Trwa ładowanie...
Dzięki pomocy Caritas jej synek Baker jest coraz bardziej samodzielny
Dzięki pomocy Caritas jej synek Baker jest coraz bardziej samodzielny (WP.PL)

Spotkał je tragiczny los. "Ciągle słuchałyśmy, że choroba dzieci to nasza wina"

Każda z nich przyznaje mi, że myślała już o najgorszym. Ich dzieci nie widzą, nie słyszą lub nie chodzą. Wśród miejscowej społeczności matki były wytykane palcami i wyśmiewane. – Mówiono nam, że to kara od Boga za nasze grzechy. Ale my się nie poddamy – zapewnia mnie jedna z nich.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Ląduję na lotnisku w Tel Awiwie. Mimo późnej pory jest przyjemnie ciepło. Wkoło nowoczesne izraelskie wieżowce oraz drogie restauracje i sklepy. Wsiadam do taksówki. Mijam kolejne policyjne punkty kontrolne, uzbrojonych po zęby żołnierzy i wjeżdżam do Palestyny. Po niecałej godzinie jestem w zupełnie innym świecie, gdzie standard życia jest wielokrotnie niższy.

Jestem w Betlejem. Niby daleko od Warszawy, a Polacy są tu tak bardzo obecni. I nie mówię tylko o mijających mnie regularnie pielgrzymkach emerytów z Krakowa czy Łodzi. Mówię o milionach złotych, które śle tu Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP, by pomóc tym najbardziej potrzebującym.

Pomoc humanitarna z dalekiego kraju odmieniła jej życie

W jednej z sal zabaw w Betlejem spotykam Assie. Jej syn ma 9 lat i jest praktycznie niewidomy. Bawi się z w basenie z piłkami. Gdy kobieta była w ciąży, skaleczyła się w rękę pękniętym lustrem. Rana jak rana. Nic się nie działo i nie było powodów do obaw. Na jednej z rutynowych wizyt u ginekologa nagle usłyszała wyrok: "Wdała się jakaś mała infekcja. Wystarczy wziąć prosty antybiotyk, ale dziecko… prawdopodobnie i tak nie będzie już widziało".

das9n4s

- To był mój pierwszy syn. Wymarzony i wyczekany. I nagle wszystkie palce zwróciły się na mnie. "Co ty robiłaś, co jadłaś, nie uważałaś na siebie?" Byłam obwiniana przez wszystkich i bardzo samotna. Uwierzyłam, że zniszczyłam temu maleństwu życie – mówi Assie, a jej oczy natychmiast stają się pełne łez.

Przygnębia mnie stygmatyzacja społeczna, jakiej ta młoda kobieta musiała doświadczyć. Nie znam arabskiego, a ona nie mówi po angielsku. W napięciu czekam więc na tłumaczenie każdego kolejnego zdania.

- Po porodzie byłam załamana i nie miałam pojęcia do kogo się zwrócić. Dopiero po pewnym czasie usłyszałam o szkole i organizacji Shurook. Tu spotkałam wiele kobiet w identycznej sytuacji. Bardzo chciały pokochać swoje dziecko, a nie zawsze okazywało się to takie proste. Tak jak ja, musiały się też mierzyć z odrzuceniem przez ludzi - przyznaje.

Dzięki pracy ze specjalistami Assie zrozumiała też, że dotąd często nieświadomie robiła swojemu dziecku krzywkę. Chciała je we wszystkim wyręczać i wszystko mu ułatwiać. Eksperci pokazali jej, że Baker może sam skorzystać z łazienki i jeść proste posiłki. Dzięki pierwszym indywidualnym sesjom nauczył się nawet czytać Brajlem.

– Takich kursów jak w tym miejscu, w naszym regionie po prostu nie ma. Albo są niezwykle drogie. Nigdy nie byłoby mnie na nie stać. W pracy z dziećmi niezbędny jest też specjalistyczny sprzęt i doświadczenie. Dzięki pomocy z Polski dostaję to wszystko. Dla kogoś to może być śmieszne, ale… ja wiem, że bez tego mój syn nie byłby w stanie zjeść łyżką – przyznaje.

