WP
07-02-2004 (12:34)

Niepokorni muszą odejść

Dr Chyla kazał mi zatrudniać swoje protegowane i ostro kontrolować szpital, z którego szefem był w zatargu.
Nie zgodziłem się, więc straciłem pracę - mówi Tomasz Wantuła, były powiatowy inspektor sanitarny w Kędzierzynie-Koźlu.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
WP

Lekarz Tomasz Wantuła (33 lata) stanowisko powiatowego inspektora sanitarnego piastował przez 14 miesięcy. Trafił tam w listopadzie 2002, zastępując dra Jana Chylę, który awansował na szefa wojewódzkiej stacji sanepidu. Młody dyrektor wprowadził w Kędzierzynie-Koźlu własny system zarządzania.

- Nie wydawał poleceń, tylko prosił. To był dla nas szok, że tak można - opowiadają pracownicy kozielskiego sanepidu. Chcą pozostać anonimowi, bo do dziś boją się Chyli. - Doktor Chyla, który wcześniej był tu szefem przez kilkanaście lat, krzyczał na nas i rozkazywał. Niejednokrotnie wydzierał się w obecności interesantów stacji, co było szczególnie uwłaczające.

Wantuła szybko znalazł wspólny język z pracownikami. Potrafił sam upiec ciasto i przynieść na spotkanie z załogą. Podczas rocznego podsumowania pracy podległym mu kierowniczkom wręczył po róży. Zmobilizował załogę do ciężkiej pracy nad uzyskaniem certyfikatu systemu zarządzania jakością. Ludzie zostawali po godzinach, w sanepidzie się świeciło do późnego wieczora.

WP

- Wtedy doktor Chyla proponował nam szeroką pomoc, łącznie ze wsparciem finansowym potrzebnym do uzyskania certyfikatu. Ostatecznie okazało się, że koszty musieliśmy ponieść sami - wspomina Wantuła. Pod jego krótkimi rządami kozielski sanepid jako pierwszy w Polsce uzyskał ten certyfikat.

Doktorzy Chyla i Wantuła często rozmawiali na temat stacji w Kędzierzynie-Koźlu. Widywali się prawie codziennie na oddziale chorób wewnętrznych szpitala w Kędzierzynie-Koźlu, gdzie obaj pracowali jako interniści. Inspektor wojewódzki często podsuwał powiatowemu rozwiązania problemów. Z czasem młody szef sanepidu z Koźla z niektórymi sprawami nie mógł i nie chciał się zgodzić.

- Jak ja bym się nie zgadzał ze stanowiskiem mojego przełożonego, to przestaję pracować w tej służbie - komentuje Chyla. Krótko po objęciu funkcji Wantuła zorientował się, że powiatowa stacja współpracuje z prywatną firmą z Kędzierzyna-Koźla, prowadzącą szkolenia z tzw. minimum sanitarnego - to dokument niezbędny w pracy m.in. w gastronomii. Firma szkoleniowa zatrudniała pracowników tegoż sanepidu jako wykładowców. Zajęcia odbywały się w soboty, w budynku stacji. Wantule nie podobało się, że na dodatek zapisami, przyjmowaniem wpłat i wydawaniem zaświadczeń o ukończeniu kursu zajmował się w godzinach pracy personel oddziału higieny żywności i żywienia.

- Te praktyki dezorganizowały pracę, poza tym ludzie na mieście pytali mnie, jak to jest, że jako sanepid na kontrolach wymagamy posiadania minimum sanitarnego, z którego sami szkolimy - opowiada Tomasz Wantuła. - Stały za tym duże pieniądze. Za przeszkolenie kursant płacił 130 zł. Bywało, że co sobotę przychodziło i 30 osób. Stawiało mnie to w takim świetle, że mam jakiś układ z tą firmą. A to nieprawda.

WP

Młody inspektor próbował zlikwidować system, który zastał w sanepidzie. Ilekroć zgłaszał problem doktorowi Chyli, ten miał twierdzić, by Wantuła tego nie ruszał.

Dyrektor Chyla tłumaczy, że kiedy był powiatowym inspektorem sanitarnym, żadna inna firma nie prosiła o wynajęcie pomieszczeń w stacji:

- Tamta firma funkcjonowała zawsze, odkąd tylko szkolenia z minimum sanitarnego były prowadzone przez moją poprzedniczkę. Ja to zastałem. - Czy to prawda, że pańską poprzedniczką była pańska ciotka? - Niech pan nie wraca do historii sprzed 15 lat! Nie będę rozmawiał na ten temat - urywa doktor Chyla.

