Jan Karbaat, założyciel kliniki w Barendrechcie
Jan Karbaat, założyciel kliniki w Barendrechcie (Youtube.com)

200 dzieci Louisa, kilkadziesiąt doktora. Jak do tego doszło?

Historie takie jak ta, wymyślone przez scenarzystę albo pisarza, brzmiałyby niewiarygodnie. Tyle w niej zbiegów okoliczności i zwrotów akcji. Za dużo, jak na fikcję. Ale ta historia zdarzyła się naprawdę i jest tak wciągająca, że może posłużyć za gotowy materiał na film.
Głosuj
Głosuj
Podziel się

A było tak: doktor Jan Karbaat, autorytet w leczeniu niepłodności, otworzył w Holandii klinikę, w której poddawał kobiety zabiegowi inseminacji, niekiedy używając do tego wymieszanego nasienia kilku mężczyzn. Wielokrotnie korzystał także z własnej spermy. Jednym z jego wieloletnich dawców był Louis, autystyczny Surinamczyk, jak pogardliwie o nim mówiono, chwilę po tym gdy oszustwa dr. Karbaata wyszły na jaw. Z dokumentacji, którą prowadził Jan Karbaat wynika, że lekarz nadał Louisowi kilka tożsamości. Raz w anonimowym paszporcie dawcy wpisany był jego dokładny wzrost i waga, innym razem centymetrów i kilogramów przybywało albo ubywało. Zmieniane miał wykształcenie, hobby, status rodziny, której w rzeczywistości nie miał. Wszystko działo się bezkarnie. Doktor przekonany był, że sprawa nigdy nie wyjdzie na jaw. Stało się jednak inaczej.

"Spermooszustwo" mafii spermowej

Jeszcze za życia Karbaata Ministerstwo Zdrowia zamknęło klinikę z powodu wielu nieprawidłowości w jej funkcjonowaniu. Wśród powodów podano, między innymi, fałszowanie danych dawców i wykorzystywanie przestarzałej aparatury do diagnostyki i zabiegów. Kiedy po śmierci kontrowersyjnego doktora ludzie dowiedzieli się, że Karbaat sam był dawcą nasienia i ma ponad 40 biologicznych dzieci, wybuchł skandal. Jego nazwisko było na czołówkach wszystkich gazet. O sprawie pisał cały świat. Brytyjski "The Guardian", amerykański "New York Times", francuski "Le Monde" i hiszpański "El Pais". Klinikę Jana Karbaata w Barendrechcie nazwano "mafią spermową", a do języka weszło nowe słowo "sjoemelsperma", czyli "spermooszustwo". Kamilowi Bałukowi, który jeszcze za życia Kaarbata, przed upublicznieniem niewygodnych faktów, opisał całą historię w książce "Wszystkie dzieci Louisa", udało się mimo to pokazać jeszcze jedną stronę całej sprawy. Udowodnił, że Karbaatowi nie chodziło o "spermooszustwo", tylko o wyjście naprzeciw ówczesnym ludzkim marzeniom i potrzebom, które w pewnym momencie zboczyły z kursu.

Klinika Jana Karbaata w Barendrechcie
Źródło: Archiwum prywatne / Klinika Jana Karbaata w Barendrechcie

- Rodzice chcieli mieć dzieci, bezpłodni mężczyźni chcieli żeby córki i synowie poczęte z cudzego nasienia byli do nich podobni - wylicza. - Wielu dawców zwyczajnie chciało pomóc bezpłodnym parom albo samotnym kobietom. Tym bardziej, że w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w Holandii przekonywano, że zostanie dawcą spermy, to to samo, co bycie dawcą krwi czy szpiku.

Pomagali więc sami lekarze, studenci medycyny, psychologowie. Wszyscy anonimowo i tak miało być już zawsze. Nikt się nie spodziewał, że dane mogą zostać ujawnione. Nikt wtedy nie myślał o badaniach genetycznych.

Skóra dziewczynki ciemnieje z miesiąca na miesiąc

– Wielu lekarzy traktowało inseminację jako zabieg okołomedyczny – dodaje Bałuk. – Dawca nasienia przychodził do kliniki, zostawiał kubeczek ze spermą lekarzowi, który następnie sprzedawał go kobiecie albo parze. Bywało, że kobieta aplikowała ją sobie sama w domu. To co działo się w klinice w Barendrechcie przypominało bardziej zabałaganiony sklepik ze spermą, niż zorganizowane działanie mafijne. Podobne rzeczy dzieją się na całym świecie. Polska też na pewno ma swoich Karbaatów i Louisów. Być może wyjdzie to za kilka lat, choć nie tak łatwo jak w Holandii, gdzie niedopatrzenia i kłamstwa Karbaata zdradził ciemniejszy kolor skóry rodzących się z nasienia Surinamczyka dzieci – domyśla się.

