Startuje Rada Pokoju Donalda Trumpa. "Umiarkowana porażka"
Huczne zapowiedzi zderzyły się z dyplomatyczną rzeczywistością. W czwartek w Waszyngtonie rozpoczęło się pierwsze posiedzenie powołanej przez Donalda Trumpa Rady Pokoju (Board of Peace). Choć inicjatywa miała gromadzić światowych liderów, swój udział potwierdziło zaledwie pięciu przywódców państw. - Z punktu widzenia samego Trumpa nie jest to sukces – komentuje w rozmowie z Wirtualną Polską Jerzy Marek Nowakowski, były ambasador RP w Łotwie i Armenii.
Projekt Donalda Trumpa miał być nowym otwarciem w globalnej dyplomacji, jednak lista gości na inauguracyjnym posiedzeniu w Waszyngtonie jest zaskakująco krótka. Zamiast światowych mocarstw, przy stole zasiądą przedstawiciele Węgier, Indonezji, Albanii oraz Wietnamu. Rumunia zdecydowała się na udział jedynie w roli obserwatora, podobnie jak przedstawiciele Włoch czy Unii Europejskiej.
W Polsce sprawa Rady zyskała głównie rozgłos za sprawą sporu na linii Pałac Prezydencki - Kancelaria Premiera.
Spór przebiegł wedle tradycyjnego podziału dla polskiej polityki. W tle pojawiała się też kwestia opłaty członkowskiej, która wynosić miała nawet miliard dolarów.
Biały Dom w odpowiedzi na pytania Wirtualnej Polski potwierdził, że wszelkie wpłaty na rzecz Rady są dobrowolne, a sam udział w spotkaniu nie wiąże się z żadnymi zobowiązaniami finansowymi. Mimo to frekwencja - a co za tym prestiż - samej Rady pozostawia sporo znaków zapytania.
Co wyszło z wielkich zapowiedzi Trumpa, że nowe gremium będzie czymś, "czego nigdy wcześniej nie widziano"?
Czym jest Rada Pokoju ?
Cofnijmy się może najpierw do tego, czym owa Rada jest. - Gdy ta Rada zostanie w pełni uformowana, będziemy mogli zrobić praktycznie wszystko, co zechcemy - stwierdził amerykański prezydent, odnosząc się do powołanego przez siebie gremium.
Rada Pokoju - jak się początkowo wydawało - miała się przede wszystkim zająć problemem Strefy Gazy. Organ pojawił się w opublikowanym we wrześniu 2025 r. 20-punktowym planie dotyczącym powojennej Gazy i miałby nadzorować odbudowę palestyńskiej enklawy.
Kto zatem miał stanąć na czele organu? Odpowiedź jest oczywista - Trump.
Z dużej chmury mały deszcz
Jerzy Marek Nowakowski, były ambasador RP na Łotwie i w Armenii, w rozmowie z Wirtualną Polską ocenia to wydarzenie surowo.
- Delikatnie mówiąc, nie jest to najlepiej obsadzone grono. Prawdę mówiąc, zgłosiło się pięciu przywódców i to nie najbardziej znaczących, z czego jeden tylko jako obserwator - wylicza dyplomata. - Porównując to z hucznymi zapowiedziami, możemy mówić o umiarkowanej porażce - mówi dyplomata.
- Na razie nie wydaje się, żeby to był wielki sukces - dodaje.
W Waszyngtonie zabraknie zatem pierwszoplanowych postaci światowej polityki. Nawet Izrael, jeden z najbliższych sojuszników USA, reprezentowany będzie jedynie przez ministra spraw zagranicznych (Gideon Sa'ar - red.), a nie premiera Benjamina Netanjahu.
UE reprezentować będzie natomiast komisarz UE ds. Morza Śródziemnego, Dubravka Šuica. Z Polski na spotkanie pojechał, w imieniu Karola Nawrockiego, prezydencki minister Marcin Przydacz.
Kto pojawi się w Waszyngtonie?
Kto zatem pojawi się u boku Trumpa? Największym państwem reprezentowanym na szczeblu przywódcy jest Indonezja.
- Indonezja wykazywała do tej pory najwięcej zaangażowania, zapowiedziała nawet, że przyśle żołnierzy - analizuje Nowakowski. Jako możliwy powód takiego zaangażowania Dżakarty wskazuje na to, że Indonezja jest najludniejszym muzułumańskim krajem świata.
Co z pozostałymi? Albania - podobnie jak Indonezja - może kierować się względami religijnymi.
Viktor Orban? - Tutaj przede wszystkim chodzi o kontekst wyborczy - podkreśla rozmówca Wirtualnej Polski.
Z kolei obecność Rumunii (w roli obserwatora) wynika z obaw o bezpieczeństwo w regionie. - Rozumiem, dlaczego tam przyjechali. Rumuni zabiegają o to, żeby Amerykanie nie wycofali się z ich kraju - podkreśla Nowakowski.
Nie tylko składa ale i cel
Wątpliwości budzi nie tylko lista gości, ale i sam cel spotkania. Były ambasador RP ma wątpliwości, czego właściwie dotyczyć będzie to pierwsze posiedzenie Rady Pokoju..
Pewną nadzieją na merytoryczne działania rady może być jej "ekipa wykonawcza". W zarządzie, obok bliskiego grona Donalda Trumpa, znalazł się m.in. były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair.
To właśnie dzięki temu członkowie nowego gremium będą mieli zajęcie. - Być może ta Rada będzie miała zajęcie dzięki nim. Natomiast w tej chwili mam wrażenie, że z punktu widzenia samego Trumpa nie jest to sukces - podsumowuje Nowakowski.
Tomasz Waleński, dziennikarz Wirtualnej Polski