Trwa ładowanie...
d44hn5r

Gorąca arena. Czy Bliski Wschód jest skazany na krwawe wojny?

Sytuacja na Bliskim Wschodzie nie napawa optymizmem - nie takich efektów oczekiwano po niedawnej Arabskiej Wiośnie. Niepokoje, chaos i walki w Jemenie, Iraku, Iranie, Libii, Egipcie, Tunezji, Libanie, czy w końcu w Syrii, w której trwa wojna, sprawiają, że światowym mocarstwom kończą się pomysły na rozwiązanie licznych kryzysów. Jak pisze Tomasz Otłowski w "Polsce Zbrojnej", w obecnej sytuacji, nie można wykluczyć, że najgorsze dopiero przed nami, a konflikt w Syrii nie tylko nie będzie ostatnim na Bliskim Wschodzie, ale być może nie będzie nawet najkrwawszy.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Obóz uchodźców syryjskich Za’atri na terenie Jordanii
Obóz uchodźców syryjskich Za’atri na terenie Jordanii (Polska Zbrojna, Fot: UN / Mark Garten)
d44hn5r

Bliski Wschód i Afryka Północna (zwane regionem MENA, od Middle East & North Africa - Bliski Wschód i Północna Afryka) pogrążają się w coraz większym chaosie, choć akurat w wypadku tej części świata wydawałoby się, że już gorzej niż dotychczas być nie może. A jednak - wszystko wskazuje na to, że sytuacja w tym regionie ewoluuje w niekorzystnym kierunku, a światowe mocarstwa nie tylko nie bardzo wiedzą, co z tym problemem zrobić, ale wręcz same są w pewnym stopniu przyczyną zachodzących tu negatywnych procesów i wydarzeń.

Najbardziej zauważalnym elementem sytuacji na obszarze MENA jest seria konfliktów wewnętrznych, które od pewnego czasu targają kilkoma z państw regionu. Choć w większości noszą znamiona wojen domowych, nie wszędzie są jednak tak określane. Tymczasem między tym, co się dzieje w Syrii, a tym, z czym mamy do czynienia w Iraku i Jemenie, istnieje wyłącznie różnica skali wydarzeń, nie zaś ich charakteru.

Nie jest też przypadkiem, że większość z krajów objętych wewnętrznymi konfliktami to niedawni "bohaterowie" Arabskiej Wiosny, budzącej ongiś wielkie nadzieje na poprawę ogólnej sytuacji na Bliskim Wchodzie. Dziś z tamtych oczekiwań i marzeń nie pozostał nawet cień, a wolnościowe protesty i rewolty przyczyniły się jedynie do pogorszenia sytuacji. Libia, Jemen, Tunezja i Egipt są dziś areną starć, zamachów i poważnych napięć politycznych. Syria coraz bardziej pogrąża się w krwawej wojnie, z której nie widać wyjścia. A jakby tego wszystkiego było mało, do grona tych zdestabilizowanych państw regionu dołączają także Liban i Irak, które już tylko krok dzieli od stoczenia się w otchłań otwartych walk bratobójczych.

d44hn5r

Ścieranie się mocarstw

Od dawna na Bliskim Wschodzie nie zdarzyło się, żeby tak wiele państw w tym samym momencie przeżywało tak gwałtowne wewnętrzne konflikty polityczne, etniczne i religijne. Z jednej strony, jest to efektem akumulacji, zarówno niekorzystnych procesów politycznych, społecznych, ekonomicznych czy demograficznych, jak i wielu konfliktów, często zadawnionych, o podłożu etnicznym lub wyznaniowym. Z drugiej jednak, istotne jest niekorzystne oddziaływanie z zewnątrz.