W książce Bałuka czytamy: "Skóra dziewczynki ciemnieje z miesiąca na miesiąc. Siostra jest blondynką o jasnej karnacji, a przecież miały być z tego samego dawcy. Coś jest nie tak, pojawia się myśl, ale szybko znika, zepchnięta gdzieś w tył głowy, jakby jej nigdy nie było, bo i czemu jakaś myśl miałaby podważyć obietnicę, którą dał jej lekarz". To kolejny element tej i tak już skomplikowanej historii. Wiele klientek dr. Jana Karbaata po urodzeniu pierwszego dziecka wracało do jego kliniki, chcąc zajść w kolejną ciążę. Mimo zapewnień lekarza, że zostanie im podane nasienie tego samego dawcy, tak się nie działo. A żeby tego wszystkiego było mało, odnaleziono rodzinę, w której jest dwóch braci. Jeden z nich urodził się ze spermy Karbaata, drugi z Louisa. Takie dzieci nazywane są w Holandii "połówkami" – półsiostrami i półbraćmi.

Źródło: Kadr z YouTube / Połówki czyli dzieci Louisa, które wzięły udział w programie telewizyjnym

Jest jednak różnica, czy jest się "połówką" czy "Połówką". Ta wielka litera ma znaczenie, bo jeśli jest się połówką przez duże "P", to znaczy, że jest się dzieckiem Louisa. Połówka przez małe "p" oznacza, że miało się innego dawcę i jest się na przykład dzieckiem Karbaata. Tych, na ten moment, odnalazło się już około 50. - Dzieci Karbaata nazwały swoją grupę “Karbaat Unlimited” – opowiada Kamil Bałuk. – Chciały w ten sposób podkreślić, że może być ich nieograniczona liczba osób, a także, że pomysłowość ich biologicznego ojca nie miała granic. Ciekawym jest też, ze zanim stuprocentowo potwierdzono ojcostwo Jana Karbaata, kilka grup rywalizowało ze sobą o to, czy są jego potomkami, czy nie.

Opłaca się być Połówką

Ta rywalizacja pozornie może się wydawać niedorzecznością, ale gdy przyjrzymy się temu, jak silnie i mocno wspierają się Połówki, czyli dzieci Louisa, przestaje to dziwić.

– Bycie dzieckiem Louisa niespodziewanie stał się profitem w ich życiu – wyjaśnia Bałuk. – Ci, którzy byli jedynakami, nagle dostali kilkanaścioro, a czasem nawet kilkadziesiąt braci i sióstr. Wyglądają podobnie, lubią podobne rzeczy, ich historia jest zbliżona. Wspierają się wzajemnie na wielu polach. Na przykład, gdy któreś z nich wyrzuca meble, to najpierw pyta pozostałych Połówek czy ich nie potrzebują. Albo kiedy w firmie, w której pracują, poszukiwani są stażyści, to najpierw szukają kandydatów w swoim gronie. W całej Holandii mają darmowe noclegi. Amanda, jedna z Połówek, powiedziała, że Połówki powoli stają się marką. Rok po wydaniu książki "Wszystkie dzieci Louisa" odnalazło się ich już 50. Żartują, że na premierę holenderskiego wydania trzeba będzie negocjować z wydawcą wynajęcie dużej sali, żeby wszyscy się pomieścili – dodaje Bałuk.

Sposób w jaki dzieci Louisa odnajdywały się, to kolejny nieprawdopodobny zbieg okoliczności.

"Te dzieci to wy"

- W 1989 roku mijało kilka lat, odkąd Louis został dawcą spermy – wyjaśnia Kamil Bałuk. - Wszedł któregoś razu do gabinetu doktora Karbaata, w którym miał, jak zawsze, zostawić słoiczek z nasieniem. Pokój był pusty. Podszedł do biurka i zobaczył leżące karty anonimowych dawców. Zerknął na nie przelotnie, ale to co zobaczył, zatrzymało go. Przeczytał informację o kolorze oczu - piwne, włosów - ciemne i rzadkiej grupie krwi dawcy. Z łatwością domyślił się, że to jego karta, tym bardziej, że doktor mówił, że w bazie nie ma wielu brunetów. Zajrzał do dokumentacji, z której dowiedział się, że z jego nasienia urodziły się bliźniaki Maaike i Matthijs. Zapamiętał te imiona, przeczuwając, że będą mu jeszcze kiedyś potrzebne.

