Jelenia Góra. Miastowi chcą przepędzić ze wsi ostatniego rolnika. Śmierdzą im jego krowy
Jelenia Góra. Miastowi chcą przepędzić ze wsi ostatniego rolnika. Śmierdzą im jego krowy (WP.PL, Fot: Maciej Stanik)

Miastowi chcą przepędzić ze wsi ostatniego rolnika. Bo jego krowy śmierdzą

- Naskarżył na mnie sąsiad. Jak przepędzałem krowy przez ulicę, to wjechał autem w gówno. Krzyczał, że przeze mnie ma brud w garażu. Tak miastowi wykańczają rolników. Z 60 dostawców mleka zostałem tylko ja - mówi były sołtys wsi pod Jelenią Górą.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

70-letni pan Bogdan śmieje się, że jest jak ostatni Mohikanin. W jego wsi krowy trzyma już tylko trzech rolników. 30 lat temu było ich 80. W rolniczej gminie Jeżów Sudecki pozostało siedmiu producentów mleka. On, jako jedyny w swojej wsi, cokolwiek jeszcze sprzedaje. Do tego doprowadziły konflikty z mieszkańcami Jeleniej Góry. Przeprowadzają się na wieś. Stawiają swoje "dworkowate domki" z widokiem na pola i góry. Tylko się wprowadzą, zaczynają jątrzyć, że wszystko jest nie tak.

Lokalna radna potwierdza, że na "ostatniego rolnika we wsi" ma najwięcej skarg. Ostatnia seria za to, że jeździ traktorem w sobotę i niedzielę. Wcześniej pisano, że swoje 100 hektarów nawiózł obornikiem i rozlewał gnojowicę. Sąsiedzi skarżą się telefonicznie i pisemnie. "Krowy śmierdzą i robią placki. Do tych kup lecą muchy, przez co okna nie można otworzyć." "Po co on jeździ po polu ciągnikiem? Samo rośnie". "Rozsypane wapno kurzy się na nowiuśkie okna".

- Może niech pan nie pisze, o jaką wieś chodzi. To roszczeniowi ludzie i może być jeszcze gorzej - zastrzega.

Gmina Jeżów Sudecki, to tutaj przeprowadzają się mieszkańcy Jeleniej Góry
Źródło: WP.PL

Nowa grupa trzymająca władzę we wsi

W czym problem? Tylko przy głównej ulicy stanęło około 40 eleganckich willi. Część mieszkańców nie życzy sobie rolnika pracującego po drugiej stronie szosy. Przybyło ich tylu, że zagłosowali za swoim własnym "miejskim sołtysem". Wprowadzili swojego radnego do gminy. Żądają wyasfaltowania dróg, postawienia latarni, przy okazji knują, jak zohydzić działalność garstce rolników. W efekcie jeden z nich zamknął hodowlę świń. Kilku gospodarzy oddało pola w dzierżawę dużej firmie rolniczej. Tylko ten uparty Bogdan nie chce ustąpić.

- Niestety, muszą poczekać, aż umrę. Gospodarzę od 1972 roku. Nie dam się przegonić. Właśnie, że będą krowy i będzie obornik. Dla mnie pachną - mówi stanowczo pan Bogdan. Wystawia twarz do słońca i zaciąga się swojskim powietrzem. Pokazuje też nowy traktor Ursus. Kupił go jako prezent na starość. Nie chodzi o to, aby uprzykrzać życie ludziom. Nie chce, aby wieś zamieniła się w obrazek z reklam czekolady i jogurtu. - Idzie jeden z drugim do marketu i myślą, że mleko i masło bierze się półki. Kombajn wyjedzie na pole, już policja jedzie na sygnale, że dzieci nie mogą spać. Ja nie chcę konfliktu, chcę żyć i pracować, jak robiłem przez całe życie - deklaruje.

Dodajmy, że pan Bogdan twardo obstaje przy swoim. W zeszłe lato spadł z drabiny i połamał miednicę. Jak ruszyły żniwa, początkowo dyrygował pracami za pomocą telefonu komórkowego. W szpitalu długo nie zagrzał miejsca. Kazał się zawieźć na pole. Znajomi podsadzili i jakoś przeszedł z wózka do ciągnika. Osobiście dokończył zbieranie słomy.

Leszek Grala, szef Dolnośląskiej Izby Rolniczej, który rozpoczął akcję obrony rolników przed hejtem miastowych
Źródło: WP.PL

Z nożem zaatakował kombajnistę

Jeżów Sudecki to zaledwie wycinek miejsko-wiejskiego konfliktu. To wręcz norma wokół rozrastających się miast - alarmuje Dolnośląska Izba Rolnicza. Tereny wiejskie stają się sypialniami dla miastowych, którzy budują domy na taniej ziemi. Potem narzekają, że na wsi nie mają świętego spokoju. Przykład? W Oławie policja ukarała rolnika 500-złotowym mandatem za zakłócanie ciszy nocnej. Zbierał zboże pod oknami domów osiedla, które kilka lat wcześniej powstało za miedzą.

Dostał 500 zł mandatu za żniwa pod oknami. Rolnicy bronią się przed hejtem miastowych

- Coraz więcej rolników zgłaszało się do naszego mecenasa z prośbą o pomoc przed karami za zakłócanie spokoju. Przeraził mnie przypadek niedawnej napaści na rolnika. Uzbrojony w nóż kierowca auta osobowego zaatakował go, wściekły za to, że kombajn jedzie na pole i powoduje korek - mówi Leszek Grala, prezes Dolnośląskiej Izby Rolniczej. Stąd akcja edukacyjna pod hasłem "STOP - wieś terenem pracy rolnika". Autentyczni rolnicy opowiadają w serii filmów, że nawożenie obornikiem, wieczorne żniwa, muczące krowy to nie ich fanaberie, tylko normalność na wsi. Grala podkreśla, że akcja nie jest przeciwko miastowym. Jej celem jest edukacja jak to określa "w gruncie rzeczy wykształconych ludzi".