Rywalizacja globalnych mocarstw, nasilająca się w tej części świata, nie wpływa nań stabilizująco. Najlepiej widać to na przykładzie wojny w Syrii, gdzie ścierające się wpływy i interesy, z jednej strony Rosji i Chin (sojuszników władz w Damaszku), a z drugiej Stanów Zjednoczonych i Europy, paraliżują wszelką konstruktywną aktywność dyplomatyczną na rzecz zakończenia trwającej już niemal trzy lata rzezi. Jeśli doda się do tego równie zażartą konkurencję i grę wrogich sobie mocarstw regionalnych (Arabia Saudyjska, Turcja, Iran), to otrzymamy niezbyt optymistyczny obraz regionu, w którym wojny domowe (lub ostre konflikty wewnętrzne) zdają się mieć już endemiczny charakter.

Taka sytuacja stwarza wyjątkową okazję do tego, aby prześledzić różnorodność polityki mocarstw wobec poważnych kryzysów o charakterze wewnętrznym na obszarze MENA. Z formalnego, prawnomiędzynarodowego punktu widzenia, konflikt w danym państwie jest jego wewnętrznym problemem, przynajmniej dopóty, dopóki nie stwarza zagrożeń dla bezpieczeństwa międzynarodowego swojego regionu. Problem w tym, że w ostatnich dekadach żadna z wojen domowych na świecie nie była w ścisłym tego słowa znaczeniu konfliktem wewnętrznym, czyli takim, który w żaden sposób nie wykracza poza granice danego kraju. Gierki zamiast gry

d44hn5r

Zasada ta w szczególności odnosi się właśnie do Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, gdzie granice państw są w przeważającej większości wytyczone sztucznie, arbitralnymi i oderwanymi od realiów decyzjami dawnych potęg kolonialnych. W tej części świata każdy wewnętrzny kryzys lub konflikt albo od samego początku jest inspirowany przez jakieś siły zewnętrzne, albo bardzo szybko zyskuje ich wsparcie i tym samym de facto staje się starciem o zasięgu co najmniej subregionalnym. Tak było choćby w czasie pierwszej wojny domowej w Jemenie (1962-1970) czy wieloletniego konfliktu w Libanie (1975-1990). W obu przypadkach (a nie są one jedynymi przykładami lokalnych konfliktów w MENA o ponadregionalnym zasięgu oddziaływania w tamtych czasach) negatywne piętno na przebiegu wydarzeń odcisnęły zarówno zimna wojna, jak i interesy graczy międzynarodowych.

Rozpad ZSRR i koniec dwubiegunowego układu sił na świecie - przez wielu nieco naiwnie i mocno na wyrost określane jako początek ery powszechnego globalnego ładu i pokoju lub wręcz jako "koniec historii" - nie przyniosły większych zmian w kwestii ingerowania w wewnętrzne konflikty. W rzeczywistości nowa światowa rzeczywistość okazała się czasem narastającego chaosu i zwiększonej niepewności w relacjach międzynarodowych. Powróciły brutalna geopolityka i gry interesów poszczególnych mocarstw, w których dochodzi do rozgrywek (często nie przebierając w środkach) nawet z dotychczasowymi sojusznikami z jednego bloku. Rywalizacja dwóch supermocarstw została zastąpiona przez całą gamę pomniejszych gier, prowadzonych na wielu poziomach i w najróżniejszych konfiguracjach przez co najmniej kilkanaście mocarstw. Wiele z tych krajów to nowe, tak zwane wschodzące potęgi, o ambicjach i aspiracjach często sięgających jednak ligi globalnej. Ich gra w nowej rzeczywistości międzynarodowej jest szczególnie ostra i
bezkompromisowa.

"Szeroki" Bliski Wschód - ze względu na wyjątkowe strategiczne położenie i znaczenie surowcowo-transportowe - należy do tych obszarów, które jako jedne z pierwszych znalazły się w centrum nowej rozgrywki możnych współczesnego świata. W regionie, w którym nie ma jednorodnych etnicznie i religijnie krajów, większość granic jest kontestowana, a sytuacja wewnętrzna państw daleka od stabilnej, musiało wywołać to katastrofalne skutki. Efekty tego procesu obserwujemy dzisiaj w postaci między innymi różnych konfliktów i wojen domowych.

