Donald Tusk widzi spisek. A to krawiec, kucharz i mechanik mogą odwołać prezydenta z KO
Premier Donald Tusk powiedział dziennikarzom, że próba przeprowadzenia referendum w Krakowie i odwołania prezydenta z KO to polityczna rozróba inspirowana przez PiS i Konfederację. Jeden ze zwolenników referendum ripostuje: - Premierze, pan chyba dawno nie rozmawiał ze zwykłymi ludźmi. Nas naprawdę nie obchodzą wasze partie. Ludzie są wściekli, że tu się odbył desant KO na stanowiska.
Żaden PiS ani Konfederacja. To pracownia krawiecka Macieja Szczygła przy ulicy Bronowickiej w Krakowie nieoczekiwanie stała się jednym z "punktów dowodzenia" referendum, którego celem jest odwołanie prezydenta miasta Aleksandra Miszalskiego. Początkowo Szczygieł zgodził się, żeby chętni mogli podpisać wyłożoną w lokalu listę. Do dziś podpisało się około 800 osób.
W rozmowie z WP opowiada, jak sama próba inicjatywy referendalnej - na razie chodzi wyłącznie o jej przeprowadzenie, do wyniku jeszcze daleko - spotkała się z atakiem hejterów sprzyjających władzy. - Zadzwonił do mnie właściciel Grilla Pod Blachą i zapytał, czy widziałem już, ile mam negatywnych opinii w Google. Oni mieli to samo - opowiada WP Szczygieł.
- W dodatku radny krakowski ogłosił w mediach społecznościowych, że życzy nam jak najgorzej... - krawiec na chwilę wstrzymuje głos. - Przecież ja zatrudniam ludzi, płacę podatki. I on mi życzy jak najgorzej? Jak śmie, na głowę upadli! - mówi WP.
Grill Bar Pod Blachą to drugie miejsce, którego właścicieli wspierali składanie podpisów za referendum. Trzecie - serwis samochodowy Tłumiki Wulkanizacja Adama Bielarza. Prowadzi warsztat w centrum, a wprowadzona w Krakowie Strefa Czystego Transportu, spowodowała spadek obrotów jego firmy. Hejterzy zaczęli stawiać warsztatowi złe oceny, bo "wszedł w politykę".
Przedsiębiorcy zgłosili sprawę do Google'a, wskazując na zorganizowaną akcję hejtu. Wystarczyło nagłośnić sprawę, by fala emocji zaczęła się odwracać. Odzew przyszedł ze strony samych Krakowian. Zarówno bar, zakład mechaniczny, jak i pracownia krawiecka otrzymały dziesiątki najwyższych ocen.
- W sumie to powiem, że w życiu nie mogło mnie spotkać nic lepszego. Ilu ja tu sympatycznych Krakowian poznałem - zwierza się Maciej Szczygieł, który dziś stał się już lokalną "instytucją". - Choćby wczoraj przyszła osoba zrozpaczona tym, że ktoś z jej rodziny nie znalazł pracy w urzędzie, bo wolne stanowisko zostało zarezerwowane dla córki jakiegoś kolejnego kolesia. Z tym walczymy! - opowiada rozmówca WP.
Premier Tusk nie rozumie o co chodzi
Ostatnio jednak polityczna burza z Krakowa dotarła do Warszawy. Zapytany o referendum Donald Tusk nie miał wątpliwości: - To pomysł PiS-u czy Konfederacji na rozróbę polityczną - powtórzył, deklarując pełne wsparcie dla prezydenta.
Maciej Szczygieł zarzeka się, że nigdy nie był członkiem PiS ani Konfederacji. Niegdyś sprzyjał ruchowi Strajk Przedsiębiorców. Rodzina prowadzi zakład od 1974 roku. - Normalnie zajmuję się biznesem - mówi. - Tusk nic nie rozumie. My naprawdę mamy gdzieś, z jakiej partii są ci ludzie. W momencie, kiedy wchodzą nam do domów z butami, musimy się ich pozbyć - podkreśla.
Jego zdaniem stanowiska, które w ostatnim czasie zajęto w Krakowie, to dziesiątki osób i "nie wzięły się znikąd". - Tam powinni zostać awansowani urzędnicy niższego szczebla. Tymczasem mamy desant polityczny, niekoniecznie ludzi, którzy w ogóle się na te stanowiska nadają. To samo dotyczy spółek z udziałem miejskim - przekonuje.
- Premier musiałby posłuchać mieszkańców, żeby wiedzieć, co się dzieje. Bo jedyne, co powiedział, to to, że za wszelką cenę będzie bronił polityka, a nie mieszkańców. A nam naprawdę jest obojętne, z jakiej partii jest prezydent. Chodzi o arogancję i butę w tej lokalnej, najniższej polityce. Dopiero wtedy Tusk zrozumiałby, dlaczego mieszkańcy się buntują - dodaje rozmówca WP.
