Żyrardów. Jak 39 lat temu wybuchł tu strajk głodowy włókniarek. Zabrakło nawet chleba
Trzynastego października stanęło całe miasto. Zamilkły maszyny Zakładów Przemysłu Lniarskiego, Zakładów Tkanin Technicznych, fabryki pończoch Stella. Dołączył Poldres w pobliskim Mszczonowie. Niemal 15 tysięcy ludzi odmówiło pracy. Główny powód: niedobory zaopatrzeniowe i zaglądający w oczy głód. Tu na sklepowych półkach nie było nawet octu.
Włókniarki miały dość. To przecież one, harujące codziennie przy maszynach, musiały jeszcze zdobyć jakoś po pracy jedzenie dla swoich dzieci - tak w Polsce funkcjonowało w latach 80. wiele rodzin. Trudno dziś sobie wyobrazić takie życie: żywność jest na kartki, ale nie daje się tych kartek - jak to wówczas określano - zrealizować, czyli zamienić je na konkretne towary: mięso, mąkę, kasze, alkohol i papierosy, bo po prostu nie ma tego w żadnym sklepie.
Tak w Żyrardowie jest od miesięcy. Przydziały towarów są sterowane centralnie, handel jest w rękach socjalistycznych władz, sklepów prywatnych jest jak na lekarstwo - to najwyżej warzywniaki, które ledwo zipią. Na targowiskach większy wybór, ale wszystko jest drogie, z dodaną marżą. Czara goryczy przeleje się w październiku.
Dziennikarz "Tygodnika Solidarność" przyjedzie do Żyrardowa, by zrobić reportaż opisujący strajk włókniarek w mieście, w którym - jak we wszystkich ośrodkach przemysłowych w Polsce - wrzało już od lata 1981 roku. Prawie wszędzie brakowało żywności, stały kolejki, zapisy na nocne czuwanie robiono przed każdym sklepem mięsnym.
Dziennikarz przytacza rozmowy z kobietami. "Co robić? - powiadają. - Nie mamy innego wyjścia. Zdecydowałyśmy, że strajk będzie rotacyjny, na okupacyjny nie możemy sobie pozwolić. Większość to matki, trzeba zająć się dziećmi. Przemysł lekki, a praca ciężka jak w górnictwie. Każda z nas obsługuje po cztery maszyny. Warunki bhp - lepiej nie mówić. Ale żeby było choć co jeść. Po pierwszej zmianie stoi się w kolejce po warzywa kilka godzin, wtedy chleba nie można już kupić. Przed pójściem do pracy na szóstą kolejki po mleko, masło, śmietanę ustawiają się już o czwartej. A nawet wcześniej. I nie ma gwarancji, że się kupi. Co to za życie? Jak rząd śmie namawiać nas w takiej sytuacji do pracy? To urąga ludzkiej godności. Dzieci nie wiedzą, czy matka, wracając z pracy, przyniesie chleb. Nie można jeść ciągle tylko kaszy".
Żyrardów. W 1981 roku wybuchł tu strajk głodowy włókniarek. Bo czekały, czy może coś rzucą do sklepu
Włókniarki opowiadają, że od miesięcy nie widziały na oczy mięsa. Mają kartki z lipca, sierpnia i września - nie ma gdzie ich zamienić na towar. Na bazarze jajko jest osiemnaście razy droższe od tego w sklepie. W państwowych sieciach handlowych nie ma mydła, nie ma szamponu, makaronów, konserw, masła, a nawet smalcu, o cukrze - też na kartki - nie wspominając.
Dziennikarz opisuje scenę, jaka rozgrywa się w długiej kolejce przed sklepem Społem. Ludzie czekają, nie wiedząc nawet na co. Coś może rzucą. Okazuje się, że tym razem przywieźli wino patykiem pisane. Mężczyźni rzucają się jak zdziczali. Napierający tłum prawie przewraca starszą kobietę. Ta wymierza siarczysty policzek stojącemu najbliżej mężczyźnie. Takie awantury kolejkowe były codziennością.
Kobiety mają dość. Ale strajk obwołują mężczyźni
Żyrardów to miasto wzniesione wokół fabryki lnu. Cała niezwykła infrastruktura mieszkaniowa, projektowana z myślą o robotnikach, powstawała w środku niczego, dzięki możliwości wykorzystania cudownej maszyny Filipa de Girarda. To od jego nazwiska czerwone miasto - całe zbudowane z pięknej czerwonej cegły, tak samo jak cały system przemysłowych obiektów i kościół jak z francuskiego miasteczka - zostanie nazwane Żyrardowem.
Malownicze kwartały domków z infrastrukturą, po której dziś już zostały tylko szczątki - zapleczem pozwalającym hodować zwierzęta, uprawiać warzywa i kwiaty - tylko pozornie wskazują na sielskie życie robotnicze. Tak w kapitalistycznym świecie, jak i w systemie socjalistycznym, nastawionym na dobro robotnika, praca w przemyśle to gehenna. Kobiety zarabiają mało. Muszą pracować na trzy zmiany, biorą doróbki, żeby ich wypłaty były godne - dodatkowo przychodzą po południu albo w niedzielę.
I jeszcze ten koszmar w sklepach. Bo to głównie kobiety stoją w kolejkach. Rzadko która może liczyć na wsparcie męża w polowaniu na żywność. To one jeżdżą poza Żyrardów, do Warszawy, do Pruszkowa, do Sochaczewa albo Grodziska. Nie wiadomo dlaczego tam nie jest aż tak strasznie, jak u nich w Żyrardowie.