Problem obecnego oddziaływania z zewnątrz na sytuację na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej jest znacznie bardziej złożony niż 15-20 lat temu. Coraz istotniejszym elementem układu sił w całym świecie muzułmańskim, a na obszarze MENA przede wszystkim, stają się bowiem islamski ekstremizm i terroryzm w wydaniu sunnickim. To ten właśnie czynnik jawi się obecnie jako jeden z ważniejszych (obok dotychczas dominujących kwestii politycznych, ekonomicznych czy etnicznych) motorów napędowych konfliktów w Libii, Syrii, Iraku i Jemenie. Co gorsza, islamski fundamentalizm (i jego struktury) jest często wykorzystywany przez poszczególnych graczy regionalnych, realizujących swoje interesy i cele strategiczne. Wojna w Syrii jest tego najlepszym przykładem. Trwający od początku 2011 roku konflikt już od niemal dwóch lat nie jest klasyczną wojną domową, lecz starciem regionalnych i pozaregionalnych potęg. Walka wciąż jeszcze jest prowadzona głównie na terytorium syryjskim, ale coraz częściej "rozlewa się" poza granice
kraju, przede wszystkim na obszar Libanu i Iraku. W tej wojnie coraz mniej jest bezpośredniej, bratobójczej walki samych Syryjczyków, a coraz więcej starć walczących po obu stronach cudzoziemskich "ochotników".

d44hn5r

Wojna zastępcza

Siły opozycji syryjskiej zostały zdominowane przez islamskich ekstremistów powiązanych z Al-Kaidą - w jej szeregach próżno szukać Syryjczyków, za to wielu jest "bojowników dżihadu" z prawie całego świata, także z Europy. Z kolei po stronie rządowej coraz większy ciężar walk spoczywa na barkach oddziałów libańskiego Hezbollahu, ochotników szyickich z całego regionu (a nawet z Pakistanu) i "doradców" irańskich. Podobno w rządowych siłach syryjskich nie brakuje też klasycznych najemników, walczących za sowite wynagrodzenie, takich jak rosyjscy i ukraińscy operatorzy zaawansowanych systemów obrony przeciwlotniczej, chińscy informatycy czy północnokoreańscy piloci śmigłowców szturmowych.

Jakby tego było mało, każda ze stron konfliktu ma grono zdeklarowanych sojuszników i sprzymierzeńców, zarówno w regionie jak i poza nim, udzielających swym podopiecznym wszelkiej pomocy politycznej i materialnej. Wszystko to sprawia, że konflikt w Syrii jest dzisiaj specyficzną "wojną zastępczą" (proxy war), prowadzoną co prawda formalnie w granicach konkretnego kraju, lecz w istocie w interesie zupełnie innych podmiotów. Jest to zresztą największy dramat dla Syrii i jej mieszkańców, ponieważ taki konflikt może trwać całymi latami, bez żadnych efektów i przewagi którejkolwiek ze stron, wyniszczając kraj i jego populację.

Sworzeń Lewantu

d44hn5r

Wojnę w Syrii często porównuje się do wcześniejszego o dwa lata konfliktu w Libii. I rzeczywiście, geneza obu wojen i ich początkowy przebieg są podobne - w obu wypadkach u podstaw wybuchu otwartych starć zbrojnych leżały działania reżimów chcących brutalnie spacyfikować pokojowe, prodemokratyczne demonstracje i protesty społeczne organizowane na fali Arabskiej Wiosny. Siłowe reakcje władz w Trypolisie i Damaszku wywołały spontaniczną reakcję opozycji i ludności, przeradzając się szybko w regularne wojny domowe. W tym miejscu kończą się jednak podobieństwa między tymi wydarzeniami.