Wantuła opowiada, że dyrektor Chyla zaczął ingerować również w sprawy kadrowe. W kozielskiej stacji byli pracownicy, którymi wojewódzki inspektor sanitarny zarządzał bezpośrednio z Opola. Chodzi m.in. o główną księgową - zatrudnioną przez Chylę jeszcze w połowie 2002 roku (wcześniej pracowała ona w Mostostalu). Zgodnie z przepisami w stacjach sanepidu na stanowisku głównego księgowego musi być zatrudniona osoba z wykształceniem wyższym ekonomicznym i ukończonym kursem dla głównych księgowych. Tymczasem księgowa z Sanepidu jest inżynierem budownictwa i ma zaledwie ukończony kurs dla kandydatów na głównych księgowych.

WP

- Co jakiś czas przychodziła więc emerytowana księgowa sprawdzać, pomagać, prostować, poprawiać - mówi Wantuła. - Zgłaszałem panu doktorowi Chyli, że mam problem z panią główną księgową. Odpowiadał: zostaw, zostaw, tak ma być. W tej sytuacji nowy dyrektor opłacił tej pracownicy kosztowne studia podyplomowe, uważając, że skoro już musi zostać, niech podniesie kwalifikacje.

Jedno z większych spięć między dyrektorem Wantułą i jego szefem dotyczyło stanowiska pielęgniarki ds. szczepień. - W październiku ubiegłego roku doktor Chyla w trakcie prywatnej rozmowy w szpitalu wskazał mi potencjalną kandydatkę na to miejsce - opowiada Wantuła. - Miała kwalifikacje, poza tym uznałem, że z takimi rekomendacjami powinna u nas znaleźć pracę.

Kandydatka dyrektora Chyli się jednak nie zgłaszała, a inspektor Wantuła dowiedział się, że dotychczasowa pielęgniarka ds. szczepień przyspieszyła termin swojego odejścia na emeryturę. Poszukał więc innej osoby. Wyłoniona przez niego w konkursie pielęgniarka złożyła nawet wypowiedzenie z dotychczasowego miejsca pracy i w ramach wolnego czasu zaczęła przychodzić do sanepidu.

- Doktor Wantuła zatrudniał w sanepidzie pielęgniarki ze szpitala, w którym pracował. Wcześniej zatrudnił dwie, ta była trzecią, zresztą jego koleżanką. Nie miała ona zielonego pojęcia o szczepieniach - twierdzi Chyla.

WP

- Każde przyjęcie pracownika uzgadniałem z doktorem Chylą, zgadzał się na każdą osobę, z wyjątkiem pielęgniarki ds. szczepień, choć wyłoniona przeze mnie kandydatka spełniała wymagania ministra zdrowia - mówi Wantuła.

Wskazana przez Jana Chylę kobieta pojawiła się w powiatowej stacji dopiero 1 grudnia. Zdziwiony Wantuła powiedział jej, że jest mu przykro, ale to miejsce jest już obsadzone. Tomasz Wantuła pamięta, jak wychodząc kobieta stwierdziła: - I tak tu wrócę do pracy.

- Po kilku dniach otrzymałem telefon od doktora Chyli - relacjonuje Wantuła. - Podniesionym głosem powiedział, że osobę, którą wybrałem, mam zwolnić. Przecież wskazał mi inną osobę.

- Bzdura, kłamstwo i tak dalej! Ja tej osoby nie znałem, nawet nie wiem, jak wygląda. Nie rozmawiałem z nią ani z nikim z członków jej rodziny - oświadcza doktor Chyla.

WP

Chyla zabronił Wantule przeprowadzania ponownego naboru na to stanowisko, a postępowanie kwalifikacyjne polecił przeprowadzić kierowniczce oddziału epidemiologii. Dziś tłumaczy, że Wantuła nie uzgadniał zatrudnienia z szefową działu epidemiologii i swym działaniem mógł doprowadzić do likwidacji tego działu. Tomasz Wantuła mówi, że zarzut jest niedorzeczny.

- Podczas jednej z rozmów pan Chyla ostrzegł mnie, że jeżeli się nie dostosuję do jego wykrzyczanych zaleceń, to mnie. jak to określił, wypieprzy z roboty - relacjonuje Wantuła. Zastraszony dostosował się do polecenia zwierzchnika. Pielęgniarka, która stwerdziła, że „jeszcze tu wróci”, miała rację.

