Trump wprost i jednoznacznie wspiera w wielu krajach partie podobne do PiS. Po drugie dla wyborców prawicy w Polsce pozostaje on dowodem na to, że ta formacja może skutecznie przejmować władzę i budować politykę zmieniającą fundamenty myślenia. Po trzecie wreszcie, pewna grupa wyborców naprawdę utożsamia się z amerykańską polityką wewnętrzna. Jest przekonana, że do imigrantów trzeba podchodzić tak, jak robi to ICE i Trump, i że "lewacy" - by posłużyć się lekko sparafrazowany cytatem z Dominika Tarczyńskiego - tak długo igrali z prawicą, że aż "powinni się doigrać".
Czytaj również: MAGA myśli tak jak Tucker Carlson. Polska miłość do tego ruchu to czysta głupota [OPINIA]
I to z ich powodów - nawet ci politycy PiS (a jest ich całkiem sporo), którym takie myślenie jest obce, wolą milczeć niż wystawiać się na strzał z jednej strony własnego elektoratu, a z drugiej na ataki konkurentów z bardziej radykalnej prawicy (wewnątrz PiS i na zewnątrz).
Tyle polityka partyjna, ale są też powody głębsze. Geopolityczne DNA PiS, a także jego partyjna propaganda oparte są z jednej strony na głębokiej anty-rosyjskości (wspólnej obu głównym stronom sceny politycznej), a z drugiej na anty-niemieckości.
Ten drugi element - tak mocno eksponowany przez Jarosława Kaczyńskiego - sprawia, że jego partia jest także sceptyczna wobec poszerzenia kompetencji Unii Europejskiej, która jest przedstawiana (nieadekwatnie, bo sprawa jest bardziej skomplikowana) jako wyłączna ekspozytura interesów Niemiec. W takim myśleniu jedynym realnym sojusznikiem pozostaje USA, w której pokładane są wszystkie plany, strategie bezpieczeństwa, marzenia. A jest to obecnie tym prostsze, że USA rządzone jest przez polityka, który chętnie chwali PiS i Nawrockiego.
Ten model myślenia - i to jest akurat element, z którym trudno polemizować - wzmacnia jeszcze fakt, że na tym etapie Polska nie ma - w kwestii własnego bezpieczeństwa - realnego wyboru między wsparciem Europy a USA. Głównym i wciąż jedynym elementem gwarantującym bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO, a przede wszystkim Polski, pozostają USA.
Donald Trump daje zaś polskiej prawicy sporo sygnałów (inną sprawą jest to, ile są one warte), że to się nie zmieni. W takiej sytuacji trzeba - zdaniem polityków PiS - zrobić wszystko, by nie zrazić do siebie Trumpa.
Można oczywiście zżymać się na PiS, że nie widzi on, że ten, którego uważa za gwaranta bezpieczeństwa wcale nim nie jest. Można podkreślać, że zamiast trwać niezłomnie przy Trumpie, warto zacząć szukać odmiennych sojuszy i budować nowe relacje. Trudno jednak nie dostrzegać, że - zarówno z perspektyw partyjnej jak i geopolitycznej - jest pewna racjonalność w takiej postawie.
A co z tym wszystkim ma wspólnego Dominik Tarczyński i jego wpisy? I tu także nie ma większych wątpliwości. Angielskie wpisy eurodeputowanego nie były skierowane do polskich odbiorców, a do amerykańskiej prawicy. Polityk ten jest silny ich wsparciem (a przynajmniej jego wrażeniem), jest w pewnym sensie "agentem ruchu MAGA w Polsce" i tak jest tu przez pewne osoby postrzegany. W mojej ocenie za ostra jego krytyka, odcinanie się od niego, mogłoby więc zostać odczytane w USA jako odcięcie się od ruchu MAGA i od Donalda Trumpa, a na to PiS nie chce sobie obecnie pozwolić.
Inna rzecz, że brak reakcji i udawanie, że nikt niczego nie czytał, jednoznacznie pokazuje, że politycy PiS też zachwyceni tą wypowiedzią nie są i chętnie powiedzieliby kilka dosadnych słów o koledze, ale zwyczajnie nie mogą. W mojej ocenie milczenie to nie brzmi jak entuzjazm, a raczej jak potępienie.
I z tego - jeśli jest politykiem racjonalnym - wnioski powinien wyciągnąć sam Tarczyński. Jego strategia obsługiwania emocji ruchu MAGA na dłuższą metę może się okazać nieskuteczna względem polskiego elektoratu. I na to pewnie liczą (po cichu) politycy PiS.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz P. Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski jest doktorem filozofii religii, pisarzem, publicystą RMF FM i RMF 24. Ostatnio opublikował "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", a wcześniej m.in. "Czy konserwatyzm ma przyszłość?", "Koniec Kościoła, jaki znacie" i "Jasna Góra. Biografia".