Źródło: Kadr z YouTube / Dorosła Maaike w programie telewizyjnym z udziałem Połówek

Kiedy pojawił się powszechny dostęp do internetu Louis wielokrotnie wpisywał imiona Maaike i Matthijsa wraz z ich nazwiskiem w wyszukiwarkę. Nie dostawał żadnych zwrotnych. Po latach dowiedział się, że matka bliźniaków zmieniła dzieciom nazwisko po tym, jak opuścił je ich prawny ojciec.

"Bum! Tak trzaskają drzwi domu mężczyzny, który już za parę minut przestanie być ojcem Maaike i Matthijsa. Na dworze mróz, jest parę dni przed Bożym Narodzeniem. Dzieci mają sześć lat, przed chwilą siedziały w środku, teraz stoją przed domem, pod który właśnie podjeżdża samochodem ich matka. – Tatuś wyrzucił nas za drzwi. Powiedział, że nie chce nas więcej widzieć. Mamo, dlaczego on to zrobił? – pytają w samochodzie. – Bo to nie jest wasz tatuś – odpowiada krótko, rzeczowo. Dodaje jeszcze, że od tego momentu ów człowiek bezpowrotnie zniknie z ich życia. I wyjaśnia: – Żeby zajść w ciążę, poszłam do takiego banku, gdzie mieli dużo nasienia. Dali mi go trochę, żeby mogły z niego powstać dzieci. Te dzieci to wy".

Maaike szuka dawcy

Od tego czasu Maaike zaczęła interesować się, czym jest sztuczne zapłodnienie. Przygotowała w szkole prezentację na ten temat i tłumaczyła innym dzieciom w klasie kim jest dawca, czym jest nasienie i w jaki sposób dochodzi do jego połączenia z komórką jajową kobiety. A kiedy w domu Maaike pojawił się internet zaczęła poszukiwać dawcy, dzięki któremu przyszła na świat. To doprowadziło ją do decyzji o wzięciu udziału w programie telewizyjnym, w którym dzieci szukały swoich biologicznych rodziców. – Program, w którym wystąpiła Maaike był programem chrześcijańskim, odpowiednik naszego "Ziarna" – wspomina Bałuk. – W Polsce taki temat nie miałby szans pojawić w katolickiej telewizji, w katolickim programie. W Holandii to nikogo nie dziwiło. Co więcej, bardziej dziwiło to, że ja jestem zdziwiony. Prowadzący ten program, który jest człowiekiem silnie wierzącym, skomentował, że przecież to jest temat, który interesuje młodych ludzi, a program kierowany jest właśnie do takiego widza.

Louis nie widział programu z udziałem Maaike, gdy był emitowany po raz pierwszy. Zobaczył dopiero powtórkę, nagraną przypadkiem na kasecie wideo po filmie, który oglądał. To dało początek odnajdywania jego kolejnych dzieci. Ich pierwsze spotkanie było rozczarowaniem, przynajmniej dla córek i synów Louisa. On sam był zadowolony. Nie zauważył nawet, że coś było nie tak. To przez autyzm, z którym, choć w lżejszej postaci Aspergera, Louis zmaga się na co dzień. A to oznacza, między innymi, że nie wyczuwa co należy mówić i jak należy się zachowywać. Stosowność sytuacji i miejsca nie istnieje dla niego.

Autyści w klubokawiarni "Życie Jest Fajne"

Louis wyciąga dosłowne wnioski, nie czyta między wierszami, nie wyczuwa aluzji, nie rozumie emocji. Dlatego w czasie pierwszego spotkania z własnymi dziećmi dosłownie zalał je surinamską historią własnej rodziny i nie był zupełnie zainteresowany poznaniem córek i synów. O nic nie pytał, nie okazywał zaciekawienia. Ale dzisiaj, po czasie, Louis pracuje nad sobą. – Przed wydaniem holenderskiego tłumaczenia książki pokazywałem moim rozmówcom, Połówkom, tekst do ponownej autoryzacji – opowiada Bałuk. – Okazało się, że sporo się zmieniło, więc powstał nowy koniec.

Louis ma marzenie

Louis zaczął się starać, pyta dzieci co u nich słychać, a w jego przypadku to ogromna zmiana. "Fien była w szoku, kiedy ostatnio w mailu zapytał, co słychać u jej chłopaka" napisał w książce Kamil Bałuk. Louis uczy się jak być z innymi, co może mówić, a czego nie, jak nie ranić uczuć innych. Raz na pół roku spotyka się ze swoimi potomkami w większej grupie, częściej w podgrupach. Z jednym dzieckiem wybrał się na seans spirytystyczny, bo to było ich wspólne zainteresowanie. Z drugim poszedł na spacer. – Biologiczni synowie i córki Louisa przechodzą drogę od pełnego rozczarowania nim, do jakiejś formy akceptacji – mówi autor książki. - Podobne uczucia przeżywa się wobec własnego ojca, takiego, który był z nami przez całe życie. Każdy ojciec jest jednocześnie i rozczarowaniem, i można dostrzec w nim pozytywne strony.

