Ego Trumpa potrzebuje poniżenia innych [OPINIA]
Donald Trump i jego ludzie robią wszystko, by rozmyć różnicę między cywilizacją zachodnią a rozmaitymi zbrodniczymi dyktaturami. Poniżanie Nicolasa Maduro jest zaś tego smutnym, symbolicznym potwierdzeniem - pisze dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Żyjemy w kulturze obrazu, a prezydent USA ma tego pełną świadomość. Dlatego od kilku dni jesteśmy bombardowani kolejnymi fotkami i materiałami z udziałem uprowadzonego przez USA byłego już dyktatora Wenezueli Nicolása Maduro. Donald Trump (a także media) pokazują wenezuelskiego polityka w skarpetkach, prowadzonego przez amerykańskich specjalsów. W sytuacjach, które mają go ewidentnie poniżyć.
Szykują się do wielkiego spektaklu, w którym będzie go można obsadzić w roli pokonanego. Wszystko to ma zaś zbudować atmosferę igrzysk, które zajmą Amerykanów i odwrócą ich oczy od problemów wewnętrznych. Odwróci też uwagę świata od zmiany geopolitycznej i moralnej, jaka się na naszych oczach dokonuje. Zmiany, której nie powinny przykrywać obrazy poniżanego wenezuelskiego polityka.
Czytaj również: Antychrześcijański prezydent. Biskupi protestują przeciwko polityce i retoryce Trumpa [OPINIA]
Bez podstaw, bez moralności
Zaskakujące? Niestety nie. Taki akurat jest amerykański model działania, że przeciwników geopolitycznych przedstawia się w sposób ich poniżający. Tak było z Saddamem Husainem i Osamą bin Ladenem. I również wtedy można było mieć wątpliwości, czy rzeczywiście pokazywanie niektórych zdjęć, wrzucanie szczegółowych opisów zachowania adwersarzy USA, było akceptowalne.
Różnica była tylko taka (można powiedzieć, że dyskretna, ale z perspektywy moralnej i symbolicznej jednak zasadnicza), że wtedy w przypadku bin Ladena był realny prawny powód do przeprowadzenia zamachu na niego. Czyli dla bin Ladena zadbano, by stworzyć choćby pozory legalności międzynarodowej takiego działania. Poniżające obrazy miały zaś być tylko swoistą "kropką nad i".
Czytaj również: Sytuacja Polski jest coraz gorsza [OPINIA]
W przypadku Maduro jest inaczej. Tu Donald Trump i jego otoczenie nawet nie zatroszczyli się o zbudowanie spójnej narracji - o wskazanie powodów i przyczyn, dla których zdecydowali się na rażące pogwałcenia Karty Narodów Zjednoczonych i zasad prawa międzynarodowego. Zrobili, co chcieli, bo mogli i nawet nie spróbowali tego uzasadnić prawnie czy moralnie. Argument i logika siły zastąpiły tu logikę prawa i moralności (nawet naginanych).
I to jednak jest zasadnicza różnica w porównaniu z działaniami ich amerykańskich poprzedników, bo tamci nawet jeśli byli hipokrytami, starali się przynajmniej złożyć hołd cnocie, próbowali udawać wierność zasadom. Trump tego nie robi, on po prostu pokazuje, że ma siłę, by coś zrobić, więc to robi.
Poniżanie innego samca alfa
Odmienne jest też - z tej perspektywy - traktowanie poniżenia przeciwników. Zdjęcia Husseina czy bin Ladena publikowane już po ich śmierci były próbą "dziejowej sprawiedliwości", a w przypadku Maduro są jedynie elementem budowania niechęci, nienawiści i pogardy dla sądzonego w USA polityka z Wenezueli (już pomijając fakt, że zarzuty wobec niego formułowane są moim zdaniem pozorne, bo nikt nie sądzi go za łamanie praw człowieka, a za wyssane z brudnego palca administracji Trumpa pozorne przestępstwa wobec USA).
Zdjęcia Maduro w moim przekonaniu nie są "kropką nad i", ale elementem podkreślania własnej siły i własnego "machizmo".
Wrzucając w media społecznościowe zdjęcia Maduro w dresach i skarpetkach Trump chce pokazać, kto jest naprawdę "mężczyzną" w tym "sporze", i kto postawił na swoim. I to jest istotny cel tego działania. Narcyz napawa się poniżeniem innego, a korzyści medialne i polityczne są jedynie pochodną tej emocji.
Donald Trump chce w ten sposób zamanifestować, że jest jedynym na świecie samcem alfa godnym tego miana i jedynym modelem, w jakim jest w stanie to zamanifestować, jest właśnie język pogardy i ośmieszenia wobec adwersarzy. Wiele to mówi o poziomie moralnym przywódcy USA.
