Żółwie tempo Kremla. Nie dadzą rady tego ukryć
Zwolennicy Kremla powtarzają, że ukraińskie wojska wciąż się cofają i Rosja bezsprzecznie wygrywa wojnę, więc szkoda marnować pieniądze na pomaganie przegranym. Ta narracja zaczyna blednąć, kiedy przyjrzeć się szczegółom.
Wśród przeciwników dalszego wsparcia Ukrainy regularnie powraca argument pozornie nie do odparcia, że Rosja, mimo strat, sankcji i niemal czterech lat wojny, wciąż posuwa się naprzód. Kolejne miejscowości przechodzą pod rosyjską kontrolę, a suma zajętego w tym roku terytorium wyniosła ok. 4669 km kw. a linia frontu przesuwa się na zachód.
Z tej perspektywy wniosek jest taki, że Rosja wygrywa, a Ukraina jedynie opóźnia nieuniknione. Problem polega na tym, że taka narracja opiera się na wyrwanych z kontekstu liczbach i całkowicie pomija realia nowoczesnej wojny oraz historyczne tempo działań militarnych w konfliktach o porównywalnej skali.
Liczba 4669 km kw. brzmi poważnie, dopóki nie spróbuje się jej osadzić w realnej przestrzeni i czasie. To mniej więcej jedna czwarta powierzchni województwa podlaskiego. W warunkach stricte geograficznych oznaczałoby to, że przeciwnik, zaczynając od wschodnich granic powiatu białostockiego, dotarłby do linii Supraśl–Zabłudów.
Nie jest to marsz na Warszawę, ani nawet na Białystok. To postęp mierzalny, ale w skali państwa wielkości Ukrainy oraz w warunkach wojny totalnej, prowadzonej przez jedno z największych militarnie państw świata, wynik daleki od ogłaszania wielkiego zwycięstwa.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że równolegle Ukraina nie pozostaje wyłącznie w defensywie. W skali całego roku ukraińskie kontrataki pozwalały miejscami odzyskiwać średnio około 60 km kw. miesięcznie. Z perspektywy mapy wygląda to niepozornie, lecz operacyjnie oznacza zdolność do odbudowy potencjału, przeprowadzania lokalnych uderzeń i narzucania Rosjanom konieczności reagowania. Wojna, w której jedna strona wyłącznie zdobywa, a druga wyłącznie się cofa, wygląda zupełnie inaczej niż obecny konflikt w Ukrainie.
Najgorsze tempo w historii
Kluczowe znaczenie ma jednak porównanie historyczne. Jeżeli rosyjskie tempo uznać za dowód nieuchronnego zwycięstwa, to należałoby zapytać, jak na tym tle wyglądały największe wojny ostatnich 150 lat. I tu narracja o "niezatrzymanym postępie" zaczyna się kruszyć.
Podczas I wojny światowej front zachodni przez niemal cztery lata pozostawał w dużej mierze statyczny. Między jesienią 1914 r. a wiosną 1918 r. linia okopów we Francji i Belgii przesuwała się miejscami o kilka, kilkanaście kilometrów, a spektakularne ofensywy kończyły się zdobyciem pojedynczych pasów terenu okupionych setkami tysięcy ofiar. Dopiero w ostatnich miesiącach wojny, po załamaniu się niemieckiego potencjału, alianci byli w stanie przejść do manewru operacyjnego. Tempo zdobywania terenu w przeliczeniu na miesiące było często niższe niż to, które obserwujemy dziś w Donbasie.
Front wschodni I wojny był znacznie bardziej ruchomy, ale i tam mówimy o realiach zupełnie innej epoki. Brak pełnej motoryzacji, ograniczone środki łączności i rozpoznania powodowały, że przesunięcia frontu wynikały częściej z załamań logistycznych i odwrotów całych armii niż z precyzyjnie zaplanowanych operacji. Co istotne, wojna toczyła się na ogromnych i słabo zaludnionych przestrzeniach.
Dopiero II wojna światowa przyniosła tempo działań, które można uznać za rzeczywiście "szaleńcze". Operacja Barbarossa w 1941 roku oznaczała zajęcie setek tysięcy kilometrów kwadratowych w ciągu kilku miesięcy. Niemieckie armie pancerne parły w głąb Związku Sowieckiego, okrążając całe fronty i niszcząc zdolność przeciwnika do prowadzenia obrony manewrowej.
Podobnie w drugą stronę, gdy Armia Czerwona w latach 1944–1945 przechodziła do ofensywy, tempo przesuwania się linii frontu było nieporównywalne z tym, co obserwujemy dziś. Ofensywa znad Wisły na Odrę to setki kilometrów zdobyte w ciągu kilku tygodni, przy załamaniu niemieckiego systemu obronnego.
W 1943 r. walki toczyły się mniej więcej na tym terenie, gdzie trwają dziś. Wówczas w działaniach na froncie wschodnim średnie tempo postępu wynosiło około 4,5 km dziennie na całej długości frontu. Tymczasem dziś, licząc całą długość frontu, Rosjanie zdobywają zaledwie ok. 5 metrów dziennie! Wszystko dlatego, że na froncie o długości 1200 km, Rosjanie prowadzą działania zaledwie na odcinku o szerokości ok. 60 km.
Potęga na glinianych nogach
Tylko po bitwie na Łuku Kurskim w 1943 r. Armia Czerwona zdobyła teren o powierzchni ponad 30 tys. km kw. Na tym tle rosyjskie 4669 km kw. w skali roku wygląda skromnie. To tempo, które w realiach II wojny światowej odpowiadałoby raczej działaniom pomocniczym niż głównemu kierunkowi natarcia.
Co więcej, Rosja prowadzi tę wojnę przy pełnej mobilizacji przemysłu zbrojeniowego, przy wsparciu sojuszników takich jak Iran czy Korea Północna i przy znacznym wysiłku ekonomicznym. Mimo to nie jest w stanie osiągnąć operacyjnego przełamania, które zmieniłoby charakter konfliktu.
Narracja o "nieuchronnym zwycięstwie", oparta wyłącznie na przesuwającej się linii frontu, ignoruje podstawowe fakty. Wojny nie wygrywa się samym zajmowaniem terenu, jeśli koszt tego postępu podkopuje zdolności ofensywne, stabilność gospodarki i długoterminowy potencjał państwa. W tym sensie obecne tempo rosyjskich działań mówi więcej o ograniczeniach Kremla niż o słabości Ukrainy.
Jeżeli więc spojrzeć na liczby bez propagandowych uproszczeń, to postęp Rosjan w 2025 roku nie jest dowodem zwycięstwa. Jest dowodem wojny na wyniszczenie, prowadzonej w tempie, które w historycznej skali należy do najwolniejszych, a nie najszybszych. I to właśnie ten fakt powinien być punktem wyjścia do każdej poważnej analizy tego konfliktu.
Dla Wirtualnej Polski Sławek Zagórski