Trwa ładowanie...

Startował w Barcelonie, był mistrzem świata. Dziś Cezary Jędrzycki walczy ze śmiertelną chorobą

- Wierzę, że moja śmiertelna choroba ma sens. Dzięki niej zbliżyłem się do Boga, zdałem sobie sprawę, że nie jestem pępkiem świata - mówi polski olimpijczyk z Barcelony i trzykrotny akademicki mistrz świata w wioślarstwie Cezary Jędrzycki. - Kiedy zachorowałem okazało się, że mogę liczyć tylko na garstkę osób, a reszta gdzieś się rozpierzchła. Zapewnienia o przyjaźni zweryfikował czas i sytuacja - dodaje w rozmowie z Piotrem Gulbickim, korespondentem Wirtualnej Polski w Londynie.

Share
Startował w Barcelonie, był mistrzem świata. Dziś Cezary Jędrzycki walczy ze śmiertelną chorobą
Źródło: fot. Piotr Gulbicki
d1uhu25

Jest pan rodowitym warszawiakiem.

- Od dawna mieszkam w Londynie, ale często wracam myślami do mojej rodzinnej Warszawy - a szczególnie Woli, gdzie się wychowałem. Takie sentymentalne wspomnienia 45-letniego byłego wioślarza, który miał okazję podziwiać klimat stolicy również z łodzi, z perspektywy Wisły.

Wioślarstwo to ciężki sport.

- Bardzo ciężki. Codzienne treningi, rywalizacja, walka z przeciwnikiem. Ale przede wszystkim z samym sobą. To kształtuje charakter, jednak na tym etapie życia, na jakim jestem obecnie, nie muszę być już najlepszy, nie muszę się ścigać i niczego nikomu udowadniać.

d1uhu25

Ale kiedyś chciał pan.

- Jasne, wioślarstwo było całym moim życiem. Trafiłem do niego przypadkowo w 1983 roku, jako 14-letni chłopak. Zdałem do technikum samochodowego, a że akurat była tam klasa sportowa, za namową pani doktor, która w trakcie wstępnych badań lekarskich stwierdziła, iż nadaję się na wioślarza, pomyślałem - czemu nie? Do tej idei bardzo zapalił się tata, który potem, aż do śmierci, był moim najwierniejszym kibicem.

Miał pan talent?

- Owszem, ale głęboko ukryty i musiałem dużo pracować, żeby go wydobyć. W końcu złapałem technikę, wypracowałem kondycję i okazało się, że z tej mąki może być chleb. Dzięki wioślarstwu zacząłem oddychać. Tego czasu, kiedy jest się na środku Wisły - tylko ty, woda i otaczająca wkoło przyroda - nie da się z niczym porównać. Nasza klasa działała pod auspicjami AZS AWF Warszawa, sumiennie trenowałem, szybko piąłem się w górę i zacząłem osiągać coraz lepsze wyniki awansując do kadry narodowej juniorów. Pływałem na jedynce i na ósemce, miałem ambitne plany i nagle, w ułamku sekundy, świat zawalił mi się na głowę.

???

- Pojechałem na zimowe, klubowe zgrupowanie do Rybnika. Owego dnia był duży mróz, więc trener odwołał zajęcia, jednak ja uparłem się, że pójdę pobiegać. Skończyło się tym, że wjechał we mnie samochód, co skutkowało poważnym złamaniem nogi. Rekonwalescencja trwała wiele miesięcy, ponownie treningi rozpocząłem po roku. Szybko jednak nadrobiłem stracony czas i w kolejnym sezonie zdobyłem wicemistrzostwo Polski juniorów w jedynce oraz złoto krajowego championatu seniorów w czwórce podwójnej. Powstałem jak feniks z popiołów i na dobre zaczęła się moja sportowa kariera.

W której nie brakowało sukcesów...

- Było ich trochę. Największe to trzykrotne akademickie mistrzostwo świata w czwórce podwójnej, medale ze wszystkich kruszców podczas mistrzostw Polski - w tym cztery złote, a przede wszystkim start na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie. Tam płynąc w czwórce podwójnej zajęliśmy 11. miejsce, ale sam udział w takiej imprezie to wielka nobilitacja. W reprezentacji Polski byłem do 1996 roku, jednak kiedy dwa lata później straciłem sportowe stypendium, zacząłem pracować jako nauczyciel wychowania fizycznego w szkole (w trakcie zawodniczej kariery Cezary Jędrzycki ukończył studia na warszawskiej AWF na kierunku trenerskim i pedagogicznym – przyp. red.), co znacznie ograniczało możliwości treningów. Nie poddawałem się, próbowałem to jakoś godzić, niemniej z czasem czułem się coraz bardziej wypalony. Ostatecznie w 1998 roku, mając 29 lat, zrezygnowałem z wyczynowego uprawiania sportu, a kiedy kilka miesięcy później kolega jechał do Londynu i zaproponował, że zabierze mnie ze sobą, długo się nie zastanawiałem. To
był impuls. Nowe miejsce, możliwość posmakowania czegoś innego, okazja do zarobienia pieniędzy.

d1uhu25

Brytyjska stolica nie rozczarowała?

