Ćwierć wieku po największej morskiej tragedii. Okoliczności nadal nie zostały wyjaśnione

25 lat temu w burzliwą noc ze Świnoujścia wypłynął prom "Jan Heweliusz" - i nigdy nie wrócił. Zatonął u wybrzeży Rugii, pochłaniając za sobą 55 ofiar. Do dziś sprawa tej największej katastrofy pozostaje niewyjaśniona i budzi silne emocje. Tej katastrofy dało się uniknąć, choć nikt nie poniósł za to odpowiedzialności.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
W Szczecinie już w piątek uczczono ofiary katastrofy "Jana Heweliusza"
W Szczecinie już w piątek uczczono ofiary katastrofy "Jana Heweliusza" (PAP, Fot: Marcin Bielecki)

Z perspektywy czasu wydaje się, że ta tragedia musiała się wydarzyć. "Jan Heweliusz" był promem, który miał na swoim koncie prawie 30 wypadków: pożary, przechyły i chroniczne problemy ze statecznością, dodatkowo pogłębione po tym, jak w czasie remontu, najwyższy pokład wyrównano betonem. Jeszcze trzy dni przed katastrofą uszkodzona została rufa statku. A w noc, w którą prom wyruszył w swój ostatni rejs, na Bałtyku szalał huragan.

Po latach, ekspert żeglugi morskiej i dziennikarz Marek Błuś porównywał sprawę promu do katastrofy smoleńskiej.

"Katastrofy „Jana Heweliusza” i Tu-154 łączy ten sam lęk cywilny, poczucie bezsilności i beznadziejności, gdy chce się zapobiec złu, świadomość zepsucia aparatu kontrolno-policyjnego, skorumpowania, ignorancji i bezkarności polityków, którzy odpowiadają za jego jakość" - pisał w "Przeglądzie".

W swój ostatni kurs ze Świnoujścia do szwedzkiego Ystad "Jan Heweliusz" - załadowany głównie TIR-ami, których wagi wówczas nikt nie mierzył - wypłynął w nocy z 13 na 14 stycznia. Około godziny 4:30, kiedy prom mijał niemiecką Rugię, w statek uderzył huragan: sztorm o sile 12 w 12-stopniowej skali Beauforta. Wiatr osiągał prędkość 180 km na godzinę, a fale miały wysokość 6 metrów. Załoga straciła kontrolę nad promem i rozkazała ewakuację. Wielu znajdujących się na pokładzie zdołało to zrobić. Ale poza dziewięcioma członkami załogi, większość umarła z wyziębienia czekając na pomoc ubrana w samą bieliznę. Woda miała wówczas temperaturę ok 2 stopni Celsjusza. Do tego doszły błędy akcji ratowniczej. Pomoc przyszła dopiero po kilku godzinach. Niemieccy ratownicy ze śmigłowców ograniczyli się do rzucenia rozbitkom liny, nie pomagając im się zapiąć.

- To było okropnie trudne, bo zgrabiałe z zimna ręce były jak drewniane kłody - wspominał później w rozmowie z "Głosem Koszalińskim" Edward Kurpiel, jeden z ocalałych.

Podczas jednej z prób, zrzucona lina zachaczyła o tratwę i wywróciła ją, topiąc trzech członków załogi. Kiedy na pomoc
przybył niemiecki statek ratowniczy "Arkona" i wywiesił za burtę siatkę, elektryk Andrzej Korzeniowski zginął, bo nie zdołał uchwycić siatki skostniałymi rękami. Podejrzewa się też, że ciała niektórych ofiar zostały poszarpane przez śrubę okrętową innego niemieckiego statku. Ostatecznie na skutek zatonięcia "Heweliusza" zginęło 20 członków załogi i 35 pasażerów, głównie kierowców ciężarówek. Wśród ofiar był też kapitan Andrzej Ułasiewicz, który miał do końca pozostać na mostku.

Zobacz również: "Cześć, giniemy". 30 lat po katastrofie "Tadeusza Kościuszki" w Lesie Kabackim

Tragedia była badana przez 6 lat przez polskie izby morskie w Szczecinie i Gdyni. Orzeczenia mówiły o fatalnym stan techniczny promu, wadach konstrukcyjne oraz błędach załogi, ale ostatecznie nie wskazano odpowiedzialnych. W 2005 roku zostały one anulowane przez wyrok Trybunału w Strasburgu. Dopiero wówczas wdowy ofiar doczekały się rekompensaty. Po wyroku Trybunału, śledztwa ws. "Jana Heweliusza" nie wznowiono, choć zdaniem Marka Błusia, przez lata badającego sprawę, wiele rzeczy pozostaje niewyjaśnionych. Błuś wskazywał na rozbieżności w protokołach: tego, że w oficjalnych raportach brak było wzmianek o rozszarpanych zwłokach ofiar (prawdopodobnie przez śrubę okrętową) oraz roli niemieckiego statku Frank Michael, który w chwili tragedii był najbliżej "Jana Heweliusza". Ekspert podejrzewa też, że na pokładzie promu znajdowała się przemycana broń - czym tłumaczy zainteresowanie się sprawą służb specjalnych.

Sprawa do dziś budzi duże emocje. Także i u tych, którzy tego dnia mieli szczęście.

- W tamtym czasie pływałem na promie "Jan Heweliusz". To, że tragicznego dnia nie znalazłem się na pokładzie, było zrządzeniem losu. Dobrze znałem członków załogi (...) Tym bardziej traumatyczne było dla mnie to, że z woli armatora wziąłem udział w identyfikacji zwłok. Tamten straszny widok towarzyszy mi po dziś dzień - powiedział "Gościowi Pomorskiemu" Jerzy Węgrzyn ćwierć wieku po katastrofie.

Obchody tragicznej rocznicy trwają już od piątku. W Szczecinie pod pomnikiem upamiętniającym ofiary "Heweliusza" złożono wieniec, w Narodowym Muzeum Morskim Gdańsku w sobotę pokazano wystawę poświęconą tragedii. W Szczecinie i Świnoujściu odbędą się uroczyste msze święte.

Polub WP Wiadomości