Na wyspie "gospodina Epsteina". Tak gigantycznej afery o podłożu obyczajowym świat jeszcze nie widział [OPINIA]
Owszem, w "dokumentach Epsteina" nie ma żadnych twardych dowodów na to, że mieliśmy przez lata do czynienia z wielką operacją wywiadowczą, mającą na celu zbieranie kompromatów na polityków i biznesowych magnatów. Prawdą jest jednak również to, że jesteśmy dorosłymi ludźmi i nie urodziliśmy się wczoraj. Zwłaszcza że urodziliśmy się jako Polacy i w mig odszyfrowujemy znane nam od lat metody.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Dmitrij Bystrolotow był jednym z najsłynniejszych "nielegałów" w historii ZSSR. Głęboko zakonspirowanym agentem wywiadu. Inteligentnym, przystojnym, czarującym, utalentowanym językowo.
W latach 20. pracował jako "dyplomata" w sowieckiej misji handlowej w Pradze, stolicy ówczesnej Czechosłowacji. Jak pisze w znakomitej książce "The Illegals" brytyjski autor Shaun Walker, pierwsza misja, jaką wyznaczyli Bystrolotowowi jego mocodawcy z Wydziału Zagranicznego NKWD, była z gatunku "szpiegostwa przemysłowego". Otóż miał on wykraść… recepturę pasty do butów produkowanej przez słynną firmę Tomaša Baty.
Receptura pasty do butów. Owszem, m.in. tym zajmował się 100 lat temu sowiecki wywiad. Z czasem cele stawały się coraz ambitniejsze, a metody bardziej brutalne. Szczególnie w najgorętszych momentach zimnej wojny. Werbując swoich współpracowników, KGB (później zaś SWR) kierowały się słynną zasadą określaną angielskim skrótowcem M.I.C.E i definiującą powody zdrady. "Money, Ideology, Compromise, Ego".
Materiały z prywatnej wyspy Jeffreya Epsteina
W dzisiejszym świecie, gdzie najnowsze technologie pozwalają na śledzenie każdego naszego ruchu, każdego SMS-a, każdej rozmowy telefonicznej, każdej transakcji bankowej, a przede wszystkim każdego "niezbyt etycznego" zachowania, spośród wspomnianych czterech motywów, najistotniejszy stał się ten trzeci. Litera "C".
"Miodowa pułapka"
Chciwość i wybujałe ego straciły na znaczeniu. Od czasu do czasu można jeszcze mówić o przyczynach ideologicznych jak choćby w głośnych przypadkach Edwarda Snowdena czy Chelsea Manning. Jednak najcenniejszym skarbem dla każdego wywiadu - jakby to cynicznie nie zabrzmiało - jest dziś kompromat. Mail, obnażający nieczyste intencje nadawcy. Wiadomość na Whatsappie, dowodząca korupcji. A najlepiej nagrany ukrytą kamerą film, na którym znany polityk gwałci nastolatkę.
Na pierwszy rzut oka, gdy wczytać się nawet w drobną część ujawnionych właśnie kolejnych "dokumentów Epsteina", wiele wskazuje na to, iż przez lata mieliśmy do czynienia właśnie ze "szpiegostwem seksualnym". Ale za to na przemysłową skalę. Trzymając się anglosaskiej nomenklatury, jedna, ogromna "honey trap". 30-hektarowa "Miodowa pułapka", na należącej do Jeffreya Epsteina wyspie Little Saint James, nieopodal wybrzeży Puerto Rico.
Jedno jest nieomal pewne: nigdy nie byliśmy świadkami tak gigantycznej afery o podłożu obyczajowym, o tak globalnym zasięgu, w której zamieszanych byłoby tylu polityków, biznesmenów i celebrytów z pierwszych stron gazet. Skandalu, którego szczegóły przyprawiają - mówiąc najdelikatniej - o mdłości. To historia mafijno-gangsterska, w której jednak głównych ról nie odgrywają Vito Corleone, Tony Soprano czy "Chłopcy z ferajny", lecz Donald Trump, Elon Musk, Steve Bannon, Bill Clinton, Bill Gates, książę Andrzej Mountbatten-Windsor oraz co najmniej kilku urzędników obecnej, republikańskiej administracji.