- Miasto jest piękne, tętniące życiem, trudno się tu nudzić. Natomiast z pracą było gorzej - na początku imałem się różnych rzeczy, aż w końcu zostałem nauczycielem w szkole specjalnej, gdzie prowadziłem zajęcia z dziećmi autystycznymi. Zacząłem się też udzielać w nowo powstałym stowarzyszeniu młodej Polonii - Poland Street. To była dobra odskocznia, działalność społeczna w mojej rodzinie ma długą tradycję. Tata Wiesław był związany z Towarzystwem Wiedzy Powszechnej, a wcześniej, jako kilkunastoletni chłopak, walczył w Narodowych Siłach Zbrojnych. Mama Zofia zakładała Fundację Towarzystwa Uniwersytetów Ludowych, natomiast dziadek Jan Kaczor był jednym z założycieli Batalionów Chłopskich.

W Poland Street, której założeniem było budowanie mostów między nową i starą Polonią, poznałem wielu ciekawych ludzi. Zbieraliśmy pieniądze na wsparcie byłych AK-owców mieszkających w kraju. Przed Świętem Zmarłych sprzątaliśmy groby polskich żołnierzy pochowanych na londyńskim cmentarzu Gunnersbury. Organizowaliśmy spotkania z weteranami. Sporo się działo, jednak po trzech latach odszedłem z organizacji. Miałem dużo zajęć zawodowych, a jednocześnie zacząłem odczuwać symptomy zbliżającej się choroby, które z czasem się pogłębiały. Podczas wakacji na Teneryfie dostałem ataku epilepsji. Po powrocie do Londynu lekarz skierował mnie na badania, a skan głowy wykazał raka mózgu.

Szok.

- Moje życie wywróciło się do góry nogami. Co prawda stopień zagrożenia określono jako niski, ale już wtedy guz nie nadawał się do operacji. Musiałem zażywać lekarstwa antyepileptyczne, które bardzo osłabiły mnie fizycznie. Koordynacja ruchowa stawała się coraz gorsza, nie mogłem pracować tak wydajnie, jak wcześniej. Chciałem utrzymać dotychczasowy rytm życia - biegi, hantle, gra w piłkę - ale nie byłem w stanie. Zdarzały się sytuacje, że nie miałem sił, żeby iść do pracy. Kiedyś, jadąc na zajęcia do szkoły, wysiadłem z metra, bo nie mogłem kontynuować podróży. Lekarz, gdy mnie zobaczył, od razu wypisał kilka tygodni zwolnienia z diagnozą - wyczerpanie.

W ciężkich chwilach pomagało doświadczenie wyniesione ze sportu?

- Zdecydowanie. Przypominałem sobie wtedy słowa mojego trenera Jerzego Kosińskiego, który stale powtarzał, że nigdy nie można się poddać, a każdy mały kroczek przybliża do sukcesu. Miałem zakodowane, że jakkolwiek słaby czy zmęczony bym się nie czuł, muszę iść na trening i walczyć.

d1uhu25

Powoli przyzwyczajałem się do świadomości, że żyję z rakiem. Taki stan trwał pięć lat, aż w ubiegłym roku sytuacja uległa diametralnej zmianie. Kolejne badania wykazały, że guz przeistoczył się w fazę złośliwą i to w wysoki stopień zagrożenia. Intensywna chemio- i radioterapia była jedyną szansą przeżycia. Na początku podchodziłem do tego normalnie - ot, kolejne wyzwanie, z którym muszę się zmierzyć. Nie docierała do mnie powaga sytuacji, jednak z czasem zdałem sobie sprawę, że koniec może być bliski. To było trudne - i fizycznie i psychicznie. Wtedy znów odezwał się mój sportowy charakter. Jeszcze jedno pociągnięcie, jeszcze jeden krok. I ból, który nieodłącznie towarzyszy wioślarstwu.

Teraz jest lepiej?

- Czuję się zmęczony i wyczerpany, efekty uboczne leczenia zaczynają się nawarstwiać. Zaburzenia mowy, koncentracji, równowagi, problemy ze wzrokiem... Wejście na drugie piętro mieszkania zajmuje mi czasami kilka minut, muszę kilkakrotnie zatrzymywać się po drodze. A pomyśleć, że kiedyś wbiegałem zimą na Kasprowy Wierch...