Na początku stycznia 2004 Tomasz Wantuła pozwolił sobie wyrazić własne zdanie na temat ostrego nadzoru sanitarnego, jaki doktor Chyla kazał wprowadzić w szpitalu 2 stycznia, kiedy wiadomo było, że od 1 stycznia nie będą funkcjonowały przychodnie POZ i część pacjentów doraźnie będzie przyjmowana na izbach przyjęć szpitala.

- Uważałem, że przy zdrowym rozsądku i dobrej współpracy między inspekcją sanitarną i dyrekcją ZOZ-u da się ten problem rozwiązać i nie zostawiać pacjentów bez opieki, a tak by musiało być, gdyby trzeba było zamknąć izby przyjęć, co sugerował dyrektor Chyla - mówi Tomasz Wantuła.

Wojewódzki inspektor sanitarny polecał prowadzić ostre kontrole szpitala. W Kędzierzynie-Koźlu tajemnicą poliszynela było, że dyrektor Chyla jest skonfliktowany z szefem szpitala Anatolem Majcherem - o czym pisaliśmy wczoraj. Zdaniem Majchera właśnie dlatego Chyla uwziął się na szpital.

8 stycznia Tomasz Wantuła otrzymał pismo z 19 pytaniami od dyrektora Chyli. Dotyczyły one prowadzenia polityki kadrowej i nadzoru sanitarnego nad szpitalem. Doktor Chyla uważał, że w obu dziedzinach Wantuła dopuścił się poważnych zaniedbań.

- Mówił, że to może doprowadzić do mojego odwołania - dodaje Wantuła. - Sądzę, że chciał mnie przywrócić do porządku, że jestem młody, a on mnie tu posadził, że powinieniem mu być za to wdzięczny i nie mieć własnego zdania. Poszło o to, że byłem niepokorny.

Tydzień później Wantuła wręczył Chyli obszerną odpowiedź. Liczyła kilkanaście stron. Dyrektor wojewódzkiego sanepidu miał stwierdzić, że nie ma czasu jej czytać. - Doktor Wantuła podporządkował pracę w inspekcji sanitarnej swojej pracy dodatkowej. Dyżurował w oddziale wewnętrznym, na oddziale pulmonologii, w pogotowiu ratunkowym i stacji dializ - wylicza dyrektor Chyla i dodaje, że Wantuła był spolegliwy wobec swojego drugiego pracodawcy, Anatola Majchera, który jest szefem ZOZ-u i kieruje pracą szpitala.

- Z takim inspektorem sanitarnym, który nie kontroluje, panu Majcherowi dobrze się pracowało. Tymczasem nasze kontrole wykazały, że bezpieczeństwo sanitarne szpitala uległo znacznemu pogorszeniu - dodaje Chyla.

Tomasz Wantuła nie może się zgodzić z tak surową oceną. W październiku i listopadzie wojewódzka stacja sanepidu zrobiła kompleksową kontrolę stacji w Kędzierzynie-Koźlu. Inspektor Chyla osobiście przyjechał odczytać liczący ponad 60 stron protokół. - Zwrócił nam uwagę na pewne niedociągnięcia, ale ogólnie okres objęty kontrolą podsumował jako niezły i gratulował dobrej pracy. Nic wtedy nie wskazywało, że zagrożone jest bezpieczeństwo sanitarne powiatu - podkreśla Wantuła. - Wygląda na to, że sytuacja zmieniła się w ciągu miesiąca, kiedy wynikły największe różnice zdań między mną a moim zwierzchnikiem w sanepidzie.

20 stycznia dyrektor Wantuła został odwołany ze stanowiska. Jeszcze tego samego dnia 28 pracowników spośród blisko 40 zatrudnionych w powiatowej stacji, podpisanych z imienia i nazwiska, wysłało protest do głównego inspektora sanitarnego. Prosili, by przywrócił on Tomasza Wantułę na zajmowane stanowisko.

- To była duża odwaga z naszej strony. Wiedzieliśmy, że protest trafi również na biurko pana Chyli. Wtedy jednak myśleliśmy tylko o tym, by nasz szef wrócił do pracy - mówią pracownicy.

Tomasz Wantuła do dziś ma w komórce kilka ciepłych SMS-ów od swych byłych pracownic. Niedawno jedna przyszła do niego na dyżur do szpitala. Ze łzami w oczach mówiła, by się trzymał.

Jan Chyla rozpisał już konkurs na nowego dyrektora sanepidu w Kędzierzynie-Koźlu.

Artur Karda

Polub WP Wiadomości
WP
WP