Źródło: WP

"Mój mąż pojechał do pracy i chyba zapomniał wrócić"

W okolicy jest dużo niepełnosprawnych dzieci. Zdaniem miejscowych lekarzy, powodem może być popularne wśród konserwatywnych muzułmanów zawieranie małżeństw między kuzynami. Problem w tym, że gdy z ciążą jest coś nie tak, kobieta zazwyczaj zostaje zupełnie sama. Mężczyźni nie chcą by wychodziła z dzieckiem z domu. Niepełnosprawność to temat tabu.

das9n4s

Przyjeżdżam do "Effeta Paul VI", czyli przedszkola i szkoły dla dzieci niedosłyszących. W tej części świata nie istnieje służba zdrowia, która pomogłaby osobom z takimi problemami. Palestyńskie ministerstwo nie chce nawet słyszeć, że miałoby dofinansowywać takie projekty. A gdy już usiądzie się z nimi do stołu, przytakują, że chętnie dorzucą parę tysięcy. Ostatecznie nie przelewają nic.

- Ktoś musi, dlatego my bardzo chętnie im pomagamy – mówi uśmiechnięta od ucha do ucha i witająca mnie w wejściu rozgrzanej słońcem szkoły siostra zakonna. W korytarzu mijamy małe sale, gdzie rehabilitanci pracują z najmłodszymi. Ich mamy stoją przed drzwiami i przez małe okienka obserwują postępy swoich pociech.

Pierwsza, którą zauważam wygląda bardzo młodo. Po chwili dowiaduję się, że ma 25 lat, a jej czwarte dziecko urodziło się niepełnosprawne. Gdyby nie wsparcie szkoły, nie byłaby w stanie mu pomóc. Tutaj ma najlepszych specjalistów i płaci tylko 300 zł rocznie (około 1/10 normalnej ceny).

Źródło: WP

Szkoła działa od 1971 roku. Ma 177 uczniów i internat dla 23 dziewczynek, które mieszkają zbyt daleko, by codziennie tu dojeżdżać. Najmłodszy z uczniów ma 10 miesięcy. Placówka korzysta ze wsparcia Caritas i Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Co najważniejsze, pomaga nie tylko dzieciom, ale również matkom, które często samotnie zmagają się ze wszystkimi trudnościami. 2 razy w tygodniu mogą się one więc spotkać i uczyć, jak stawiać czoło problemom. Część mężów cieszy się, że znalazły sobie grono wsparcia. Inni sugerują, by dały sobie z tym spokój i zajęły się domem.

- A z kolei mój mąż kilka lat temu wyjechał do pracy w Jordanii. Mamy czwórkę dzieci, ale chyba o tym zapomniał, bo jeszcze stamtąd nie wrócił, ani nie dał znaku życia – mówi 47-letnia Fatima. Wcześniej pracowała jako nauczycielka. Gdy została z niedosłyszącymi dziećmi musiała rzucić szkołę i zająć się domem. Wykonuje dorywcze prace. – Nie wiem, co byłoby z moimi dziećmi, gdyby nie ta placówka - przyznaje.

das9n4s

- Bo gdy w tej części świata słyszysz od lekarza, że twoje dziecko będzie niepełnosprawne, nie masz pojęcia, co robić. Państwo ci nie pomoże. Jesteś zupełnie sam – dodaje jej koleżanka Samah, mama 6-letniego przedszkolaka. Przyznaje mi, że z braku perspektyw wpadła w depresję i brała silne leki.

– Dzięki sesjom nauczyłam się jednak nabierać dystansu i poznałam wreszcie ludzi, którzy akceptują mnie i mojego synka – stwierdza.

Źródło: WP

Kliknij TUTAJ i zobacz sklep z rękodziełem osób niepełnosprawnych.

Finansują rehabilitacje i specjalistyczny sprzęt

Pochodzą z konserwatywnych środowisk, ale otworzyły się na świat. Nie wiedziałem, czy jako muzułmanki zechcą rozmawiać bezpośrednio ze mną. A może niezbędne będzie pośrednictwo którejś z chrześcijańskich wolontariuszek? – myślałem.

