Dlaczego wszyscy są tak wściekli? [OPINIA]

Wideo, w którym Karol Nawrocki, przemawiając na tle demontowanego Okrągłego Stołu zapowiada przeniesienie tego mebla z Pałacu Prezydenckiego do Muzeum Historii Polski zostanie z Polakami na długo - pisze dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek.

Okrągły Stół trafi do Muzeum Historii PolskiOkrągły Stół trafi do Muzeum Historii Polski
Źródło zdjęć: © East News | Anita Walczewska
Jakub Majmurek

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Wielu uzna gest prezydenta za dziecinny trolling, dowód politycznej niedojrzałość, za tanią próbę sprowokowania politycznych przeciwników, działanie tyleż niepoważne co złośliwie małostkowe. Wszystkie te sądy nie są dalekie od prawdy, ale jednocześnie Nawrocki ze swoją akcją wpisał się w światowy trend zmieniający politykę w większości liberalnych demokracji.

Wszędzie bowiem polityka odwołująca się do takich idei jak kompromis, negocjacje, zdolność do spotkania się z politycznym przeciwnikiem - czego Okrągły Stół jest doskonałym symbolem - znajduje się w odwrocie. Zastępuje ją polityka, która zamiast siadać do stołu, chce go wywrócić.

Podstawowymi emocjami takiej polityki są gniew, poczucie tego, że doświadcza się fundamentalnej niesprawiedliwości, że niepisana umowa społeczna została drastycznie złamana i natychmiast trzeba użyć najgwałtowniejszych środków, by ją przywrócić.

Konkurencja na to, kto jest lepszym antysystemem

W dużej mierze polityka w zachodnich demokracjach zmienia się dziś w konkurencję na to, kto jest lepszym antysystemem.

Choć Trump sprawuje najwyższy urząd w kraju przez już prawie pięć lat, to jednocześnie cały czas prezentuje się jako człowiek spoza systemu, outsider, który przyjechał do Waszyngtonu, by "osuszyć bagno" i przywrócić elementarny porządek w kraju.

Na podobnych emocjach – narracji o upadku kraju, mobilizacji gniewu przeciw obwinianym za to elitom, nostalgii za dawną, utraconą wielkością – rośnie Partia Reform Nigela Farage’a w Wielkiej Brytanii. Mobilizuje nawet gniew przeciw podobnym celom, jak ruch MAGA – głównie migrantom. Obiecuje nawet masowe deportacje cudzoziemców na wzór tych, jakie dziś w Stanach przeprowadzają agenci ICE.

We Francji, rośnie w siłę lewicowa Francja Nieugięta. Jej lider Jean-Luc Mélenchon od dawna powtarza, że V Republika – system stworzony przez de Gaulle’a i obowiązujący we Francji od 1958 roku – wymaga zmiany na VI, mniej "monarchiczną" w swojej konstytucji, opartą o system parlamentarno-gabinetowy, z silnym udziałem mechanizmów demokracji bezpośredniej, a nie o system prezydencki. W Niemczech latami uważanych za najbardziej przewidywalną, a nawet najbardziej nudną demokrację na kontynencie, pierwsze miejsce w sondażach zajmuje od września Alternatywa dla Niemiec, partia radykalnej prawicy, izolowana przez wszystkie tradycyjne partie republiki federalnej.

Także w Polsce mamy z co najmniej cztery antysystemowe partie zasiadające w parlamencie, od skrajnej prawicy w postaci Konfederacji Korony Polskiej, przez PiS – który, choć rządził w sumie 10 lat, ciągle utrzymuje, że jest spoza systemu – po próbującą zagospodarować podobne emocje po lewej stronie partię Razem. Gra w antysystem, biorąc pod uwagę dynamikę wzrostów najlepiej, jak na razie idzie Grzegorzowi Braunowi i jego partii, wprost odwołujących się do antyzachodnich, antyukraińskich i antysemickich resentymentów.

Polityka czasu zerowego wzrostu

Dlaczego polityka we wszystkich demokracjach liberalnych tak wygląda? Eksperci od ponad dekady szukają odpowiedzi na to pytanie. Wskazują na rolę mediów społecznościowych, których algorytmy podkręcają konflikt, polaryzację i skrajności, sprzyjając przy tym dezinformacji. Inni mówią o społecznej atomizacji i rozpadzie organizacji, w których kiedyś obywatele socjalizowali się do bardziej nastawionej na kompromis i rozwiązywanie problemów polityki: od towarzystw sąsiedzkich, po masowe partie polityczne charakterystyczne dla XX wieku. Nie brakuje też głosów, że tradycyjne partie polityczne same zapracowały sobie na populistyczną rewoltę, wyzbywając się swoich ideowych tożsamości.

