Dwie wojny Izraela. Chce rozprawić się z wrogami na swoich zasadach
Armia izraelska prowadzi obecnie dwie wojny. Od tygodnia trwa kampania "Ryk Lwa", w której Izraelczycy codziennie atakują dziesiątki celów w Teheranie i zachodnim Iranie. Jednocześnie rozpoczyna się operacja przeciwko Hezbollahowi w Libanie. Tak Izrael korzysta z okazji, by zwalczyć wrogów - pisze dla Wirtualnej Polski Jarosław Kociszewski.
Izraelscy piloci obecnie wykonują do trzech lotów bojowych dziennie nad Iran, co oznacza łącznie ok. 10 tys. km i długie godziny spędzone w kokpitach. W największym ataku na kompleks Korpusu Strażników Rewolucji w Teheranie w środę równocześnie udział wzięło 100 maszyn, które zrzuciły 250 bomb, zamieniając w ruinę jedno z centrów siłowego porządku Republiki Islamskiej.
Głównym obszarem działania sił powietrznych państwa żydowskiego jest Teheran i zachodni Iran, gdzie trwa polowanie na wyrzutnie rakiet balistycznych ostrzeliwujących Izrael i inne państwa regionu.
Przynosi to skutek, a liczba pocisków balistycznych wystrzeliwanych przez Iran maleje z dnia na dzień i spadła z ok. 350 pierwszego dnia wojny do niespełna 30 obecnie, co nie zmienia faktu, że Teheran nadal jest w stanie przebić się przez obronę Izraela - czy uderzyć w bazy wojskowe USA oraz infrastrukturę przemysłową w regionie.
Cel Izraela jest jeden
Pełny obraz wojny nie jest widoczny z powodu zrozumiałego ograniczania dostępu do informacji przez walczących i dezinformacji stosowanej przez wszystkie strony. Mimo to trwająca od tygodnia wojna i setki ataków pokazują trend, w którym zmierzają Izraelczycy. Obok jasno deklarowanych i zdefiniowanych celów wojny, którymi są zniszczenie irańskich programów nuklearnego i rakietowego, Izraelczycy wyraźnie zmierzają w kierunku osłabienia obecnego reżimu Republiki Islamskiej.
Służyło temu zabicie Najwyższego Przywódcy ajatollaha Alego Chameneiego i licznego grona przywódców politycznych i wojskowych Iranu.
Izraelczycy systematycznie uderzają także w instytucje i obiekty podtrzymujące władzę i porządek w Republice Islamskiej. W gruzy zamieniają się siedziby organizacji Basidż, liczącej kilka milionów członków milicji, odpowiedzialnej m.in. za egzekwowanie obyczajowego kodeksu teokratycznego państwa oraz tłumienie i represjonowanie opozycji.
Niszczone są duże komisariaty policji, a także strażnice na pograniczu z Irakiem. Osłabienie państwa ma, słuchając przywódców Izraela z premierem Netanjahu na czele, umożliwić Irańczykom bunt - także ze wsparciem opozycyjnych milicji w Iraku, i obalenie władzy.
Krzyczą "Chajbar". Wróg musi zostać rozgromiony
O ile spowolnienie, jeśli nie zniszczenie, programów zbrojeniowych jest osiągalne, to istnieją poważne wątpliwości odnośnie możliwości zmiany reżimu - zwłaszcza z udziałem Izraela. Zabicie przywódcy duchowego wzbudziło złość i emocje mobilizujące wiernych do walki. W podnoszących na duchu pieśniach często przewija się słowo "Chajbar" - nazwa oazy na północ od Medyny, gdzie siły muzułmanów pod wodzą samego Mahometa pokonały w bitwie i wybiły mieszkających tam żydów.
Wymiar religijny pomaga Iranowi mobilizować wsparcie swoich sojuszników (ang. proxy) w wielu krajach regionu, czego przykładem są milicje szyickie w Iraku coraz śmielej atakujące cele bazy amerykańskie.
Do wojny po stronie Iranu przyłączył się też libański Hezbollah, który wznowił rakietowy ostrzał Izraela pomimo druzgoczącej porażki poniesionej w wojnie jesienią 2024 r. Tysiące członków tej organizacji zostało okaleczonych przez eksplodujące pagery, a życie stracili niemal wszyscy liderzy i wysocy oficerowie ugrupowania na czele z wieloletnim sekretarzem generalnym Hassanem Narallahem.
