Niezgoda za plecami Trumpa. Szefowa służb znika, od lat ostrzegała przed wojną z Iranem
W otoczeniu Donalda Trumpa trwa gorączkowe tłumaczenie skutków operacji przeciwko Iranowi. Marco Rubio i Pete Hegseth dwoją się i troją, by przekonać opinię publiczną o jej sukcesie. J.D. Vance przytakuje, a dyrektor FBI zapewnia, że jego agenci czuwają nad bezpieczeństwem Ameryki. W szeregu współpracowników publicznie popierających prezydenta wyraźnie brakuje jednej osoby - dyrektor służb specjalnych.
Z otoczenia Białego Domu zniknęła Tulsi Gabbard, dyrektor Wywiadu Narodowego Stanów Zjednoczonych, najwyższa rangą koordynatorka 18 amerykańskich służb wywiadowczych. Jej milczenie przyciąga uwagę mediów, bo to właśnie ona od lat należała do najgłośniejszych przeciwników eskalacji konfliktu z Iranem. "Przyspieszenie wojny totalnej z Iranem sprawiłoby, że wojny w Iraku i Afganistanie wyglądałyby jak piknik" - ostrzegała w 2020 roku w wywiadzie dla Fox News.
44-letnia polityk jest weteranką wojny w Iraku, ma stopień podpułkownika rezerwy. Była jedną z liderek wśród demokratów i kongresmenką z Hawajów. Jako przeciwniczka wciągania Ameryki w niechciane wojny Gabbard poparła Trumpa w 2024 r. i następnie została republikanką, objęła stanowisko w obecnej administracji.
Gabbard wielokrotnie opisywała koszty wojen toczonych przez USA. "Kiedy zaczną latać kule i spadać bomby, mogą się zdarzyć straszne rzeczy, których nikt nie zaplanował. To jedna z największych tragedii wojny, niezamierzone konsekwencje i tak zwane straty uboczne" - pisała na Facebooku. Wypowiedzi sprzed lat wracają w momencie, gdy w USA trwa dyskusja, czy ostatnia operacja jest rzeczywiście spektakularnym sukcesem. Irański reżim nie upadł po zabiciu przywódcy. Nie doszło do masowych protestów przeciwko władzy ajatollahów, na które liczył Donald Trump. Przeciwnie, Teheran odpowiada salwą rakiet i dronów wymierzoną w amerykańskie bazy wojskowe. W atakach zginęli Amerykanie.
Wojna z Iranem. Wymowne milczenie dyrektor wywiadu
Dyrektor wywiadu, która zazwyczaj aktywnie udziela się w mediach społecznościowych, nie aktualizowała swoich stron na portalu X ani na Facebooku od 25 lutego, mimo że inni członkowie administracji Trumpa zadeklarowali poparcie dla wojny z Iranem.
Wyjątkiem pokazującym jej aktywność jest zdjęcie z 28 lutego opublikowane przez Biały Dom. Przedstawia ją w centrum wydarzeń, gdy USA i Izrael rozpoczęły bombardowanie Iranu w sobotni poranek. Siedzi w pokoju sytuacyjnym obok wiceprezydenta J.D. Vance'a, sekretarza energii Chris Wrighta i sekretarza skarbu Scott Bessenta.
Na publiczną nieobecność Tulsi Gabbard zwraca uwagę amerykanista Rafał Michalski. Jak podkreśla, zniknięcie szefowej amerykańskiej wspólnoty wywiadowczej z pierwszej linii komunikacji administracji jest znaczące. - Zastanawia zupełne odsunięcie Tulsi Gabbard. Jest przecież dyrektorem wywiadu narodowego, więc z samego faktu pełnienia tej funkcji powinna uczestniczyć w takiej operacji - komentuje w rozmowie z WP Rafał Michalski, analityk polityki amerykańskiej. - Nie wypowiada się na ten temat, relacje dziennikarzy również pomijają jej udział - dodaje.