Inicjatorzy referendum wyliczają zarzuty pod adresem prezydenta niemal jednym tchem. Mówią o rosnącym zadłużeniu miasta, o niespełnionych obietnicach wyborczych, o uleganiu - jak to określają - radykalnym ruchom miejskim, których pomysły mają bardziej utrudniać życie mieszkańcom, niż je poprawiać. Na sztandarach przeciwników władz znalazła się przede wszystkim Strefa Czystego Transportu. Wprowadzona przez Aleksandra Miszalskiego miała ograniczyć wjazd najbardziej emisyjnych samochodów do centrum Krakowa. - To kara dla ludzi, których nie stać na nowe samochody - przekonują organizatorzy referendum.
Wskazują przy tym na absurd systemu. Bo choć strefa wprowadza ograniczenia, to przewiduje też możliwość wniesienia opłaty. Wystarczy zapłacić kilka złotych i dymiący diesel może jednak wjechać. W ich narracji to dowód, że nie chodzi wyłącznie o ekologię, lecz o dodatkowe obciążenie dla właścicieli starszych aut.
Epidemia kolesiostwa. Zaraża się głównie Koalicja Obywatelska
Najmocniejszy zarzut dotyczy jednak "kolesiostwa". W Krakowie szeroko komentowano m.in. obsadzenie stanowiska szefa małopolskiego sanepidu. Portal Interia opisał, że Andrzej Hawranek, polityk Platformy Obywatelskiej, został powołany na to stanowisko, mimo że przegrał konkurs z doktorem nauk medycznych. Sprawa stała się symbolem zarzutów o polityczny klucz przy obsadzaniu funkcji publicznych.
Lokalny blog Krowoderska.pl zaczął publikować kolejne teksty, wskazując palcem, którzy partyjni działacze i znajomi środowiska władzy znaleźli zatrudnienie. Te doniesienia zaczęły żyć własnym życiem w internecie, kiedy działania prezydenta porównywano do epidemii, którą zapoczątkował "pacjent zero" - czyli pierwszy zakażony. Tak nazwano polityka KO, który - w tej metaforze - miał "roznieść wirusa kolesiostwa" po mieście. Referendum ma być, jak mówią jego zwolennicy, "kwarantanną" - próbą odizolowania go od stołków.
Do sprawy referendum w Krakowie wszedł internetowy influencer Dziki Trener. Pojawiły się też doniesienia, że urząd w Krakowie, odpowiadając na zarzuty, podbija zasięgi swoich postów na Facebooku, dzięki polubieniom z kont z Indii.
Władza w internetowej bańce
Widocznie w krakowskim urzędzie zorientowano się, że liczba podpisów rośnie szybciej, niż zakładano. W ostatnich dniach wyraźnie zmieniła się też narracja prezydenta. Z tonu konfrontacyjnego o "referendum nienawiści", Aleksander Miszalski przeszedł na bardziej ugodowy. Pojawiły się zapowiedzi korekt i większej otwartości na postulaty mieszkańców. Jedną z najważniejszych deklaracji jest przystąpienie do prac nad zmianą zasad wjazdu do Strefy Czystego Transportu i obniżenie cen przejazdów komunikacją.
"Nie popieram pomysłu przeprowadzenia referendum w Krakowie, dlatego nie złożyłem i nie złożę swojego podpisu pod wnioskiem o jego przeprowadzenie, ale sama dyskusja o nim to dla mnie szansa na wyciągnięcie wniosków z popełnionych błędów i korektę polityki" - napisał na Facebooku Aleksander Miszalski.
Eksperci od marketingu zwracają uwagę, że walka polityczna toczy się dziś przede wszystkim w sieci. Prezydent i jego urzędnicy mogą przegrać, bo nie rozumieją własnej śmieszności.
- Urząd reaguje wolno, mówi nie tym językiem, co odbiorcy i oddaje innym kontrolę nad tym, jak ludzie rozumieją całą sprawę - ocenia Jacek Kotarbiński, ekspert od marketingu. Jak tłumaczy, w internecie nie wygrywa ten, kto ma najdłuższe wyjaśnienie, lecz ten, kto potrafi opowiedzieć prostą historię. - Wystarczy poważny komunikat, a sieć natychmiast przerabia go na żart, mem czy krótki filmik. Ośmieszanie i szydera to dziś jedne z najsilniejszych emocji w social mediach - mówi.
Każda odpowiedź prezydenta staje się paliwem dla kolejnych wirali. - Narracja "im więcej podpisów, tym nowsze ustępstwa" idealnie nadaje się do powtarzania i udostępniania, tworząc wrażenie, że władza działa wyłącznie pod presją internetu. Jeśli urzędnicy tego nie zrozumieją, mogą tę bitwę po prostu przegrać - podsumowuje.
Aby referendum w sprawie odwołania prezydenta mogło się odbyć, komitet obywatelski musi najpierw zebrać podpisy co najmniej 10 proc. uprawnionych do głosowania mieszkańców. W przypadku Krakowa oznacza to dokładnie 58 tys. podpisów pod wnioskiem złożonym w Krajowym Biurze Wyborczym.
To jednak dopiero pierwszy próg. Aby referendum było ważne, do urn musi pójść nie mniej niż 3/5 liczby wyborców, którzy uczestniczyli w wyborze prezydenta miasta. Oznacza to udział co najmniej 158,5 tys. osób. Ostatecznie o losie Aleksandra Miszalskiego zdecyduje zwykła większość głosów "za" lub "przeciw" jego odwołaniu.
Tomasz Molga, dziennikarz Wirtualnej Polski