Mimo to Izrael uważał, że wróg nie został rozgromiony i skorzystał z okazji, którą jest nawet sporadyczny ostrzał rakietowy, by ponownie przejść do ofensywy.
Lotnictwo izraelskie zintensyfikowało bombardowanie pozycji Hezbollahu na całym terytorium Libanu - z południowymi, szyickimi dzielnicami Bejrutu włącznie. Ataki nie ustały nawet po wejściu w życie zawieszenia broni na początku 2025 r., lecz teraz wyraźnie się nasiliły.
Armia izraelska nakazała także opuszczenie domów setkom tysięcy Libańczyków.
Ewakuacja - czy wysiedlenie - obowiązuje ok. 250 tys. mieszkańców południa kraju z liczącym 60 tys. mieszkańców miastem Tyr włącznie i ok. pół miliona mieszkańców południowych dzielnic stolicy. Minister finansów Izraela Becalel Smotricz zapowiedział, że miejsca te zostaną zrównane z ziemią, podobnie jak palestyńskie miasto Chan Junis na południu Strefy Gazy.
Armia izraelska zmobilizowała dodatkowych 100 tys. rezerwistów z myślą o kampanii w Libanie. Siły lądowe w kilku miejscach przekroczyły granice, gdzie doszło do starć z członkami Hezbollahu. Nie jest to jednak, przynajmniej na razie, ofensywa na wielką skalę, w odróżnieniu od intensywnych bombardowań z powietrza.
Wiele wskazuje jednak na to, że atak lądowy rozwinie się, a Izraelczycy postarają się stworzyć strefę buforową w południowym Libanie, którą utrzymywali tam przez prawie 20 lat i zlikwidowali w roku 2000.
Pomimo, a może z powodu strachu przed rakietami i wywoływanych przez nie zniszczeń, konieczność ponownej mobilizacji rezerwistów i ponoszenie kosztów (szacunkowo 3 mld dol. tygodniowo), popiera przytłaczająca większość Izraelczyków. Badania opinii publicznej wskazują, że ta większość to 80 proc. z nich.
Panuje przekonanie, że wojna 12-dniowa w czerwcu 2025 r. została zakończona za szybko, aby zadać trwałe ciosy Iranowi, a Hezbollah w Libanie ponownie się odbudowuje. Izraelczycy są przekonani, że Iran i jego sojusznicy nadal stanowią dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo, a druga, tak dobra okazja do rozprawienia się z nimi szybko się nie powtórzy.
Przede wszystkim chodzi tu o sympatyzującą z nimi administrację w Waszyngtonie i prezydenta gotowego iść na wojnę nawet bez wyraźnego planu jej zakończenia.
Eksperci izraelscy sądzą, że w wariancie minimalnym, nawet jeżeli reżim w Iranie nie upadnie, wojna będzie gruntownym "strzyżeniem trawnika", czyli osłabieniem Teheranu i sojuszników na lata, jeśli nie dekady. W wariancie dla Izraela lepszym, Iran zostanie zdestabilizowany i pogrążony w wewnętrznym chaosie na tyle, by odsunąć zagrożenie nawet na pokolenie.
W logice tej nie ma miejsca na wątpliwości wynikające z relacji międzynarodowych, czy prawa. Izraelczycy są głęboko przekonani, że prowadzą wojnę egzystencjalną, a w walce o życie liczy się wyłącznie sukces. Tłumaczenie się z błędów i składanie wyjaśnień w takim konflikcie jest przywilejem zwycięzcy. Pokonany, zabity wróg nie ma w tej sytuacji znaczenia.
Dla Wirtualnej Polski Jarosław Kociszewski
*Jarosław Kociszewski - dziennikarz, publicysta i ekspert ds. Bliskiego Wschodu. Obecnie redaktor naczelny new.org.pl i magazyn.new.org.pl wydawanych przez Kolegium Europy Wschodniej oraz ekspert Fundacji "Stratpoints" ds. bezpieczeństwa. Wieloletni korespondent polskich mediów w Izraelu.