Pozostaje zagadką, dlaczego, mimo trwającego wiele miesięcy uporu, Departament Sprawiedliwości zdecydował się w końcu na odtajnienie tak ogromnej liczby materiałów bez wyczernienia fragmentów kompromitujących samego prezydenta. Ukazały się nawet wątpliwej jakości analizy i komentarze insynuujące, iż to kolejne uderzenie tzw. deep state ("głębokiego państwa" i to niekoniecznie amerykańskiego), które za wszelką cenę chce doprowadzić do usunięcia Trumpa z urzędu.
Parada kłamców
Należy oczywiście pamiętać o wszelkich zastrzeżeniach. W 3 milionach upublicznionych plików nazwisko przywódcy USA pojawia się ok. 1000 razy, lecz nie ma w nich bezpośrednich dowodów na to, iż brał aktywnie udział w zbrodniczym procederze. Większość wzmianek to cytaty anonimowych informatorów, którzy postanowili podzielić się swoją wiedzą z FBI. Na ile ich zarzuty są wiarygodne (m.in. dotyczących domniemanych gwałtów), może ocenić jedynie sąd. Gwoli sprawiedliwości: w "dokumentach Epsteina" jest też zeznanie świadka oskarżającego Trumpa o grożenie śmiercią jednej z uczestniczek orgii oraz "całej jej rodzinie". Co najważniejsze, zeznanie złożone pod przysięgą.
Piątkowa publikacja obnażyła też zwykłe łgarstwa wielu postaci dotyczące ich powiązań z Epsteinem. Elon Musk, założyciel koncernu SpaceX i właściciel platformy X, zarzekał się do niedawna, iż kategorycznie odrzucał zaproszenia do odwiedzenia osławionej wyspy. Lecz z dostępnej wymiany korespondencji wynika, że biznesmen wręcz gorliwie dopytywał organizatora orgii, kiedy w jego karaibskiej posiadłości odbędzie się "najdziksza impreza".
Na kłamstwie został też przyłapany Howard Lutnick, sekretarz handlu w gabinecie Trumpa. W zeszłym roku, w wywiadzie dla "The New York Post", Lutnick tak opowiadał o swoich relacjach ze stręczycielem: "Kiedyś byliśmy sąsiadami w Nowym Jorku. Pewnego dnia, w 2005 roku, odwiedziłem go, razem z moją żoną, w jego apartamencie. Pokazał nam specjalistyczne łóżko, na którym, jak się przechwalał, codziennie był raczony masażem. Jak dodał, >>odpowiednim masażem<<. Uznaliśmy wówczas, że nie chcemy mieć styczności z tą odrażającą osobą. Już nigdy się z nim spotkałem, nawet nie przebywałem z nim w tym samym pomieszczeniu".
Okazało się, że siedem lat później, w 2012 roku, Lutnick prowadził przyjacielską wymianę maili z Epsteinem, zapowiadając wizytę na wyspie i proponując wspólną kolację. Wraz z małżonką i czwórką dzieci.
Sam Trump zaś - trzymając się odwiecznej reguły "Zawsze zaprzeczaj, nigdy nie przyznawaj się do błędu, nigdy nie przepraszaj" - odniósł się do nowych rewelacji w swoim stylu: "Nie widziałem [tych dokumentów], ale ludzie mówią mi, że potwierdzają one moją niewinność, a więc dokładnie coś innego, niż oczekiwała [amerykańska] radykalna lewica". Mówiąc krótko: prezydent postawił na przekaz, który ma dotrzeć do najtwardszego elektoratu MAGA, traktującego najbardziej nawet niedorzeczne stwierdzenia Trumpa niczym prawdę objawioną.
