O skazaniu zdecydowały dwa szczegóły. Zabójcy udało się upozorować wypadek i niemal uniknąć kary
To, co wyglądało na tragiczny wypadek i utonięcie podczas romantycznego wyjazdu na ryby, okazało się – według sądu – zaplanowaną i z premedytacją popełnioną zbrodnią. Sąd Okręgowy w Rybniku skazał Andrzeja J. na 25 lat więzienia za zabójstwo partnerki. Mężczyzna był o krok od oszukania śledczych i uniknięcia odpowiedzialności.
- Gdyby powiedział, że wyszedł z auta na chwilę, a samochód sam stoczył się do wody, znacznie trudniej byłoby dojść do prawdy. Tymczasem zaczął tworzyć szczegółowe historie, jak trzymał partnerkę za rękę, gdy auto tonęło, a jej dłoń wyślizgnęła mu się z uścisku. On wyszedł z tonącego auta. Ta wersja stała się punktem zaczepienia w śledztwie i została podważona podczas eksperymentu procesowego - mówi WP osoba zaangażowana w sprawę.
- Bardzo rzadko zdarza się, by po początkowej odmowie podjęcia śledztwa, wiele miesięcy później udało się zebrać nowe dowody i doprowadzić do skazania za zabójstwo - podkreśla rozmówca.
Sąd uznał Andrzeja J. za winnego tego, że w nocy z 10 na 11 lipca 2021 roku w Roszkowie, działając z zamiarem bezpośrednim pozbawienia życia Anety H., po opuszczeniu samochodu marki Renault, w którym na przednim fotelu pasażera pozostała nietrzeźwa kobieta (2,4 promila alkoholu we krwi), doprowadził do stoczenia się pojazdu do zbiornika wodnego i jego zatonięcia. Kobieta zmarła w wyniku gwałtownego uduszenia wskutek utonięcia - przekazała WP sędzia Katarzyna Gozdawa-Grajewska, rzecznik prasowa sądu okręgowego w Rybniku.
Dodała, iż sąd uznał, że doszło do zabójstwa, skazał mężczyznę na 25 lat więzienia. Andrzej J. nie przyznawał się do winy. Jego obrońca wnosił o uniewinnienie, wskazując na – jego zdaniem – brak bezpośrednich dowodów oraz motywu. Rodzina ofiary i prokuratura domagały się kary dożywotniego pozbawienia wolności. Wyrok, który zapadł 6 lutego, nie jest prawomocny. Możliwe są apelacje ze strony: prokuratury, rodziny ofiary, ale też obrońcy skazanego.
Historia, która chwytała za serce. Prawie się udało
Początek sprawy wyglądał zupełnie inaczej. Nad ranem 11 lipca 2021 roku strażacy zostali wezwani nad zbiornik wodny w Roszkowie (woj. śląskie). Na brzegu zastali roztrzęsionego mężczyznę, który twierdził, że jest jedynym ocalałym pasażerem samochodu, który stoczył się do wody. Pod powierzchnią, wewnątrz auta, miała znajdować się jego partnerka. Kobiety nie udało się uratować. Już po kilku godzinach w mediach pojawiły się relacje, że tragedia jest najpewniej nieszczęśliwym wypadkiem – zakochani mieli zasnąć w aucie podczas wyjazdu na ryby. "Samochód się stoczył" - padło w tytułach lokalnych mediów.
"Obudziłem się, czując, że jestem mokry. Wody było już równo z siedzeniami. Zorientowałem się, że samochód stoczył się do wody. Obudziłem Anetę, chwyciłem ją za rękę i powiedziałem: ‘Nie bój się kochanie, trzymaj się mnie, a ja cię wyciągnę’" - relacjonował Andrzej J.
Śledczym opowiadał, że otworzył drzwi, przytrzymywał je nogą i robił wszystko, by ją uratować. "W sekundzie samochód poszedł pod wodę. Ręka się wyślizgnęła i ona zatonęła. To nie moja wina. Wyskoczył bieg, to nieszczęśliwy wypadek" - powtarzał tę wersję wielokrotnie.
Matka zmarłej, Mirosława H., od początku nie wierzyła w historię o "wyślizgniętej ręce". Rodzina nie pogodziła się z decyzją o umorzeniu sprawy i uznaniu jej za wypadek. Poprosili o pomoc adwokatów, pisali zażalenia, aż marcu 2022 roku, decyzją Prokuratury Okręgowej w Gliwicach, śledztwo wznowiono.
Przełom nastąpił, gdy śledczy zwrócili się o pomoc do ekspertów z Grupy Specjalnej Płetwonurków RP. Nurkowie odtworzyli zdarzenie w identycznym modelu Renault, zgodzili się zatopić - zgodnie z relacją mężczyzny. Eksperyment wykazał, że – zgodnie z prawami fizyki – wydostanie się z szybko napełniającego się wodą pojazdu w opisany sposób, było praktycznie niemożliwe. Do czasu napełnienia kabiny wodą nie można otworzyć drzwi od środka. Zwrócili też uwagę na istotny szczegół: gdy pierwszy strażak dotarł do zatopionego auta, wszystkie drzwi były zamknięte. Oznaczałoby to, że mężczyzna, ratując się z rzekomo śmiertelnej pułapki, zdołał jeszcze zamknąć za sobą drzwi.
Zwrot w śledztwie. Ocalały przywłaszczył pieniądze
Był jeszcze jeden wątek, który pokazał w zupełnie innym świetle ocalałego mężczyznę i nakazywał podejrzliwość. Wyszło na jaw również, że Andrzej J. po śmierci partnerki posłużył się jej kartą bankomatową – zapłacił nią za kwiaty i znicz, który zapalił na miejscu zdarzenia. Następnie wypłacił 1600 zł w gotówce. Prokuratorzy zebrali te fakty w całość, twierdząc w akcie oskarżenia, iż doszło do zabójstwa i upozorowania wypadku. Motywem zbrodni była zazdrość o nowe znajomości kobiety.
Podczas pierwszej rozprawy przed Sądem Okręgowym w Rybniku wiosną 2025 roku Andrzej J. nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. "Nie zgadzam się z połową tego, co znajduje się w aktach" - powiedział. Utrzymywał, że kochał swoją partnerkę. Pisał wiadomości, w których nazywał ją "aniołkiem".
Tomasz Molga, dziennikarz Wirtualnej Polski