Logika zemsty w miejsce logiki prawa
Obrazy poniżanego Maduro, który jest paskudnym typem i dyktatorem, nie powinny jednak przesłaniać głębszego sensu tego, co się wydarzyło. Donald Trump w imię pokazania własnej sprawczości i realizacji własnej "woli mocy" doprowadził do geopolitycznej rewolucji, bo w istocie zastąpił logikę prawa międzynarodowego logiką siły i zemsty. Naga siła i skuteczność zastąpiły wartości i prawa w myśleniu i działaniu przywódcy globalnego mocarstwa, które do niedawno uchodziło za gwaranta stabilności. Donald Trump sprawił, że amerykańska polityka przestała się, co do zasad, różnić od polityki Rosji.
Skąd tak surowa ocena? Otóż warto przypomnieć, jak rodziło się prawo międzynarodowe - prawa narodów, na których oparte było także odzyskanie naszej niepodległości. Kiedy konkwistadorzy próbowali usprawiedliwiać zdobycie i zniszczenie państwa Inków, powoływali się na składanie ofiar z ludzi jako powód, dla którego państwo Inków w tamtym kształcie istnieć nie mogło. I właśnie wtedy kilku dominikanów jasno wyłożyło fundamentalną dla późniejszego prawa międzynarodowego zasadę, wedle której nawet niemoralność przywódców suwerennego państwa nie odbiera państwu suwerenności. A to oznacza, że inne państwa nie mogą dysponować ich suwerennością w sposób dowolny.
I dokładnie z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku Wenezueli. Nicolas Maduro jest przywódcą, który łamał prawa człowieka, sfałszował wybory i z pewnością nie służył stabilności swojego kraju, ale to wcale nie oznacza, że można go porwać i wywieźć. Tym bardziej nie istnieją powody prawne, by potem grozić wiceprezydentce Wenezueli, że jeśli nie zgodzi się na stworzenie w Wenezueli kolonializmu 2.0, spółki naftowej "Trumpzuela" - to czeka ten kraj los jeszcze gorszy niż los Maduro. To naruszenie absolutnie fundamentalnych zasad moralnych i prawnych.
Logika rewolucji
I warto mieć świadomość, że wartości, w imię których Trump działa, niewiele mają wspólnego z wartościami konserwatywnymi czy chrześcijańskimi (choć to do nich retorycznie odwołuje się ruch MAGA).
Chrześcijaństwo opiera się na świadomości znaczenia prawa i godności każdej osoby ludzkiej. Konserwatyzm - na zasadach wierności prawu i świadomości, że rewolucja, przemoc, niszczenie resztek struktur stabilności są niebezpieczne dla świata i ludzi. Jeśli ktoś logikę (niedoskonałą i nie zawsze skuteczną) prawa międzynarodowego zastępuje logiką własnej woli, to rozpoczyna się w istocie potężną rewolucję, której skutków ani on, ani jego współpracownicy nie są w stanie przewidzieć - ani kontrolować.
Koszty zaś tego, co się wydarzyło poniosą Wenezuelczycy i poniesie je świat - oraz Stany Zjednoczone, bo i one utraciły już swoje miejsce w przestrzeni międzynarodowej. Ich znaczenie było zawsze oparte nie tylko na niewątpliwej sile, ale także na odwołaniu do wartości. Teraz, gdy została już tylko siła, trudno będzie traktować USA jako moralnie i politycznie odmienne od Chin czy Rosji. I niestety, choć władza w USA się zmieni, to nie ma już powrotu do tego, co było.
Nie da się już traktować USA jako gwaranta czegokolwiek. W tej chwili Trump uczynił z niego rozsadnik destrukcji i rewolucji, której nikt nie jest w stanie kontrolować. I jeśli jakieś pytanie chodzi po głowie, to jedynie o to, które państwo będzie następne?
Wypowiedzi prezydenta USA i jego współpracowników wskazują na to, że następne państwa i następne tereny są na celowniku Trumpa. W takiej sytuacji możemy się spodziewać, że i inni przywódcy imperialni zaczną swoje działania. I oni także będą pokazywać poniżonych przywódców krajów, których uważają za przeszkadzających im w realizacji własnej polityki.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz Terlikowski
Tomasz P. Terlikowski jest doktorem filozofii religii, pisarzem, publicystą RMF FM i RMF 24. Ostatnio opublikował "Wygasanie. Zmierzch mojego Kościoła", a wcześniej m.in. "Czy konserwatyzm ma przyszłość?", "Koniec Kościoła, jaki znacie" i "Jasna Góra. Biografia".