Konflikt w Libii - pierwszy tego typu w MENA od czasu wojen w Algierii (1991-2002) i Jemenie (1994) - można uznać za klasyczną wojnę domową, w której boje toczą dwie jasno określone i dające się odróżnić strony wewnętrznego sporu politycznego. W pierwszym okresie trwania wojny libijskiej ingerencja sił zewnętrznych miała niewielkie zasięg i skalę - ograniczała się do wsparcia politycznego dla opozycji (Zachód) lub dla władzy (Algieria, ugrupowania tuareskie z Sahelu). Zaangażowanie na rzecz obu zwalczających się stron nie zdążyło jednak osiągnąć form znanych nam dzisiaj z wojny syryjskiej. Proces ten został bowiem przerwany przez interwencję militarną podjętą przez społeczność międzynarodową pod auspicjami ONZ, na podstawie norm międzynarodowego prawa humanitarnego. I choć trudno nie zauważyć, że w aspekcie technicznym operacja "Unified Protector" ("Zjednoczony obrońca") była przeprowadzana niemal wyłącznie przez państwa zachodnie (sprzyjające opozycji libijskiej), to równocześnie miała twarde podstawy
mandatowe w postaci rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. W efekcie wojna w Libii skończyła się relatywnie szybko, co być może uchroniło jej mieszkańców przed losem, jaki dziś spotyka Syryjczyków. Nie należy jednak zapominać, że znaczenie geopolityczne Libii jest o wiele mniejsze niż Syrii - kraju będącego strategicznym "sworzniem" Lewantu, a z racji swego położenia, historii i pozycji strategicznej w regionie powszechnie uznawanego za "serce Bliskiego Wschodu". Kto kontroluje Syrię (w sensie strategicznym i politycznym), ten ma szansę na uzyskanie dominującej pozycji w całym niemalże regionie.

Fundamentalne różnice między przebiegiem wojen w Libii i w Syrii wyznaczają przeciwstawne granice strefy, w której toczą się dzisiaj konflikty w regionie MENA. Z jednej strony - szybka interwencja międzynarodowa, przeprowadzona w ramach systemu Narodów Zjednoczonych, przyspieszająca koniec bratobójczych walk i przemocy. Z drugiej - przeciąganie i trwanie wojny, głównie na skutek oddziaływania przeciwstawnych, sprzecznych dążeń i interesów poszczególnych mocarstw. Podwójne standardy potęg wobec tego samego regionu i niemal identycznych wyzwań? Być może, choć raczej mamy do czynienia ze wspomnianą już wcześniej geopolityką i jej brutalną logiką myślenia kategoriami partykularnych interesów strategicznych. Myślenia, w którym nie ma miejsca na takie "subtelności", jak prawa człowieka czy kwestie humanitarne (chyba że traktowane jako pretekst dla interwencji).

W tym kontekście warto pamiętać o cynicznym wzroście zainteresowania wojną syryjską po incydencie z bronią chemiczną w sierpniu 2013 roku. Chociaż całkowita liczba ofiar konfliktu w Syrii sięgała już wówczas 100 tysięcy, świat zbulwersował się śmiercią 1,5 tysiąca cywilów po użyciu sarinu. Zupełnie tak, jakby chodziło nie o to, że ludzie ci zginęli w przewlekłej i krwawej wojnie, ale o to, w jaki sposób. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby te same osoby poniosły śmierć od bomb, granatów czy kul snajperów, świat w ogóle by tego nie zauważył, tak jak nie zauważył wcześniejszych (i późniejszych) tysięcy ofiar.

d44hn5r

Właśnie gdzieś w tej przestrzeni, między casusami Libii i Syrii, toczą się dzisiaj konflikty wewnętrzne w Jemenie, Iraku, Libanie, a być może także w Jordanii, Egipcie lub Tunezji. Niewiele jest krajów na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, które mogą czuć się dziś w pełni zabezpieczone przed ryzykiem wybuchu wewnętrznego konfliktu zbrojnego, noszącego wszelkie znamiona wojny domowej. Dotyczy to nawet tych państw, które - jak Turcja, Arabia Saudyjska czy Iran - uważają się za regionalnych krezusów i graczy rozdających karty w rozgrywce toczącej się na obszarze MENA. Nie można więc wykluczyć, że konflikt w Syrii nie jest wcale ani ostatni, ani najkrwawszy i że wszystko jeszcze przed nami.

Tomasz Otłowski dla "Polski Zbrojnej"

d44hn5r

Podziel się opinią

Share
d44hn5r
d44hn5r
Więcej tematów