Ekspert przypomina, że Gabbard już wcześniej publicznie prezentowała stanowisko niepasujące do twardej linii wobec Iranu. Podczas przesłuchania w Kongresie w 2025 r. stwierdziła, że Iran nie prowadzi ofensywnego programu nuklearnego. W marcu tego samego roku podkreślała, że amerykańska wspólnota wywiadowcza "nie ma dowodów, iż Teheran pracuje nad bronią jądrową, a najwyższy przywódca Iranu nie zatwierdził programu zbrojeń nuklearnych, który miał zostać wstrzymany w 2003 r.".
Wypowiedź wzbudziła wściekłość Trumpa. Gabbard "poprawiła się" i stwierdziła, że Iran może zbudować broń jądrową "w ciągu kilku tygodni lub miesięcy".
Ktoś powie stop?
Rafał Michalski pytany, czy w otoczeniu Donalda Trumpa mogą pojawić się politycy gotowi publicznie zakwestionować sens wojny z Iranem, studzi oczekiwania. - W samej administracji jest na to jeszcze za wcześnie. Takie postacie mogą pojawić się dopiero wtedy, gdy konflikt zacznie się przedłużać i eskalować - ocenia.
Jak przypomina, w pierwszej kadencji Trumpa sceptyczne głosy wobec eskalacji często dochodziły z Pentagonu. - Niewykluczone, że również tym razem tamtejszy pion analityczny w pewnym momencie włączy się do debaty - dodaje.
- Na razie w Kongresie dominuje głosowanie zgodne z linią partyjną. Pierwsze rysy widać jednak w najbardziej prawicowej frakcji republikanów w Izbie Reprezentantów, House Freedom Caucus. Na razie są to pojedyncze głosy, ale jeśli gdzieś szukać przyszłej opozycji wobec tej wojny, to właśnie tam - wskazuje Michalski.
Ekspert zwraca też uwagę na kwestię kosztów konfliktu. Jego zdaniem wiele zależy od tego, w jaki sposób Biały Dom będzie finansował operację. - Na razie nie wiemy, z których części budżetu pokrywane są wydatki. Jeśli jednak pojawi się konieczność autoryzowania dodatkowych środków, może to stać się dla administracji Trumpa poważnym problemem politycznym - ocenia.
2 marca stacja CNN przedstawiła wyniki badania dotyczącego wątpliwego poparcia dla operacji Stanów Zjednoczonych w Iranie. Wynika z niego, że przeciw działaniom militarnym jest 59 proc. obywateli USA, zaś aprobuje je 41 proc. Nawet wśród fanów polityki Trumpa, czyli członków ruchu Make America Great Again, pojawiają się krytyczne opinie.
Atak na Iran skrytykował m.in. Erik Prince, były żołnierz Navy SEAL, założyciel Blackwater, prywatnej firmy zajmującej się kontraktami wojskowymi (obecnie Constellis), uczestnik czterech amerykańskich wojen, a także kilku operacji CIA. "Nie sądzę, żeby to leżało w interesie Ameryki. To otworzy teraz ogromną puszkę Pandory, chaos i zniszczenie na całym Bliskim Wschodzie" - powiedział Prince w podcaście "War Room".
Zwrócił uwagę, że zabicie Ali Chamenei w sobotę najprawdopodobniej doprowadzi do tego, że dziesiątki tysięcy żołnierzy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej będzie walczyć w imię zemsty. "Nie jestem pewien, czy w ogóle istnieje jakiś plan. Takie konflikty ostatecznie rozstrzyga się walką na ziemi. Nie sądzę, by kiedykolwiek udało się zmienić reżim wyłącznie przy użyciu siły powietrznej. To myślenie życzeniowe – i już kosztowało życie amerykańskich żołnierzy. Nie kupuję też argumentu, że chodziło wyłącznie o działanie wyprzedzające" - podsumował Prince.
Tomasz Molga, dziennikarz Wirtualnej Polski