Zmiana jaka zachodzi w Louisie prowadzi do spełnienia jego marzenia. Pragnął, żeby znalazł się ktoś, kto przyjdzie na jego pogrzeb i komu mógłby przekazać swoje rzeczy. Wydaje się, że cel osiągnął i te kilkadziesiąt osób, Połówek, deklaruje, że przyjdą. Stał się ważną częścią ich życia. Jednego nie udało mu się tylko osiągnąć. Chciał potomkowi przekazać swoje nazwisko, żeby zachować ciągłość rodziny. Żadna z Połówek, przynajmniej na ten moment, nie godzi się na to. Chcą być lojalni wobec swoich ustawowych, prawnych opiekunów. Przyjęcie nazwiska dawcy nasienia to zbyt wiele.

Musisz po prostu jechać przed siebie

A na czym zależało dr. Janowi Karbaatowi? Jedyną wartością jaka się dla niego liczyła była skuteczność. Reguł szczerze nienawidził. Dlatego pewnie lepiej czuł się w Surinamie, niż w Holandii, w której ludzie kierują się i przestrzegają przepisów. Bałukowi w czasie ich spotkania opowiadał: "A w ruchu drogowym – pełna wolność, tak jak lubię. Kiedyś w Surinamie odwiedziły mnie wnuki, jechaliśmy razem samochodem. Tłumaczyłem im: tu każdy jeździ, jak chce. Jeśli jedziecie autem, rozglądajcie się naokoło, bądźcie dla innych wyrozumiali. Facet z prawej chce cisnąć przez skrzyżowanie? Popatrzcie, czy jest na to miejsce. Jest? Pozwólcie mu przejechać. Spytali mnie: „Dziadku, ale czy tu nikt nie zna zasad ruchu drogowego?”. Odpowiedziałem im, że jest tylko jedna zasada. Musisz po prostu jechać przed siebie".

- Według mnie, to jedno zdanie charakteryzowało całe podejście do życia Jana Karbaata – stwierdza Kamil Bałuk.

– Odwiedziłem go w ciepły wiosenny dzień. Kiedy wszedłem do jego pomalowanego na żółto domu, w którym kiedyś mieściła się klinika, w środku panował klimat lat 60., grali Beach Boysi. Zaproponował mi wino, za które podziękowałem, więc pił sam. Ubrany był swobodnie, miał jednodniowy zarost. Był dowcipny i bardzo barwnie opowiadał. Niesamowicie ożywiał się kiedy mówił o latach 50. i Surinamie. Mentalnie był Surinamczykiem, co sam przeczuwałem, a co potwierdził w wywiadzie udzielonym po śmierci doktora, jego rodzony brat. To właśnie w Surinamie pomógł pierwszym kobietom zajść w upragnioną przez nie ciąże. Myślę, że właśnie satysfakcja jego klientek była tym, co go motywowało do działania. Chciał, żeby te kobiety były szczęśliwe. Tylko, że rozumiał to w bardzo uproszczony sposób, właściwy tamtym czasom. Pragnął, żeby jak najwięcej kobiet, w jak najkrótszym czasie, zaszło w ciążę. To było dla niego miarą sukcesu i tym mierzył swoją skuteczność. Oczywiście, skrzywdził wiele osób, skomplikował życie setkom Holendrów, nie chciał też po latach rozmawiać z dawnymi klientkami czy dorosłymi już dziećmi, a używanie własnego nasienia do uszczęśliwiania kobiet było zwyczajnie nikczemne. Ale on był przekonany, że to nigdy nie wyjdzie na jaw. Zresztą, do końca życia deklarował, że nie wierzy w badania DNA i uważał, że nie są wiarygodne. Był z siebie zadowolony i kiedy wychodziłem z jego domu po wywiadzie, ostatnim jakiego udzielił, krzyczał: "6 tysięcy Holendrów! 6 tysięcy Holendrów poczętych w mojej klinice!". Nie mam wątpliwości, że był zadowolony z dzieła swojego życia.

Źródło: Dowody na istnienie
Głosuj
Głosuj
0
Ważne
0
Smutne
0
Ciekawe
0
Irytujące