Kompromitujące treści dotyczą też zagranicznych dygnitarzy. Miroslav Lajčák, od lat jedna z kluczowych figur w słowackiej polityce, podał się do dymisji z funkcji dorady ds. bezpieczeństwa narodowego premiera Roberta Ficy, gdy na jaw wyszły jego pikantne konwersacje z Epsteinem.
"Te dwie dziewczyny pływają właśnie w basenie. Możesz mieć obie" - obiecuje Epstein.
"Och, to niesprawiedliwe!" - uśmiecha się w odpowiedzi Lajčák.
"Ale obie mają mniej niż trzydzieści lat. Chyba trochę za młode dla Ciebie" - żartuje Epstein.
"Nie bądź taki złośliwy. Nie widziałeś mnie jeszcze w akcji" - chełpi się polityk.
Przypomijmy: Lajčák był w przeszłości dwukrotnie ministrem spraw zagranicznych Słowacji, wicepremierem, przewodniczył Zgromadzeniu Ogólnemu ONZ, piastował również funkcję Wysokiego Przedstawiciela ONZ i Unii Europejskiej ds. Bośni i Hercegowiny. Trudno uwierzyć, że nawet Lajčák, człowiek ze świecznika europejskiej polityki, wszedł w te sidła tak ochoczo i bezmyślnie.
Pytanie, kto te sidła zastawił. Na Lajčáka, Trumpa, Muska, księcia Yorku i wielu innych.
Zadziwiająco spokojny Rosjanin
Wróćmy do naszego pierwotnego wątku. Znów musimy wprowadzić całą litanię zastrzeżeń i wątpliwości: nikt nikogo nie złapał za rękę, nie ma jednoznacznych "kwitów" na Epsteina jako współpracownika wywiadu Federacji Rosyjskiej (czy też, jak suponują niektórzy, izraelskiego Mosadu). Nie ma stuprocentowej pewności, że zdjęcia i filmy rejestrujące pedofilskie ekscesy polityków i biznesowych magnatów są w posiadaniu Służby Wnieszniej Razwiedki, a tym bardziej, iż są wykorzystywane do ich szantażowania. Jednakże całe tło skandalu oraz modus operandi pierwszoplanowych aktorów wskazuje, iż w tym wypadku określenie "miodowa pułapka" nie musi wcale być wyrazem naiwnej wiary w teorie spiskowe.
Wprowadźmy do tej opowieści nowego protagonistę Roberta Maxwella, słynnego niegdyś brytyjskiego potentata medialnego, którego Ministerstwo Spraw Zagranicznych Zjednoczonego Królestwa podejrzewało o współpracę zarówno z sowieckim KGB, jak i Mosadem (przedsiębiorca był z pochodzenia Żydem). W 1991 roku Maxwell zginął w tajemniczych okolicznościach: utonął, wypadając za burtę swojego jachtu "Lady Ghislaine", nazwanego tak na cześć córki.
Tak, mowa o tej samej Ghislaine Maxwell, najbliższej współpracowniczce Epsteina, odbywającej dziś karę 20 lat więzienia m.in. za handel ludźmi. Podkreślmy: związki jej ojca z KGB w latach 80. mogą w tym wypadku być zupełnie nieistotne. Równie prawdziwe jest jednak stwierdzenie, że mogą wzbudzić pewną refleksję...
Kolejny "zupełnie nieistotny" epizod. Epstein prowadził intensywną korespondencję z wiceministrem gospodarki Rosji Siergiejem Bieljakowem (ponoć spotkał się z nim także osobiście pięć razy). Według dziennikarzy śledczych z londyńskiego Dossier Centre ufundowanego przez Michaiła Chodorkowskiego, panowie rozmawiali m.in. o organizacji odbywającego się co roku w Petersburgu Międzynarodowego Forum Ekonomicznego (imprezy niezwykle prestiżowej z punktu widzenia Kremla, zawsze z udziałem Władimira Putina). Epstein pomagał swojemu interlokutorowi w zapraszaniu ważnych gości z USA. Beljakow zaś ułatwiał Epsteinowi kontakty z moskiewskimi "agencjami modelek", które miały dostarczać rozrywek uczestnikom "najdzikszych imprez" na Little Saint James.
