Nagranie tuż przed tragedią. Dwóch nastolatków wypadło z bagażnika i zginęło
Filip i Mateusz zginęli w wypadku po wypadnięciu z bagażnika, w którym jechali. W części pasażerskiej toyoty nie było dla nich miejsc, bo osobowym autem podróżowało w sumie aż 10 nastolatków. Za spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym w Chełmie odpowiada jedynie Szymon C., ale pasażerowie zeznający w czwartek w sądzie również nie mieli nic na swoje usprawiedliwienie.
W sumie kilkunastu chłopaków spotkało się 29 marca ub. roku w mieszkaniu w Chełmie na 17. urodzinach Bartka. Pili piwo i wódkę, ale było dość głośno, więc kiedy zrobiło się późno, solenizant poprosił, aby wyjść na miasto. Bał się skarg sąsiadów i przyjazdu policji.
Imprezowicze się podzielili: jedna grupa szła pieszo, a druga wsiadła do toyoty, którą przyjechał oskarżony Szymon C. Jeszcze wtedy kierował jednak nie on, tylko Igor. On jako jedyny tego wieczoru nie pił i postanowił, że usiądzie za kółko. Po odwiezieniu do domu jednego z kolegów, wrócił po resztę grupy.
W międzyczasie jadący autem odkryli, że z jednej z opon z sykiem wydostaje się powietrze, dlatego wybrali się na pobliską stację paliw, aby ją dopompować. Potem ekipa z samochodem wróciła po kolegów, którzy poruszali się pieszo. Kiedy Igor zorientował się, że miałby kierować samochodem osobowym, w którym znajdzie się aż 10 osób, odmówił. Stwierdził, że nie chce stracić prawa jazdy. - Pier..., nie jadę - miał powiedzieć, jak zeznał potem jeden z uczestników imprezy.
Tragiczny wypadek w Chełmie. Nagranie z samochodu
Mimo to Igor wsiadł do auta z przodu, jako jeden z dwóch pasażerów, na prawym przednim siedzeniu. Za kierownicę usiadł zaś Szymon C.
"Nie wiem, co miałem wtedy w głowie"
- Pan zostawił kluczyki w samochodzie i pozwolił, będąc jedyną trzeźwą osobą, żeby osoba pod wpływem alkoholu prowadziła pojazd. Proszę wytłumaczyć się z tego zachowania, dlaczego pan to zrobił? - pytał Igora sędzia Marek Woliński.
- Nie wiem, co miałem wtedy w głowie - odparł nastolatek.
Mimo że siedmiu zeznających w czwartek chłopców nie usłyszało żadnych zarzutów, a w sprawie zeznają jako poszkodowani, to w sądzie usłyszeli bardzo wiele gorzkich słów i trudnych pytań o swoje niewłaściwe zachowanie.
Padały zarzuty, co wynikało z dowodów, że to nie była ich pierwsza taka przejażdżka po mieście. Jeden z chłopaków w sądzie przyznał, że policjantom do przebadania oddał tylko jeden z telefonów, których używał. Kolejny musiał się tłumaczyć z obraźliwych słów wobec policjantów przekazywanych na komunikatorze.
Padały też pytania o to, czy nastolatkowie uzgadniali zeznania, bo do jednego z nich znajomy pisał: "pamiętaj, przypał na kierowcę wp.....aj". O to wszystko pytał ich sędzia Woliński, prokurator Diana Wirtel-Mroczek, obrońcy oskarżonego ale i jedna z oskarżycielek posiłkowych - mama jednego ze zmarłych chłopców.
- Dlaczego pozwoliłeś prowadzić nietrzeźwemu? - pytała zapłakana kobieta jednego z chłopców.
Kolejni nastolatkowie opowiadali co działo się feralnej nocy i jak wyglądała ich szalona przejażdżka po Chełmie. Na tylnej kanapie toyoty siadło trzech chłopców, czwarty na nich leżał. W bagażniku były jeszcze trzy osoby. Nie ma nawet pewności, czy w trakcie jazdy bagażnik był dobrze zamknięty, bo na jednym z nagrań zaprezentowanych w czwartek w sądzie słychać głos, aby go sprawdzić.
- Zginiemy - miał powiedzieć Gabriel do jednego z kolegów, kiedy zorientował się, że za kierownicą jest pijany kolega. Nic jednak nie zrobił, żeby zapobiec tragedii.
Znakomicie bawili się przed tragedią
Na innym nagraniu widać i słychać doskonałą atmosferę, jaka panowała w samochodzie podczas jazdy. Chłopaki jadą przez miasto, a towarzyszą im głośne krzyki i mnóstwo wulgaryzmów.
- Naj...any Szymon C. prowadzi samochód - śmieje się jeden z nich.
- Trzeźwy jak c...j. To pomówienia - odpowiada mu ktoś.
- Daj k...e miodu! - krzyczy na nagraniu Hubert, co sam przyznał w sądzie.
- Ej, mamy pakę k....a - słychać kolejny krzyk. To znaczy, że samochód po Chełmie, w terenie zabudowanym jedzie już 100 km/h.
- Ogień! - słychać kolejny krzyk, co można odbierać jako nawoływanie do tego, aby kierowca jechał jeszcze szybciej.
- Stary, jak w dostawczaku we trójkę na przodzie siedzimy - śmieje się ktoś.
- Ej Szymon, twoja mama mnie zabije - mówi jeden z chłopaków.
- Ale jego mama się nie dowie - odpowiada ktoś inny.
Stało się inaczej. Rozpędzona toyota należąca do rodziców Szymona rozbiła się na latarni przy ul. Ogrodowej, a następnie dachowała. Według biegłego w miejscu gdzie jest ograniczenie do 50 km/h, kierowca poruszał się z prędkością nie mniejszą niż 130 km/h. Do utraty panowania nad autem mogła się też przyczynić uszkodzona opona.
Po opuszczeniu samochodu przez nastolatków okazało się, że dwóch z nich, którzy jechali w bagażniku, wypadło z auta i nie dają już oznak życia. Jednego z nich koledzy próbowali jeszcze reanimować, ale bezskutecznie. Trzeci pasażer z bagażnika przeżył, ale był poważnie ranny.
Jeden z chłopaków, Eryk, przyznał, że to prawdopodobnie on krzyknął do Szymona, żeby "sp....alał". Wtedy rzeczywiście kierujący się oddalił, ale po jakimś czasie, w rozmowie z jednym z kolegów stwierdził, że musi odpowiedzieć za to, co "odj.... ał" i dał się odnaleźć ratownikowi medycznemu. Po przebadaniu alkomatem okazało się, że ma ok. 2,4 prom. alkoholu w organizmie.
20-letni dziś Szymon C. usłyszał zarzut spowodowania katastrofy w ruchu lądowym oraz jazdę po pijanemu i ucieczkę z miejsca zdarzenia. W styczniu, podczas pierwszej rozprawy przed Sądem Okręgowym w Lublinie Szymon C. wyraził skruchę i przepraszał rodziców chłopców, którzy zginęli.
Grozi mu do 15 lat więzienia.
Paweł Buczkowski, dziennikarz Wirtualnej Polski
Napisz do autora: pawel.buczkowski@grupawp.pl