Zadzwonił na numer alarmowy. Było mu zimno, mówił, że "zaraz umrze"
W sprawie 40-latka, który w bardzo mroźną noc potrzebował pomocy, interweniowała we wtorek rano Straż Miejska w Warszawie. Mężczyzna sam zadzwonił na 986 i zgłosił, że jest mu bardzo zimno i "zaraz umrze". "Pomoc nadeszła w ostatniej chwili" - przekazali w komunikacie strażnicy.
Strażnicy miejscy z Warszawy we wtorek około godz. 6 odebrali dramatyczne wezwanie od 40-letniego mężczyzny w kryzysie bezdomności. Przez telefon przekazał on, że jest mu bardzo zimno, źle się czuje i "za chwilę umrze".
St. insp. Elżbieta Banaszek z Referatu Patrolowo-Interwencyjnego przekazała, że zgłoszenie dotarło na samym końcu nocnej zmiany. - Wiedzieliśmy, że trzeba działać natychmiast. Tej samej nocy byliśmy u tego człowieka. Wtedy jeszcze w szopie było nagrzane, ale tłumaczyliśmy mu, że nie może tam zostać. Prosiliśmy: "zawieziemy Cię, prześpisz noc, ogrzejesz się i wrócisz". Nie chciał - powiedziała.
Straż Miejska interweniowała ws. 40-latka. "Był niebieski na twarzy"
Kilkanaście minut po informacji od 40-latka, strażnicy z torbą ratowniczą i defibrylatorem dotarli na miejsce. - Spodziewaliśmy się wszystkiego - mówiła strażniczka.
- Weszliśmy do szopy. Było widać, że jest źle. Szron na ścianach, nawet na daszku jego czapki. Pan Grzegorz siedział skulony, miał lodowate dłonie, był niebieski na twarzy. Spytaliśmy, dlaczego nie napalił w "kozie", wyszeptał, że bał się wyjść na mróz - dodała st. insp. Banaszek. Przekazała, że 40-latka okryli, "czym się dało" i wezwali pogotowie.
- Zebraliśmy suche gałęzie z okolicy, rozpaliliśmy ogień i czekaliśmy na ratowników. Dosłownie widać było, jak zmienia się kolor skóry mężczyzny… - podkreśliła.
40-latek z Wawra został przetransportowany przez pogotowie do szpitala. "Pomoc nadeszła w ostatniej chwili" - podsumowano w komunikacie.
Źródło: Straż Miejska Warszawa