Według niej, długi okres spadku inflacji towarzyszył ekonomicznemu spowolnieniu, a więc teraz, gdy pojawiają się oznaki ożywienia, musimy się liczyć z nieco szybszym tempem wzrostu cen. I to z kilku powodów.
Po pierwsze - nie będzie kolejnego roku klęski urodzaju w rolnictwie. Po drugie - firmy przemysłowe będą chciały choć częściowo powetować sobie czasy cenowej wstrzemięźliwości. Po trzecie - trudno spodziewać się kolejnych obniżek cen ropy naftowej. I wreszcie - trzeba się liczyć z tym, że słabszy złoty jest wprawdzie błogosławieństwem dla eksportu, ale jednocześnie powoduje, choć z opóźnieniem, wzrost cen towarów z importu.
Co istotne, nieco większa inflacja oznacza, że maleją realne stopy procentowe. A to może zwiększyć skłonność do zaciągania kredytów - i stanowić kolejny pożyteczny impuls dla gospodarki - konkluduje publicystka "Rz".