Okazało się, że lata współpracy z ludźmi z Caritas nieco zmieniły ich nastawienie. Są otwarte i chociaż przyjechałem tu z Europy, opowiadają mi o swoich doświadczeniach. Widzę w ich postawie, że aż chcą powiedzieć darczyńcom: "Dziękujemy".

Wyjeżdżam z miasta Betlejem i kieruję się do małej pobliskiej wioski Tuqou. Dookoła kręte drogi, pagórki i zupełnie wyschnięta ziemia. Tylko co jakiś czas mijam idącego wzdłuż drogi przechodnia. Wchodzę do małego 2-piętrowego budynku. Wygląda niepozornie, a w poczekalni siedzi około 50 matek z małymi dziećmi. Co tutaj robią?

- Przychodzą, żeby w czasie cotygodniowej sesji uczyć się od wynajętego przez nas lekarza i rehabilitanta, jak pracować ze swoimi maluchami. Bo każde z tych dzieci ma jakiś poziom niepełnosprawności – mówi Lana.

Ale nie zawsze tak to wyglądało. Przez wiele lat miejscowa społeczność przekonywała kobiety, że dla ich dzieci nie ma już ratunku. Te matki, które nie chciały się pogodzić z czarnym scenariuszem, zaczęły tu przychodzić jako pierwsze.

- Zależy nam, żeby na jak najwcześniejszym etapie zaangażować je w pomoc dzieciom. Po pierwsze na każdych zajęciach pokazujemy, jak wykonywać w domu poszczególne ćwiczenia. Zadajemy też prace domowe. Ponieważ przeważnie są to bardzo biedne osoby, pomagamy im zdobyć sprzęt rehabilitacyjny czy wózki inwalidzkie i w zdecydowanej większości za nie płacimy. Żeby jednak beneficjenci szanowali te przedmioty, wymagamy od nich, by także partycypowali w kosztach takich zakupów – dodaje Lana.

Źródło: WP

Miejscowi wolontariusze i rehabilitanci przyznają mi, że niektóre matki wspaniale z nimi współpracują, a inne nie. Gdy na początku Caritas pytała miejscowe władze o liczbę niepełnosprawnych w tym regionie, odpowiedź brzmiała "zero". Potem okazało się, że po prostu nikogo ten problem nie interesował, a niepełnosprawnych dzieci są wkoło setki.

das9n4s

- W kulturze arabskiej, gdy masz dziecko z niepełnosprawnością, całe twoje rodzeństwo jest gorzej postrzegane. Ludzie nie chcą się z nimi wiązać, bo boją się, że na przykład problemy z kręgosłupem mogą być genetyczne. Robimy wszystko, żeby zmienić to myślenie - podkreśla Lana. Dodaje, że szczególnie w rejonach wiejskich większość problemów spoczywa na barkach kobiety. Ale sytuacja zaczyna się zmieniać.

- Rok temu mieliśmy tu wielki przełom. Byłam taka szczęśliwa. Zorganizowaliśmy specjalny wykład dla matek. Doktor prowadzący zajęcia nie mógł uwierzyć własnym oczom, gdy zamiast spodziewanych 30 kobiet przyszło ponad 70, w tym matki z innych wiosek, których wcale nie zapraszaliśmy. To najlepsze co mogło nas spotkać, bo nie musimy już chodzić po domach i pukać w każde drzwi. Teraz to one same zachęcają swoje koleżanki, by dały swoim chorym dzieciom szansę na lepsze życie. To coś pięknego - cieszy się wolontariuszka.

Wchodzę do gabinetu i obserwuję, jak 5-letni Omar walczy, żeby chociaż na kilka sekund stanąć na nogi. By mu pomóc, lekarze wykorzystują specjalne poduszki, poręcze i piłki lekarskie. Tuż obok malutkim postępom przygląda się matka chłopca. Omar od lipca przychodzi na zajęcia dwa razy w tygodniu. Nie skończył jeszcze Uniwersytetu Harvarda ani nie sięgnął po olimpijskie złoto. Jeszcze długa droga, by w ogóle zaczął chodzić, ale w oczach matki, już jest bohaterem.

Wszystkie opisane projekty są współfinansowane w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Źródło: Polska Pomoc
  • Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Polub WP Wiadomości
das9n4s

Podziel się opinią

Share