Trwa ładowanie...
dm0ah9v
Fakt

Marcin P. odbywał areszt w ośrodku wczasowym

Jak kończą w Polsce oszuści, którzy sprzeniewierzyli pieniądze swoich klientów? Zamiast do zamkniętej na kłódkę celi państwo wysyła ich na wczasy nad morzem. Bo jak inaczej nazwać pobyt w ośrodku wczasowo-szkoleniowym – 15 minut od piaszczystej plaży nad Bałtykiem – do którego po decyzji sądu trafił późniejszy właściciel Amber Gold Marcin P. (28 l.)!
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Marcin P.
Marcin P. (newspix.pl)
dm0ah9v

„Twarz Marcina P. nieruchomieje na krótką chwilę: – Nie chcę o tym mówić. Areszt to straszne miejsce, zostaje w człowieku na bardzo długo. Są rzeczy, których nie da się tak łatwo usunąć z głowy. Szczególnie niektóre dźwięki". W ten sposób „Gazeta Wyborcza” opisywała – tuż przed wybuchem afery Amber Gold – reakcję Marcina P. na wspomnienie aresztu. Ale to traumatyczne przeżycie trzeba włożyć między bajki. Ustaliliśmy, jak to było naprawdę.

Z trzech miesięcy aresztu, jaki orzekł sąd, Marcin P. tylko niecałe trzy tygodnie spędził w celi aresztu w Słupsku. Resztę czasu – między 7 kwietnia a 14 czerwca 2009 roku – spędził nad morzem. Pracował w Ośrodku Doskonalenia Kadr Służby Więziennej „Posejdon” w Ustce. To nic innego jak ośrodek wczasowy, 15 minut od plaży nad Bałtykiem. Ośrodek nie jest może super eleganckim hotelem, ale domem wczasowym o przyzwoitym standardzie, wybudowanym jeszcze za czasów PRL. Ośrodek leży zaledwie 18 kilometrów od aresztu w Słupsku, Marcin P. nie był do Ustki dowożony z celi. Mieszkał w „Posejdonie” na stałe, w warunkach nieporównywalnie lepszych niż te w areszcie. Nawet nie był pod kluczem! Jak to możliwe? – Miał kategorię R2, co oznacza, że nie miał wzmożonego dozoru – przyznaje w rozmowie z Faktem Barbara Prus ze służby więziennej.

Co robił tam oszust? Dbał o rozrywkę funkcjonariuszy więziennych. Był pomocnikiem KO-owca, czyli pracownika kulturalno-oświatowego. – Wywiązywał się ze swoich obowiązków dobrze, z aresztu miał dobrą opinię. Nie sprawiał problemów – mówi Barbara Prus. Za swoją pracę dostał nawet wynagrodzenie. Skromne, bo skromne – wyszło tego 572 zł i 89 gr. Jednak już w następnym roku, gdy firma Amber Gold działała w najlepsze, Marcin P. wypłacił sobie na umowę zlecenie aż 4,2 mln zł.

dm0ah9v

W łzawej rozmowie z dziennikarzami „Wyborczej” opowiadał, jak to po wyjściu z traumy aresztu pojednał się z Bogiem i zaczął chodzić do kościoła ojców dominikanów w Gdańsku. Na ich kościół św. Mikołaja, gdzie się pojawiał na niedzielnych mszach o 21.00, wyłożył milion złotych – za to, że „oszustwo rozeszło się po kościach”, jak sam przyznał. Rzeczywiście, miał powody, by być wdzięcznym. Być może nie tylko Opatrzności, bo dziś bardzo poważnie brany jest pod uwagę korupcyjny wątek całej działalności oszusta.

Za sprawę Multikas, jednej ze swoich poprzednich firm, w związku z którą dostał trzy miesiące aresztu, Marcin P. dostał tylko wyrok w zawieszeniu. „Kant” polegał na tym, że Multikasy, w których klienci opłacali rachunki za prąd czy telefon, nie przekazywały tych pieniędzy na konta elektrowni czy firm telekomunikacyjnych. Decyzja sądu w Malborku była jednak zaskakująca – że to nie było oszustwo, a interes, który młodemu człowiekowi (Marcin P. miał wtedy 20 lat) po prostu się nie powiódł. Nie zwrócił poszkodowanym pieniędzy, ale za sprawą zadziwiającej nieudolności kuratorów, informacja o tym nie trafiła do sądu i wyrok nie został odwieszony. Oszust nie trafił nigdy do więzienia. Czy tych cudownych dla niego przypadków nie jest zbyt wiele?

Polecamy wydanie internetowe Fakt.pl:
Oto nowy apartament szefa Amber Gold

dm0ah9v

Podziel się opinią

Share

dm0ah9v

dm0ah9v
Więcej tematów