Być może wyjaśnienia dostarczają warunki społeczne i ekonomiczne – rosnące nierówności i poczucie wielu ludzi, że rzeczy osiągalne dla pokolenia ich rodziców są poza ich zasięgiem? Ciekawą wersję tego argumentu przedstawił niedawno na łamach "Financial Times" John Burn-Murdoch. Zdaniem dziennikarza tym, co łączy państwa, gdzie najbardziej na znaczeniu zyskują antysystemowe siły, jest niski wzrost gospodarczy. A średni wzrost gospodarczy w krajach Zachodu wynosił od czasu wielkiego kryzysu finansowego 1 proc. rocznie. Dwukrotnie mniej niż w poprzedniej dekadzie i trzykrotnie mniej niż w poprzednich.

Gdy gospodarka nie rośnie, gdy mobilność społeczna i możliwości awansu klasowego pozostają ograniczone, to coraz więcej ludzi zaczyna postrzegać rzeczywistość jako grę o sumę zerowej, gdzie zysk jednej grupy zawsze odbywa się kosztem drugiej. Migrantów kosztem miejscowej ludności, bogatych kosztem biednych itd. To jest typ myślenia, do którego Trump bardzo mocno odwołuje się w swojej retoryce. Unia Europejska zarabia na eksporcie swoich produktów do Europy, a jednocześnie korzysta z amerykańskiego parasola bezpieczeństwa? A więc Ameryka, przekonuje jej prezydent, traci na takim układzie, a Europa zyskuje jej kosztem. Trzeba to więc odwrócić, nakładając cła i zmuszając Europejczyków do większych wydatków na obronę, najlepiej na amerykański sprzęt – tak by to Stany zyskiwały, a Europa była stratna.

Zdaniem autora "Financial Times", polityka w czasach długotrwałego niskiego wzrostu coraz częściej będzie odwoływała się do podobnego myślenia, zarówno z lewa, jak i z prawa. Lewica będzie brać na cel bogatych, przeciwstawiając im biednych prawica migrantów albo liberalne elity, przeciwstawiając im "zwykłym, ciężko pracującym obywatelom". Żadna z tych sił nie będzie mogła nawet wyobrazić sobie polityki, które generując wzrost, mogłyby pomóc różnym grupom społecznym.

Nie tylko liczby

Można wskazać liczne wątpliwości co do tej analizy. O ile niechęć do migracji, której coraz częściej towarzyszy otwarty rasizm jest faktycznie często przykładem irracjonalnego postrzegania rzeczywistości jako gry o sumie zerowej – co nie znaczy, że migracja nie tworzy swoich problemów – to już postulaty większego opodatkowania miliarderów i walki z nierównościami miałyby sens nawet w warunkach wysokiego wzrostu i wysokiej mobilności społecznej. Choćby z tego powodu, że zbyt wielkie bogactwo skupione w rękach wąskiej grupy ludzi nie służy dobremu działaniu demokracji, a i niekoniecznie sprzyja wysokiego wzrostowi.

Wreszcie siły postrzegające rzeczywistość jako grę o sumie zerowej rosną także w krajach, które w ostatnich latach doświadczały bardzo dynamicznego wzrostu gospodarczego, np. w Polsce. Od 2008 roku średni wzrost PKB kształtował się w Polsce na poziomie bliskim 4 proc. rocznie, mimo słabszych lat trudno zaprzeczyć, że w ciągu tych ostatnich już prawie dwóch dekad społeczeństwo stało się zdecydowanie bardziej zamożne. Dlaczego więc myślenie opierające się na argumentach "skoro państwo pomaga Ukraińcom mieszkającym w Polsce, to stratni są Polacy" jest tak efektownym politycznym paliwem?

Być może częściowo tłumaczą to znów media społecznościowe. Dzięki nim zwłaszcza młode osoby funkcjonują w globalnej infosferze i żyją jej trendami. Społeczeństwo "zaraża" się dyskursami, które często dość luźno odnoszą się do jego doświadczenia czy obiektywnych danych.

Można też zwrócić uwagę na jeszcze jeden mechanizm. Konserwatywny – choć od początku bardzo krytyczny wobec Trumpa – amerykański komentator David French napisał niedawno tekst, w którym stwierdził, że przepaść między młodą, zapatrzoną w Trumpa amerykańską prawicą spod znaku MAGA, a starszą, sceptyczną wobec amerykańskiego prezydenta wyznacza przede wszystkim jedno: ocena współczesnych Stanów. Dla millenialsów i zetek w czerwonych czapeczkach Stany zmierzają do katastrofy, młodzi prawicowcy mają poczucie, że ktoś okradł ich z przyrodzonego im prawa do amerykańskiego snu. French nie podziela tej diagnozy. Jak jednak gorzko konstatuje, skonfrontowanie młodych ludzi z konkretnymi statystykami pokazującymi, że Stany dalekie są od upadku, zupełnie ich nie przekonuje.

