Bieda-agenci z Telegrama. Tak rekrutuje Kreml
Rosjanie bardzo sprawnie rekrutują obywateli zachodnich państw. Mają sprawdzone metody, które stosują jeszcze od czasów carskich. Zarówno w przypadku "jednorazowych agentów", jak i tych, którzy działają długofalowo.
Sposób rekrutacji rosyjskich służb zależy w głównej mierze od tego, jakie zadania będzie miał przyszły agent. Jeśli ma działać długofalowo i w zasadzie na świeczniku, proces rekrutacji zaczyna się bardzo wcześnie. W latach trzydziestych XX w. rekrutacja nie opierała się na anonimowych kontaktach, lecz na długotrwałej obserwacji środowisk uznawanych za przyszłe elity państwowe.
Sowieci celowo instruowali ich, aby zerwali widoczne związki z komunizmem, budowali wizerunek lojalnych obywateli, patriotów i krok po kroku wnikali w struktury państwa. W przypadku Kima Philby’ego oznaczało to świadome wejście do brytyjskiego wywiadu i zrobienie kariery w MI6, co dało Moskwie dostęp do najbardziej wrażliwych informacji Zachodu.
Takich agentów Kreml nadal rekrutuje - i są oni najtrudniejsi do rozpracowania. Łatwiejsze cele to ci, którzy mają proste zadania - prowadzenie sabotażu czy sianie dezinformacji. Metody pozyskiwania takich ludzi są jednak są bardzo podobne.
Zrekrutować szpiega
- Tradycyjnym sposobem werbunku były i prawdopodobnie dalej są kontakty osobiste z wytypowanymi osobami, z reguły trwające przez dłuższy, czasem trwający kilka miesięcy lub wręcz lat, czas – mówi dr Michał Piekarski, specjalista ds. bezpieczeństwa z Uniwersytetu Wrocławskiego. - Dokonują go zarówno oficerowie wywiadu udający dyplomatów oraz "zwykle" osoby, czyli inni działający agenci.
Pierwszy kontakt ma zwykle charakter całkowicie niepolityczny i pozbawiony kontekstu bezpieczeństwa. Rekrut nie słyszy o wywiadzie ani o państwie zleceniodawcy, lecz o banalnych rzeczach. Początkowo potencjalny współpracownik wyświadcza przysługi. Dopiero w kolejnych etapach, już po sprawdzeniu dyspozycyjności i posłuszeństwa, zadania zaczynają być coraz trudniejsze.
- Wiadomo także o werbunkach dokonywanych podczas pobytu cudzoziemców w samej Rosji, zdarzają się także oferenci, czyli osoby które same zgłaszają się do rosyjskich służb – opowiada dr Piekarski. - Z powodu sankcji które obejmują także ograniczenia w poruszaniu się dyplomatów w Europie, zamknięcia części konsulatów oraz innych ograniczeń, ten kanał jest węższy niż kiedyś. Stąd też obserwowane jest nowe zjawisko.
Rekrutacja w sieci
Tych agentów, którzy mają po prostu przeprowadzać akty sabotażu, czy terroru i nie martwić się o to, że ich człowiek zostanie pojmany, rekrutuje się w najprostszy sposób. Instrukcje operacyjne są przekazywane w możliwie najprostszej formie, bez wyjaśniania celu całości operacji. W praktyce oznacza to krótkie komunikaty tekstowe, zdjęcia, pinezki z lokalizacją albo pliki udostępniane na krótki czas.
W bardziej wrażliwych przypadkach stosuje się tak zwane martwe punkty, czyli miejsca fizyczne lub cyfrowe, w których instrukcje są czasowo "zrzucane" i odbierane bez bezpośredniego kontaktu pomiędzy stronami. Jest to połączenie klasycznych technik wywiadowczych z realiami epoki smartfonów i geolokalizacji, pozwalające ograniczyć liczbę śladów prowadzących do organizatora.
- Jest to werbunek agentów przez komunikatory internetowe takie jak Telegram, gdzie zamieszczane są ogłoszenia - mówi dr Piekarski. - Najczęściej chodzi o wykonanie prostych, ale dobrze płatnych prac. Może to być na przykład wykonanie napisów na murach. Zadania, które są proste, ale łatwe w weryfikacji.
- Ponadto można w ten sposób wyselekcjonować tych najbardziej przydatnych zaś gorszych - głupszych czy mniej ostrożnych - łapie kontrwywiad i to jest dla Rosjan także zysk. Koszt jaki ponoszą jest niewielki, a obciążają nasze służby pracą, co pochłania czas i zasoby ludzkie – wyjaśnia specjalista.
Szybkie płatności
Wynagrodzenie za wykonane zadania niemal zawsze wypłacane jest w kryptowalutach, co ma dwa cele. Z jednej strony obniża próg wejścia, bo płatność jest szybka i pozornie anonimowa, a z drugiej znacząco utrudnia organom ścigania odtworzenie pełnej ścieżki finansowej i powiązanie jej bezpośrednio z państwem zleceniodawcą, którym w takich operacjach jest Rosja.
Charakterystyczne jest także stopniowanie stawek, które rosną wraz z ryzykiem, co dodatkowo wiąże wykonawcę z siecią i zmniejsza jego skłonność do wycofania się. Polskie prawodawstwo nadal nie nadąża za problemami, jakie powodują tego typu płatności. A jego uregulowanie ma wielu przeciwników zarówno w Parlamencie, jak w Pałacu Prezydenckim.
- Według znanych casusów, płatności odbywają się kryptowalutami ponieważ one są poza kontrolowanym przez państwo obiegiem - objaśnia dr Piekarski. - Owszem, da się je śledzić, ale znowu - to wymaga czasu i środków.
- Niestety, istnieje ryzyko że takie płatności służą do nielegalnego finansowania choćby partii politycznych czy osób zaangażowanych w ich działalność. Po prostu omijają istniejące regulacje - i wymagany jest czas, wiedza operacyjna i specjalistyczne analizy, by takie przepływy wychwycić – zauważa kolejne problemy.
Cały ten model opiera się na założeniu, że pojedynczy wykonawca jest łatwo zastępowalny, a jego zatrzymanie nie kompromituje struktury. Z punktu widzenia rosyjskich służb są to działania tanie i politycznie wygodne, ponieważ pozwalają prowadzić realne operacje dywersyjne poniżej progu wojny, jednocześnie utrzymując formalną możliwość zaprzeczania odpowiedzialności.
- Ponadto sam fakt użycia "bieda-agentów z Telegrama" może mieć wpływ na politykę. Jeśli rekrutowane są osoby np. z Ukrainy łatwo jest później szerzyć narrację że za aktem dywersji nie stoi Rosja tylko Ukraina. Ponadto samo natężenie ataków, zwłaszcza na infrastrukturę, może zastraszyć i męczyć atakowane społeczeństwo, a to może przełożyć się na wynik wyborów – podsumowuje dr Piekarski.
Dla Wirtualnej Polski Sławek Zagórski