Moglibyśmy założyć, że "doradztwo" ministra było całkowicie bezinteresowne, wspomniane modelki nie miały absolutnie żadnych związków z rosyjskimi służbami, a sam Bieljakow zapewne błagał je, żeby przypadkiem niczego nie nagrywały, nie notowały, nie donosiły i nikogo potem nie szantażowały. Niemniej zważywszy, że Bieljakow był absolwentem Akademii FSB (rocznik 1998) oraz - w tamtym czasie - najpewniej aktywnym funkcjonariuszem tej instytucji (jak twierdzą autorzy raportu Dossier Centre), mogło być dokładnie odwrotnie.
Mało tego, kiedy Epstein wysłał do Bieljakowa maila, niepokojąc się, że jedna z "modelek" (wymieniona z nazwiska jako Guzel Ganiewa) zaczęła w istocie szantażować "wpływowych biznesmenów z Nowego Jorku", odpowiedź Rosjanina była zaskakująco enigmatyczna. Minister sugerował, że nie należy się niczym przejmować, że Ganiewa nie wypełnia niczyich poleceń, nie ma żadnego "mentora", który popychałby ją do takich czy innych działań, i że najprostszym rozwiązaniem byłby zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych (co, rzecz jasna, w najmniejszej mierze nie ograniczałoby jej możliwości szantażowania "wpływowych biznesmenów z Nowego Jorku").
O Ganiewej wiadomo niewiele. Dużo bardziej znaną postacią jest Maria Drokowa-Bucher, także utrzymująca kontakt z Epsteinem, była rzeczniczka prasowa putinowskiej młodzieżówki "Naszi". Wierna "żołnierka" reżimu, na tyle sprawna - i zapewne odpowiednio "wspomagana" - że w 2017 r. (dwa lata przed śmiercią Epsteina w więziennej celi) założyła firmę venture capital w… Kalifornii. W wieku zaledwie 27 lat. Jej startup (Day One Ventures) szybko się rozrósł, a ona sama stała się bohaterką kilku entuzjastycznych artykułów w amerykańskiej prasie.
W dokumentach Epsteina Day One Ventures jest opisana jako firma przykrywka, której głównym zadaniem jest kradzież technologii, wymyślanych i wdrażanych w Dolinie Krzemowej.
Powtórzmy: nie musi to nic oznaczać. Drokowa nie musi być "nielegałem", pracującym dla SWR tak jak swego czasu Dmitrij Bytrolotow starający się zdobyć recepturę pasty do butów Tomaša Baty. A jej wplątanie w "sprawę Epsteina" może być zupełnie przypadkowe.
Owszem. Jest jednak także prawdą, iż wszyscy jesteśmy dorosłymi ludźmi i nie urodziliśmy się wczoraj. W dodatku urodziliśmy się jako Polacy. I w sposób naturalny wiemy chyba nieco więcej o historii zimnej wojny, o dziejach NKWD, KGB, SWR i sowiecko-rosyjskich metodach wywiadowczych niż większość Amerykanów, szczególnie tych młodszych, którzy zachodzą dzisiaj w głowę: "Mój Boże, jak to wszystko możliwe?".
Marek Magierowski
Marek Magierowski - Analityk Wirtualnej Polski ds. geopolityki, dyrektor programu "Strategia dla Polski" w Instytucie Wolności, ambasador RP w Izraelu (2018-21) i Stanach Zjednoczonych (2021-24), były wiceminister spraw zagranicznych.