Można tę przypowieść zinterpretować jako dowód na siłę dezinformacji, jako diagnozę rzeczywistości społecznej, gdzie fakty nie mają znaczenia. Ale można też w inny sposób. Subiektywnego poczucia tego czy świat jest sprawiedliwy, nie kształtujemy wyłącznie na podstawie liczb i danych. I jeśli młodzi Amerykanie nie mogą, inaczej niż pokolenie ich rodziców, pozwolić sobie na własny dom, to w ich ocenie sytuacji niewiele zmienią argumenty, że Stany są dziś znacznie bezpieczniejszym i zamożniejszym krajem niż 30-40 lat temu albo że domy dostępne przeciętnej rodzinie w latach 60. dziś reprezentowałyby standard dla najuboższych. Choć oczywiście zawsze będą grupy, które tak mocno odrzucać będą przemiany kulturowe i obyczajowe – np. dotyczące praw mniejszości seksualnych – że żadne argumenty nie przekonają ich, że nie żyją w spełniającej się apokalipsie.

Podobny mechanizm może działać w Polsce, gdzie fantastyczny wzrost nie był do końca sprawiedliwie dzielony, koncentrował się w największych ośrodkach – wkurzenie tych mniejszych, że zostały z tyłu stanowi do dziś potężne paliw prawicy – a młodzi ludzie mogą czuć się wypchnięci z rynku mieszkaniowego.

Czy uda się wyjść poza gniew?

Czy polityka w najbliższych latach będzie więc coraz bardziej opierała się na gniewie i koncepcji rzeczywistości jako grze o sumie zerowej?

Na razie rzeczywistość nie nastraja optymistycznie. Ostatnim zachodnim politykiem, który nie tylko wygrał na przekazie optymizmu i nadziei, ale też nie skompromitował się zupełnie w połowie kadencji, był być może Obama. Ten sam duch – choć wypełniona znacznie bardziej lewicową treścią – zaprezentował niedawno Zohran Mamdani w wyborach na burmistrza Nowego Jorku. Nie wiadomo co z jego energii zostanie za rok, a problemów, z jakimi mierzymy się, nie da rozwiązać w jednym mieście.

Z pewnością żadnej nowej propozycji polityki wzrostu i nadziei nie widać w Polsce. Na tle radykalizującej się w gniewie i antystemowości prawicy obecny rząd najpewniej założy, że wystarczy, jeśli za dwa lata zapewni Polaków, że nie dopuści do władzy takich ludzi jak Braun – i faktycznie może.

Dla Wirtualnej Polski Jakub Majmurek

Z wykształcenia filmoznawca i politolog. Działa jako krytyk filmowy, publicysta, redaktor książek, komentator polityczny i eseista. Związany z Dziennikiem Opinii i kwartalnikiem "Krytyka Polityczna". Publikuje także w "Kinie", "Gazecie Wyborczej", portalu "Filmweb". Redaktor i współautor wielu publikacji, ostatnio "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Wybrane dla Ciebie
Trump ostrzega państwa NATO. "USA nigdy nie zapomni"
Trump ostrzega państwa NATO. "USA nigdy nie zapomni"
Trump twierdzi, że Irańczycy "błagają" USA o porozumienie
Trump twierdzi, że Irańczycy "błagają" USA o porozumienie
Orban oskarża Zełenskiego o wysłanie agentów na Węgry. "Nakaż powrót"
Orban oskarża Zełenskiego o wysłanie agentów na Węgry. "Nakaż powrót"
Przygotowywali zamachy w Europie. W Berlinie usłyszeli wyroki
Przygotowywali zamachy w Europie. W Berlinie usłyszeli wyroki
Przepisy na osiedlach są jasne. Te rośliny są zakazane
Przepisy na osiedlach są jasne. Te rośliny są zakazane
Jest najnowsza prognoza pogody. Wiemy, kiedy w Polskę uderzy prawdziwy gorąc
Jest najnowsza prognoza pogody. Wiemy, kiedy w Polskę uderzy prawdziwy gorąc
CBA zatrzymało troje notariuszy. Chodzi o przejęcie niemal 50 mln zł
CBA zatrzymało troje notariuszy. Chodzi o przejęcie niemal 50 mln zł
Czarne chmury nad Braunem. Parlament Europejski zdecydował
Czarne chmury nad Braunem. Parlament Europejski zdecydował
Uzależniła się od social mediów. Wygrała w sądzie z Metą i YouTube
Uzależniła się od social mediów. Wygrała w sądzie z Metą i YouTube
Surowsze kary. Minister zapowiada dokręcenie śruby pijanym kierowcom i dezinformatorom
Surowsze kary. Minister zapowiada dokręcenie śruby pijanym kierowcom i dezinformatorom
Komitet Noblowski pokaże listę prezentów. To pokłosie afery Epsteina
Komitet Noblowski pokaże listę prezentów. To pokłosie afery Epsteina
Autobus runął do rzeki. Nagranie z dramatycznego wypadku w Bangladeszu
Autobus runął do rzeki. Nagranie z dramatycznego wypadku w Bangladeszu