Wieś teren pracy rolnika - akcja z takim hasłem ma edukować miastowych i bronić rolników przed skargami za zakłócanie porządku
Źródło: WP.PL

Filmy, ulotki i plakaty zaczynają przynosić skutek. Niektóre komendy, które chciały przesłuchiwać i karać rolników wycofały wezwania. Gorzej z ludźmi. Podczas trwających już żniw na Gralę naskoczył sąsiad, że kurzy się spod kombajnu, a rozdrobniona słoma może powodować alergię. "Źle pan robi! Trzeba pole polać wodą" - radził, a wręcz żądał.

Grala gospodaruje na prawie 3 tys. hektarów w okolicach Lubania. Ze względu na skargi i nowe przepisy w sprawie zapachów zlikwidował oborę na 200 sztuk bydła. Zostawił sobie 5 krów, żeby mieć własne mleko. Tylko wypuścił je na łąkę - już awantura. Sąsiadom z domków lecą muchy do okien. Jednak najbardziej zasmuca go historia z sąsiedniej wsi. Dwójka rolników kupiła niedawno oborę. Mieszkańcy oprotestowali planowaną przez nich hodowlę trzody. - To może byki - zaproponowali rolnicy. - Nie, one też śmierdzą - zawyrokowała społeczność. Wójt nie dał się przekonać do interwencji. Stwierdził, że idą wybory, a dla niego dwa głosy rolników liczą się mniej, niż 50 potencjalnie niezadowolonych mieszkańców.

Leszek Grala: Miastowi chcą tylko ładnych widoków, denerwuje ich praca rolników
Źródło: WP.PL

Miastowi, czyli słoma z butów

- Rolnicy z Austrii doradzili nam, że trzeba stawiać na edukację miastowych. U nich ktoś, kto kupuje dom na wsi, przechodzi szkolenie na temat produkcji rolniczej. Wtedy jest mniej pretensji np. w sprawie wieczornych prac polowych - opowiada dalej Grala. Tymczasem, pryska się tylko w nocy z ważnego powodu. To pora, kiedy pszczoły wróciły już do ula. Dlaczego pracujemy w weekendy? Jak na kwiaty rzepaku wejdzie chrząszcz słodziszek (wypija sok z pąków kwiatowych) raptem jest dzień czy dwa, żeby zrobić oprysk. Dlatego, czy to piątek czy niedziela, trzeba wskoczyć na traktor i ratować plon.

Leszek Grala narzeka, że świadomość miastowych jest mizerna. Myślą, że na polu zboże samo rośnie, więc po czorta kręci się tam rolnik. Jeździ maszynami, świeci reflektorami po oknach, spać nie daje. Do tego dochodzi zawiść, że rolnicy dostają dopłaty z Unii. Jak w obejściu pojawi się kombajn za milion zł, to już mówią "o, jaki bogacz".

Tylko jedną grupę Grala definiuje jako przypadek beznadziejny. - Słoma jeszcze z nogawki wystaje, gówno jeszcze nie odkleiło się od podeszwy. Tacy są najgorsi. Dzieci byłych rolników, dziś wielkomiejscy państwo, najzacieklej protestujący przeciwko rolniczej działalności - portretuje przeciwnika Grala.

- Jesteśmy problemem dla miastowych - mówi Mirosław Kaszkur, prezes Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Starej Kamienicy
Źródło: WP.PL

Rzepak dusi, kury gdaczą. Co tu się wyrabia!

Mirosław Kaszkur, prezes Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Starej Kamienicy (woj. dolnośląskie) zarządza uprawami na 1000 hektarów. Wylicza, że spotkał się ze skargami w sprawie piejących kogutów, muczenia krów, a także smrodów z gnojowicy. Najbardziej kuriozalne zgłoszenie do władz gminy dotyczyło zbyt dużych upraw rzepaku. Kwitnąca roślina wydzielała rzekomo duszący, niepozwalający oddychać, zapach. Nie chce się przyznać, ale we wsi mówią, że wkurzył się i ten rzepak zaorał.

Zobacz także: Gryglas w programie "Tłit": gdyby nie Jaki, nie byłoby porozumienia Polski z Izraelem

Kaszkur wskakuje do Jeepa i pokazuje okolicę. - Tu rolnik miał świniarnię. Zamknął. Tutaj pole leży odłogiem, zarasta brzozami, aż serce boli, że się marnuje - opowiada. - Za Niemca wszędzie była tu wysoka kultura rolnicza. Żaden skrawek ziemi się nie marnował. A teraz? Czego, nie zrobić, protest - skarży się. Ma jednak rozwiązanie.

- Gdyby w sklepach była możliwość sprzedaży produktów lokalnych, to mieszkańcy miast zaczęliby jakoś kojarzyć jaja, sery, mięso z ich lokalnymi wytwórcami. Było by mniej egoizmu w ludziach. Tymczasem nasze Jaja Izerskie sprzedaję wszędzie, tylko nie w naszych lokalnych sklepach. To są sieciowe markety, które nie chcą moich produktów - mówi Mirosław Kaszkur.

Zdjęcia: Maciej Stanik

Polub WP Wiadomości