To śmiertelna choroba i mam tego świadomość. Ile życia mi jeszcze zostało? Lekarze nic konkretnego nie mówią, bo niczego nie da się przewidzieć. Przeszedłem sześciotygodniowy okres chemio- i radioterapii, potem był miesiąc przerwy na regenerację i rozpoczęła się trwająca rok czasu chemioterapia. Mam do zaliczenia dwanaście cykli, teraz jestem w trakcie ósmego. Przez tydzień biorę chemię, trzy tygodnie odpoczywam i wszystko zaczyna się od nowa. Dzięki temu jest dużo czasu na przemyślenia.

Na temat życia?

- Życia, jego sensu, ludzkiej egzystencji. Inaczej zacząłem postrzegać świat, mniej materialistyczne. Dostrzegam znaczenie rodziny, miłości, prawdziwej przyjaźni - a więc wartości, nad którymi wcześniej się nie zastanawiałem. Wydawało mi się, że jestem niezniszczalny, że sam sobie dam radę w każdej sytuacji, tymczasem znalazłem się w położeniu, kiedy musiałem pozbyć się dumy i prosić kogoś o pomoc. Na szczęście mogłem liczyć na przyjaciół, Ewę i Grzegorza, dzięki którym żyję. Byli przy mnie podczas operacji, pomagali w późniejszym okresie. Oboje są moimi rodzicami chrzestnymi, mimo że to moi rówieśnicy.

d1uhu25

Rówieśnicy?

- Pewnego poranka, kiedy jeszcze byłem zdrowy, obudziłem się z myślą, że jeśli mam umrzeć, to w zgodzie z Bogiem. Miałem jakieś dziwne, wewnętrzne przeczucie. Ubrałem się i poszedłem do kościoła pw. św. Andrzeja Boboli w Londynie, gdzie proboszczem był wówczas ksiądz Bronisław Gostomski, który w 2010 roku zginął w katastrofie smoleńskiej. Tam, mając 36 lat, podjąłem decyzję, żeby się ochrzcić. Ksiądz Gostomski ujął mnie swoją postawą - o nic nie pytał, nie drążył tematu, uśmiechnął się tylko i powiedział: "Cieszę się". Ten jego uśmiech do dziś podtrzymuje mnie na duchu. Sakramenty przyjąłem w Poniedziałek Wielkanocny 2006 roku.

Wcześniej był pan niewierzący?

- Nigdy bliżej nie zgłębiałem tej tematyki, religia była mi obojętna. Owszem, bywałem kościele, ale bardzo rzadko, z okazji czyjegoś ślubu czy pogrzebu. Żyłem chwilą, korzystałem z uroków życia, lubiłem być w centrum towarzystwa. Ludzi, którzy mienili się moimi przyjaciółmi, nigdy wokół nie brakowało, ale kiedy zachorowałem okazało się, że mogę liczyć tylko na garstkę osób, a reszta gdzieś się rozpierzchła. Zapewnienia o przyjaźni zweryfikował czas i sytuacja.

To przykre?

- Czy ja wiem? Lepiej wiedzieć z kim ma się naprawdę do czynienia. Poza tym nic nie dzieje się bez przyczyny. Ktoś powiedział, że choroba jest po to, żeby zbliżyć człowieka do Boga. I miał rację. Ja mam przekonanie, że nie jestem sam i wiem, że we dwóch, razem z Jezusem Chrystusem, damy radę. Wierzę, że to, co dzieje się w moim życiu, ma sens. Dzięki temu dostrzegłem ludzi, którzy mają gorzej ode mnie, zdałem sobie sprawę, że nie jestem pępkiem świata. Poznałem wielu chorych - przykutych do łóżka, na okrągło podłączonych da aparatury podtrzymującej przy życiu, niemogących nic przy sobie zrobić. Ja w stosunku do nich jestem w uprzywilejowanej sytuacji.

To daje nadzieję?

- Jestem chory i muszę to zaakceptować. I wiem, że finałem tej choroby jest śmierć. Owszem, mam wybór - mogę się leczyć albo nie, mogę rano wstać albo oddać życie bez walki, mogę wierzyć w Boga albo nie. Na tym etapie nie muszę być już najlepszy, nie muszę się ścigać i niczego nikomu udowadniać. Mogę za to komuś pomóc i to jest obecnie moje największe marzenie. Tak jak mi w pewnym momencie pomogli dobrzy ludzie. Bóg daje motywację do działania...

Z Londynu dla Wirtualnej Polski Piotr Gulbicki

Tytuł pochodzi od redakcji.

d1uhu25

Podziel się opinią

Share
d1uhu25
d1uhu25
Więcej tematów