Na plaży rozegrał się horror. Dzień później ludzie znowu się opalają
Na plażę Bodni w Sydney bardzo szybko wróciło normalne życie. Zaledwie kilkanaście godzin po krwawej masakrze, jaka rozegrała się w tym miejscu w niedzielę, na plaży znowu, jak gdyby nigdy nic, pojawili się plażowicze.
W niedzielę co najmniej dwóch uzbrojonych mężczyzn zaatakowało ludzi zebranych na plaży Bondi w Sydney. Członkowie australijskiej społeczności żydowskiej obchodzili tam pierwszy dzień święta Chanuki. Zginęło co najmniej 12 osób, w tym jeden z zamachowców. Na liście ofiar nie ma Polaków.
Z całego świata zaczęły płynąć kondolencje, a na skwerze leżącym w bezpośrednim sąsiedztwie z plażą Bondi, ludzie zaczęli przynosić kwiaty i znicze.
Żałobna atmosfera kończy się zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Na samej plaży po zbrodni nie ma już śladów. W poniedziałek świat obiegły zdjęcia, na których widać, jak w miejscu śmierci kilkunastu osób, kilkanaście godzin później pojawili się plażowicze.
Jedni się opalają, inni próbują swoich sił w wodzie. Są surferzy oraz spacerowicze. Niektórzy relaksują się, czytając książkę, inni spożywają posiłek.
Dramatyczne relacje świadków
Plażowicze pojawili się w rejonie strzelaniny, mimo że wcześniej lokalne władze apelowały o unikanie tego miejsca.
Świadkowie niedzielnej masakry opisali dramatyczne sceny na plaży. - Widziałem co najmniej 10 osób leżących na ziemi i wszędzie krew - mówił "Sydney Morning Herald" 30-letni Harry Wilson, który był na miejscu zdarzenia.
Według relacji, liczba rannych może wzrosnąć wraz z napływem danych ze szpitali. Priorytetem pozostaje identyfikacja ofiar oraz wsparcie poszkodowanych i ich rodzin.